Reklama

Miało być jak w sielankowym filmie: ucieczka z betonowej dżungli, oszczędzanie na własne "M" i zacieśnianie więzi rodzinnych. Zamiast tego trafiłam do domu, w którym nawet sposób odkładania kubka musiał być skomentowany. Przez pół roku harowałam jak wół, próbując zasłużyć na uśmiech teściowej. Słyszałam tylko westchnienia i poprawki. Kiedy w akcie desperacji opuściłam ręce i przestałam robić cokolwiek, licząc na "święty spokój", dowiedziałam się o sobie rzeczy, od których włos jeży się na głowie.

Bycie gościem a bycie domownikiem to różnica

Pamiętam ten wieczór, jakby to było wczoraj. Siedzieliśmy z Tomkiem w naszej wynajmowanej kawalerce. Na stole leżały rachunki, a w powietrzu wisiało to ciężkie, lepkie milczenie, które pojawia się, gdy oboje wiecie, że matematyka nie kłamie. Nasze oszczędności topniały szybciej, niż byliśmy w stanie je generować. Marzenie o własnym mieszkaniu oddalało się coraz bardziej.

– Rodzice mają całe piętro wolne – rzucił wtedy Tomek, grzebiąc widelcem w wystygłym spaghetti. – Magda, pomyśl. Rok, może dwa. Odłożymy na wkład własny, spłacimy kredyt studencki. Mama się ucieszy, ciągle narzeka, że dom stoi pusty, a oni z ojcem nie mają siły wszystkiego ogarniać.

Wtedy, w tamtym dusznym pokoju, ta wizja wydała mi się zbawieniem. Widziałam oczami wyobraźni duży ogród, poranną kawę na tarasie, brak comiesięcznego przelewu na trzy tysiące złotych dla obcego właściciela. Znałam rodziców Tomka – Jadwigę i Staszka. Wydawali się typowymi, nieco konserwatywnymi ludźmi ze wsi, ale zawsze byli mili podczas niedzielnych obiadów. "Mili". Jakże to słowo jest zdradliwe. Nie wiedziałam wtedy, że bycie gościem a bycie domownikiem to różnica.

Zgodziłam się. Spakowaliśmy nasze życie w kilkadziesiąt kartonów i ruszyliśmy na południe. Gdy wjeżdżaliśmy na podwórko teściów, a psy szczekały na powitanie, czułam ekscytację. Nie zauważyłam, że Jadwiga, stojąc w progu, nie patrzyła na nas z radością, ale z lustrującym wzrokiem.

Pokażę im, iż jestem dobrą gospodynią

Początki były mylące. Pierwszy tydzień minął pod znakiem rozpakowywania i "aklimatyzacji". Teściowa donosiła nam kompoty, teść zagadywał o politykę. Problemy zaczęły się, gdy próbowałam przejąć część obowiązków, by nie czuć się jak darmozjad. Pracuję zdalnie jako graficzka. Mój dzień to siedzenie przed monitorem, calle na Zoomie i goniące terminy. Dla Jadwigi i Staszka praca, po której nie dają się we znaki plecy i nie ma brudu za paznokciami, to nie praca. To "klikanie".

– Kawusię sobie robisz? – zapytała Jadwiga, wchodząc do kuchni o 11:00, gdy akurat miałam przerwę między projektami. – Ja to już od piątej na nogach. Okna umyte, obiad nastawiony, kury oporządzone. Ale wy tam w tym mieście macie tempo… spacerowe.

Uśmiechnęłam się. Chciałam być miła.

– Mamo, chętnie pomogę po południu. Co trzeba zrobić?

– A co ty tam potrafisz – machnęła ręką, wycierając blat, który przed sekundą wytarłam ja. – Zostaw, bo zrobisz smugi. Wy te nowoczesne ścierki macie jakieś dziwne, nic nie chłoną.

To był pierwszy sygnał. Kiedy wieczorem postanowiłam ugotować kolację dla wszystkich – risotto z grzybami – atmosfera przy stole gęstniała z każdą minutą.

– Dobre – mruknął teść, grzebiąc w talerzu. – Ale ryż to chyba niedogotowany? Taki twardy w środku.

– To jest al dente, tato. Tak ma być – wyjaśnił Tomek, ale widziałam, że spojrzał na mnie ukradkiem, bym z nimi nie dyskutowała.

– No, może i tak ma być – westchnęła głośno Jadwiga. – Ale po mojemu to szkoda żołądka na surowe ziarno. Ja bym to podlała rosołkiem i potrzymała w garnku jeszcze z pół godziny. Bo tak, to takie… suche.

Następnego dnia zobaczyłam, jak resztki mojego risotto lądują w misce dla psa. Pikuś zjadł ze smakiem. Ja przełknęłam gorzką ślinę. Postanowiłam, że się postaram bardziej. Że pokażę im, iż jestem dobrą gospodynią, tylko "inną".

Porządek musi być

Przez kolejne trzy miesiące żyłam w trybie ciągłego udowadniania swojej wartości. Wstawałam wcześniej, żeby ogarnąć kuchnię przed pracą. Myłam podłogi w soboty. Grabiałam liście. I za każdym, absolutnie każdym razem, okazywało się, że robię to źle.

– Magduś, kochanie – zaczynała teściowa, wchodząc do łazienki, gdy rozwieszałam pranie. – Kto to widział wieszać koszule za ramiona? Przecież się wyciągną! Trzeba za dół, klamerkami, ale tylko drewnianymi, bo te plastikowe zostawiają ślady.

– Mamo, to są stare koszulki po domu, nic im nie będzie.

– Porządek musi być. Jak się nauczysz byle jak, to będziesz żyć byle jak.

Potem podchodziła do suszarki i przy mnie – demonstracyjnie, powoli – zdejmowała każdą rzecz, którą powiesiłam, i wieszała ją na nowo. Czułam się jak pięciolatka, którą ktoś karci za krzywo pokolorowaną malowankę. Czy Tomek reagował? Czasem.

– Mamo, daj jej spokój – mówił.

– Ja tylko uczę! – oburzała się Jadwiga, kładąc rękę na sercu. – Kiedy mnie zabraknie, zginiecie w brudzie. Ja chcę dla was dobrze.

Najgorsze były komentarze "do przestrzeni". Jadwiga była mistrzynią monologów wygłaszanych rzekomo do samej siebie, ale z głośnością nastawioną tak, bym słyszała każde słowo w swoim pokoju na piętrze.

– Tyle wody lać do jednego talerza… Woda kosztuje… W mieście to może i płacą za luksusy, ale tutaj szambo trzeba wybierać… – to słyszałam, gdy myłam naczynia.

– Światło się świeci w korytarzu, a nikogo nie ma. Bogacze… – to, gdy szłam do toalety w nocy.

Zaczęłam chodzić na palcach we własnym (no właśnie, nie własnym) domu. Każdy mój ruch był analizowany, oceniany i korygowany. Moje poczucie wartości malało wprost proporcjonalnie do rosnącej frustracji.

Życie to praca i pokora

W międzyczasie pojawił się wątek, który dolał oliwy do ognia. Sąsiadka. A właściwie córka sąsiadów, Basia. Dawna sympatia Tomka z czasów liceum. Basia została na wsi, wyszła za mąż za rolnika, urodziła trójkę dzieci i była w oczach mojej teściowej ucieleśnieniem cnót.

– Widziałaś, jakie Basia ciasto upiekła na dożynki? – pytała Jadwiga, krojąc mój sernik (zbyt niski, oczywiście). – Trzy warstwy, krem domowy, a nie z proszku. I to przy trójce dzieci! A ona nie ma "home office", ona w polu z mężem robi. To jest kobieta do życia.

– Tomek wybrał mnie, mamo – nie wytrzymałam pewnego razu.

Teściowa spojrzała na mnie z tym swoim politowaniem.

– Wybrał, wybrał. Młody był, miastem zachłyśnięty. Ale życie to nie dyskoteka, Madziu. Życie to praca i pokora.

Czułam się, jakbym rywalizowała z duchem. Basia była w każdej rozmowie. Basia lepiej plewiła ogródek. Basia miała bielsze firanki. Basia była płodna, pracowita i "nasza". Ja byłam obca, wydelikacona i "miastowa". Nawet teść, który rzadko się odzywał, dorzucał swoje trzy grosze:

– Basi mąż to ma dobrze. Wraca z pola, obiad na stole, dom ogarnięty. A u nas? Tomek wraca z tej swojej korporacji, a żona jeszcze w piżamie przed komputerem siedzi.

To "w piżamie" bolało najbardziej. Często pracowałam w dresie, bo tak było wygodnie. Dla nich był to symbol mojego lenistwa i braku szacunku do dnia. Nie rozumieli, że zarabiam więcej niż oni oboje z emerytury razem wzięci. Dla nich moje pieniądze były wirtualne, a moja praca – udawana.

Nikt nie będzie nic poprawiał

Przełom nastąpił któregoś dnia. Szare, depresyjne popołudnie. Postanowiłam umyć okna na całym piętrze. Harowałam cztery godziny. Użyłam najlepszych płynów, polerowałam szyby gazetami. Zeszłam na dół dumna, z bolącym kręgosłupem.

– Umyłam okna u nas na górze, mamo – zameldowałam.

Jadwiga oderwała się od cerowania skarpet. Wstała powoli, weszła po schodach. Słyszałam jej ciężkie kroki. Wróciła po dwóch minutach.

– No, umyłaś. Ale ramy to zostawiłaś brudne w rogach.

– Słucham? – zatkało mnie.

– W rogach, tam gdzie zawiasy. Czarne jest. Co to za mycie, jak brud zostaje? To już lepiej wcale nie myć, niż tak paćkać i rozmazywać. Teraz to wygląda gorzej, bo środek czysty, a boki brudne. Wstyd by było, jakby ktoś z drogi zobaczył.

Coś we mnie pękło. Nie krzyknęłam. Nie zrobiłam awantury. Po prostu poczułam, jak w środku, w mojej klatce piersiowej, gaśnie ostatnia iskierka nadziei na to, że kiedykolwiek ich zadowolę. Zrozumiałam, że to nie jest kwestia czystych okien. To gra o władzę. Nieważne, jak dobrze bym coś zrobiła – ona musiała znaleźć błąd, by utrzymać swoją pozycję. Wróciłam na górę. Usiadłam na łóżku. Tomek wrócił godzinę później. Opowiedziałam mu wszystko.

– Kochanie, ona taka jest. Nie przejmuj się. Poprawi się te ramy w sobotę – powiedział, całując mnie w czoło.

Odsunęłam się.

– Nie, Tomek. Nikt nie będzie nic poprawiał.

Zmieniłam taktykę

Od tamtego dnia zmieniłam taktykę. Przestałam gotować dla wszystkich. Robiłam jedzenie tylko dla siebie i Tomka, jedliśmy w naszym pokoju lub na mieście. Przestałam sprzątać części wspólne – kuchnię, łazienkę na dole, korytarz. Sprzątałam sterylnie tylko nasze piętro i naszą łazienkę. Przestałam robić zakupy do wspólnej lodówki. Kupiłam małą lodówkę turystyczną do naszego pokoju. Przestałam pytać: "Mamo, w czym pomóc?". Gdy widziałam Jadwigę szorującą podłogę na kolanach, mijałam ją z uprzejmym "Dzień dobry" i szłam do siebie. Gdy teść narzekał, że trawa nie skoszona, zakładałam słuchawki i włączałam podcast. Początkowo była cisza. Taka zdziwiona cisza. Myśleli, że mam gorsze dni. Że jestem chora.

– Magduś, wszystko dobrze? Blada jakaś jesteś – pytała teściowa po trzech dniach.

– Nie, mamo. Czuję się świetnie. Mam dużo pracy przy komputerze.

Po tygodniu zaczęły się aluzje.

– Podłoga w kuchni się lepi... – rzucała w przestrzeń Jadwiga, gdy robiłam sobie herbatę.

– Rzeczywiście, lepi się. Ostrożnie, żeby się mama nie poślizgnęła – odpowiadałam z uśmiechem i wychodziłam.

Po miesiącu dom zaczął wrzeć. Okazało się, że moje "nieudolne" sprzątanie i gotowanie jednak odciążało ich bardziej, niż chcieli przyznać. Jadwiga była zmęczona. Teść musiał częściej robić zakupy. Ale ich duma nie pozwalała im poprosić o pomoc. Zamiast tego postanowili się odpłacić.

Moment, na który czekali

To był niedzielny obiad. Wyjątkowo zeszliśmy na dół, bo przyjechała siostra Tomka, Kaśka, z mężem i dziećmi. Kaśka to inna historia – mieszka w mieście, ale przy rodzicach udaje idealną córeczkę. Siedzieliśmy przy rosole. Atmosfera była gęsta jak budyń.

– Ale mama na zmęczoną wygląda – zauważyła Kaśka. – Oczy podkrążone.

Jadwiga westchnęła głęboko, teatralnie odkładając łyżkę.

– A jak mam wyglądać, dziecko? Wszystko na mojej głowie. Ojciec wiecznie zajęty. A ja pranie, gotowanie, sprzątanie wielkiego domu... Sił już brakuje.

– No ale przecież Magda i Tomek tu mieszkają, nie pomagają? – zapytała niewinnie Kaśka, patrząc na mnie.

To był ten moment. Moment, na który czekali.

– Pomagają? – prychnął teść. – Tomek to jeszcze drzewo porąbie jak wróci, ale Magda? Ona tu jak w hotelu żyje.

– Magda ma dużo "pracy" – powiedziała Jadwiga, robiąc palcami cudzysłów w powietrzu przy słowie praca. – Całe dnie siedzi na górze. Schodzi tylko po herbatkę. Palcem nie kiwnie. Nawet talerza do zmywarki nie wstawi, bo twierdzi, że to nie jej obowiązek. Kiedyś to chociaż próbowała, a teraz? Leży i pachnie. Pasożytnictwo, Kasiu. Inaczej tego nazwać nie można.

Zapadła cisza. Czułam na sobie wzrok wszystkich. Tomek otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale go uprzedziłam. Spokojnie odłożyłam łyżkę. Serce waliło mi jak młot, ale głos miałam chłodny.

– Przez pół roku – zaczęłam, patrząc prosto w oczy teściowej – słyszałam, że źle obieram ziemniaki, źle myję podłogę, źle wieszam pranie i źle żyję. Moje jedzenie lądowało w misce psa. Moje sprzątanie było poprawiane na moich oczach. Każdy mój gest spotykał się z krytyką, drwiną albo westchnieniem politowania. Uznałam więc, że skoro wszystko robię źle i tylko dokładam mamie pracy swoimi "błędami", to najlepiej będzie, jak przestanę robić cokolwiek. Żeby nie psuć. Żeby nie marnować wody. Żeby nie robić smug.

Jadwiga poczerwieniała na twarzy.

– O, proszę! Jaka wrażliwa! – krzyknęła. – Hrabina się znalazła! Krytyki nie umie przyjąć! Ja ci matkowałam, uczyłam życia, a ty mi tu teraz z wyrzutami? Lenistwo swoje chcesz usprawiedliwić? Mieszka u mnie za darmo, prąd zużywa, wodę leje i jeszcze pyskuje!

– Za darmo? – wtrącił się Tomek, w końcu wstając. – Mamo, dokładamy się do rachunków połowę. Kupujemy opał. Robimy zakupy.

– Co to za pieniądze! – machnął ręką teść. – Wynajem w mieście by was kosztował krocie. A tu co? Jak pączki w maśle. A ta twoja żona to nas za służących ma. Myśli, że jak "klika" w komputer, to jest kimś lepszym. A prawda jest taka, że to zwykły leniuch, który rąk sobie nie chce pobrudzić. Niszczy cię, synu. Ona cię nastawia przeciwko matce!

Awantura wybuchła z pełną mocą. Wypomniano mi wszystko: od zużycia papieru toaletowego po to, że nie chodzę co niedzielę do kościoła. Dowiedziałam się, że jestem niewdzięczna, arogancka i że "zbałamuciłam" ich syna. Że czekają, aż on "przejrzy na oczy" i znajdzie sobie "porządną kobietę".

Nigdy nie będziemy tu u siebie

Tego samego wieczoru zaczęliśmy się pakować. Decyzja była błyskawiczna. Tomek, widząc furię swojej matki i pogardę ojca, w końcu zrozumiał, że tu nie chodzi o brudne okna. Tu chodzi o dominację. Zrozumiał, że nigdy nie będziemy tu u siebie. Że zawsze będziemy dziećmi, które trzeba strofować.

– Nie możecie nam tego zrobić! – płakała Jadwiga w korytarzu, gdy znosiliśmy kartony do samochodu dwa dni później. – Zostawiacie starych rodziców samych? Co ludzie powiedzą?

– Powiedzą, że pasożyty się wyprowadziły, mamo. Powinnaś się cieszyć – rzuciłam, zamykając bagażnik.

To było okrutne, wiem. Ale po miesiącach wspólnego mieszkania nie miałam w sobie ani grama empatii. Wynajęliśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Jest drogo. Ledwo spinamy budżet. Nie mamy ogrodu, a zamiast śpiewu ptaków słyszę tramwaje. Ale kiedy wieczorem robię sobie herbatę i zostawiam kubek na stole bez podkładki, nikt nie wzdycha. Nikt nie poprawia moich skarpet na suszarce. Nikt nie zagląda mi do garnków z miną krytyka kulinarnego.

Ta historia nauczyła mnie jednej, fundamentalnej rzeczy: cena, którą płaci się za mieszkanie z toksycznymi ludźmi, jest zawsze wyższa niż najwyższy czynsz w wielkim mieście. Płaci się samopoczuciem, godnością i małżeństwem. Teściowie dzwonią do Tomka raz na jakiś czas. Narzekają na zdrowie, na drożyznę, na to, że dom niszczeje. Czasem, między wierszami, pytają, kiedy przyjedziemy. Nie jeździmy. Tomek wpada tam sam raz na dwa miesiące na dwie godziny. Wraca zawsze spięty i milczący. A ja? Ja w końcu nauczyłam się robić risotto tak, jak lubię. I nikt, absolutnie nikt, nie mówi mi, że ryż jest za twardy.

Magdalena, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama