Reklama

To miał być zwykły wtorek, kolejny dzień wypełniony tabelkami, spotkaniami, które mogłyby być mailami, i chłodną uprzejmością open space'u. Nigdy nie przypuszczałam, że akurat w walentynki, święto, którego szczerze nie znosiłam, moje uporządkowane życie wywróci się do góry nogami. Wystarczyła jedna rozmowa, by człowiek, którego mijałam codziennie w korytarzu, stał się kimś najważniejszym.

Jak bardzo się myliłam

Przez ostatnie trzy lata moje życie zawodowe było moją twierdzą. Po bolesnym rozstaniu z narzeczonym, który zostawił mnie dwa tygodnie przed ślubem, rzuciłam się w wir pracy. Biuro stało się moim drugim domem, a współpracownicy tłem dla moich ambicji. Lubiłam to miejsce. Dawało mi poczucie kontroli, której brakowało mi w życiu osobistym. Wszyscy znali mnie jako Anię, tę od trudnych projektów, która zawsze zostaje po godzinach i nigdy nie narzeka.

W tym krajobrazie był też Piotr. Siedział trzy biurka dalej, przy oknie. Piotr był definicją solidności. Zawsze w wyprasowanej koszuli, zawsze punktualny, zawsze przygotowany. Kiedy kserokopiarka odmawiała posłuszeństwa, Piotr wiedział, którą klapkę otworzyć. Kiedy w kuchni kończyło się mleko do kawy, Piotr magicznie wyciągał zapasowy karton z lodówki. Był miły, uczynny i... całkowicie przeze mnie niezauważany. Traktowałam go jak element biurowej infrastruktury – niezbędny do funkcjonowania, ale emocjonalnie obojętny.

Nasze relacje ograniczały się do wymiany uprzejmości. Cześć, jak minął weekend, czy widziałaś ten raport. Czasami, gdy zostawaliśmy dłużej, zamienialiśmy kilka słów o pogodzie albo o korkach w centrum. Nigdy nie zapytałam go o jego życie, o to, co robi po pracy, o czym marzy. Wydawało mi się, że tacy ludzie jak Piotr nie mają fascynujących tajemnic. Był dla mnie zbyt spokojny, zbyt przewidywalny. Moja przyjaciółka, Monika, często powtarzała mi, że szukam w facetach fajerwerków, a powinnam szukać kominka, który daje ciepło. Śmiałam się z tego, twierdząc, że kominki są nudne. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się myliłam.

W firmie panowała specyficzna atmosfera. Dział marketingu był głośny i kolorowy, dział IT zamknięty w swoim świecie, a my, logistycy, byliśmy gdzieś pośrodku. Moją zmorą była Kaśka z HR-u, która za punkt honoru postawiła sobie znalezienie mi męża. Przy każdej okazji próbowała mnie swatać z nowymi pracownikami, co zazwyczaj kończyło się moją ucieczką do toalety lub nagłym telefonem do klienta. Piotr nigdy nie brał udziału w tych biurowych ploteczkach. Siedział w słuchawkach, skupiony na pracy, czasami tylko uśmiechając się lekko pod nosem, gdy Kaśka znów głośno opowiadała o swoich randkach.

Miły dla wszystkich

Kilka tygodni przed tymi pamiętnymi walentynkami nasza firma zdobyła ogromny kontrakt. Atmosfera zgęstniała. Szef biegał po biurze z rozwianym włosem, terminy goniły terminy, a stres wisiał w powietrzu niczym gęsta mgła. Zostałam wyznaczona na liderkę projektu, a Piotr miał mnie wspierać w analizie danych. To wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy pracować ramię w ramię.

Pamiętam jeden wieczór, było już grubo po dziewiętnastej. System się zawiesił, a ja byłam bliska płaczu. Miałam ochotę rzucić laptopem o ścianę. Wtedy Piotr podszedł do mojego biurka. Bez słowa odsunął mnie delikatnie, usiadł na moim krześle i zaczął wpisywać komendy, których nawet nie znałam. Po pięciu minutach wszystko działało.

– Dziękuję – westchnęłam, czując, jak opada ze mnie napięcie. – Uratowałeś mi życie.

– To tylko baza danych, Aniu. Życie jest trochę bardziej skomplikowane – odpowiedział, patrząc na mnie w sposób, którego wtedy nie zrozumiałam.

W jego oczach było coś ciepłego, coś, co sprawiło, że przez chwilę poczułam się nieswojo. Szybko jednak wróciłam do trybu profesjonalistki. Zamówiliśmy wtedy pizzę. Jedliśmy ją w puste sali konferencyjnej, w otoczeniu wykresów i planów. Rozmowa kleiła się wyjątkowo dobrze, ale wciąż dotyczyła głównie pracy. Opowiedział mi o problemach z dostawcami, ja narzekałam na szefa. Było miło, bezpiecznie. Kiedy wychodziliśmy z biura, zaoferował, że mnie podwiezie, ale odmówiłam. Wolałam wrócić taksówką, sama. Bałam się, że jeśli pozwolę sobie na bliższą relację z kimś z pracy, stracę swój pancerz.

Dni mijały, projekt zakończył się sukcesem, a my wróciliśmy do starego układu. Cześć, cześć, czy masz ten plik. Ale coś się zmieniło. Zaczęłam dostrzegać drobiazgi. To, że Piotr zawsze pamiętał, że nie słodzę herbaty. To, że kiedy wchodziłam do kuchni, on przerywał rozmowę z innymi, żeby się do mnie uśmiechnąć. To, że na moim biurku czasem pojawiał się mój ulubiony batonik, choć nikt się do tego nie przyznawał. Ignorowałam te sygnały, tłumacząc je jego wrodzoną uprzejmością. Przecież Piotr taki jest. Miły dla wszystkich.

Nasze spojrzenia się spotkały

Nadszedł 14 lutego. Od rana byłam nastawiona sceptycznie. W drodze do pracy mijałam kwiaciarnie pełne czerwonych róż i pary trzymające się za ręce. Przewracałam oczami na ten komercyjny festiwal uczuć. Dla singielki po trzydziestce walentynki w korporacji to istny tor przeszkód. Wiedziałam, że Kaśka przygotuje jakieś dekoracje, serduszka wycięte z papieru i miski z cukierkami. Nie myliłam się. Biuro tonęło w różu. Na każdym biurku leżała mała kartka z życzeniami od zarządu.

Westchnęłam ciężko i usiadłam na swoim miejscu, planując, jak najszybciej przetrwać ten dzień. Miałam mnóstwo pracy, co było idealną wymówką, by unikać integracji. O godzinie szesnastej szef ogłosił "skromne przyjęcie". Zamówiono catering, w sali konferencyjnej grała muzyka, a atmosfera zrobiła się luźniejsza. Ludzie jedli ciastka, śmiali się, plotkowali. Chciałam się wymknąć po angielsku, ale Kaśka zagrodziła mi drogę.

– Nigdzie nie idziesz, Anka! Musisz zjeść chociaż kawałek tortu. I zobacz, tam stoi nowy chłopak z IT, patrzy na ciebie od godziny – szeptała mi do ucha konspiracyjnym tonem.

Spojrzałam w tamtą stronę. Rzeczywiście, jakiś młody człowiek uśmiechał się do mnie szeroko. Był przystojny, w typie, który kiedyś mi się podobał – pewny siebie, głośny. Ale nie miałam ochoty na flirt. Czułam się zmęczona. Wtedy zobaczyłam Piotra. Stał z boku, oparty o parapet, trzymając w ręku kubek z herbatą. Nie patrzył na nikogo konkretnego, wydawał się zamyślony. Miał na sobie ciemnoniebieską koszulę, w której wyglądał wyjątkowo dobrze. Rękawy miał podwinięte, co odsłaniało silne przedramiona.

Złapałam się na tym, że przyglądam mu się dłużej niż zwykle. W pewnym momencie podniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się, ale tym razem ten uśmiech był inny. Był... zapraszający. Zamiast podejść do nowego chłopaka z IT, jak sugerowała Kaśka, skierowałam kroki w stronę Piotra. Sama nie wiem dlaczego. Może szukałam azylu w jego spokoju.

– Uciekasz przed strzałą Amora? – zapytał, gdy stanęłam obok niego.

– Raczej przed Kaśką i jej swataniem – odpowiedziałam, biorąc ciastko z talerzyka, który stał obok. – Nie znoszę tego dnia. Jest taki wymuszony.

– Wiem, co masz na myśli – przytaknął. – Presja, żeby być szczęśliwym na zawołanie. Ale z drugiej strony... to dobra okazja, żeby powiedzieć komuś coś miłego. Bez tego całego komercyjnego otoczki.

Mówił to z taką powagą, że aż przystanęłam z ciastkiem w połowie drogi do ust. Spojrzałam na niego uważniej. W biurowym świetle, przy dźwiękach jakiejś popowej ballady lecącej z głośników, Piotr wydawał się nagle kimś obcym, a jednocześnie niesamowicie bliskim.

I wtedy wszystko się zmieniło

Rozmowa potoczyła się niespodziewanie gładko. Zaczęliśmy żartować z biurowych absurdów, potem temat zszedł na filmy, a w końcu na podróże. Okazało się, że Piotr, ten "nudny" Piotr, w zeszłym roku samotnie przeszedł szlak w Bieszczadach i planuje wyprawę do Norwegii. Słuchałam go z fascynacją. Opowiadał z pasją, jego oczy błyszczały. Gdzie był ten człowiek przez ostatnie trzy lata? Dlaczego widziałam tylko faceta od kserokopiarki?

W pewnym momencie sala zaczęła pustoszeć. Ludzie zbierali się do domów, do swoich drugich połówek, na romantyczne kolacje. Zostaliśmy tylko my i ekipa sprzątająca. Chyba powinniśmy się zbierać – powiedziałam z żalem. Nie chciałam kończyć tej rozmowy. Czułam się przy nim tak swobodnie, jak dawno przy nikim.

– Aniu... – zaczął Piotr, a jego głos nagle stał się niższy, bardziej chropowaty. – Masz plany na wieczór?

Zaśmiałam się nerwowo. Mój plan to dresy, serial i herbata z cytryną. Bardzo romantycznie. Piotr odstawił kubek na parapet. Zrobił krok w moją stronę. Czułam zapach jego wody kolońskiej – drzewo sandałowe i cytrusy. Przyjemny, nienachalny. Może... może chciałabyś spędzić ten wieczór ze mną? Nie na randce, nie myśl sobie. Po prostu... porozmawiać. Dalej. Bo mam wrażenie, że przez te trzy lata nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Jego propozycja zawisła w powietrzu. Serce zaczęło mi bić szybciej. Rozsądek podpowiadał: nie mieszaj życia zawodowego z prywatnym. Ale intuicja krzyczała: zgódź się.

– Jasne – odpowiedziałam cicho. – Chętnie.

Wyszliśmy z biurowca w chłodny, lutowy wieczór. Miasto tętniło życiem, witryny sklepowe raziły czerwienią serc. Ale my szliśmy powoli, ramię w ramię, w stronę parku. Nie poszliśmy do restauracji, wszystkie były oblegane. Kupiliśmy kawę na wynos i usiedliśmy na ławce, z dala od zgiełku. I wtedy wszystko się zmieniło.

Podkochuję się w tobie od dawna

– Wiem, że to zabrzmi banalnie – zaczął Piotr, patrząc na parę w butach, z której ulatywała para. – Ale zbierałem się do tej rozmowy od miesięcy. Właściwie od tego projektu, kiedy pracowaliśmy razem po nocach.

Zamarłam. Czy on chce mi powiedzieć, że coś źle zrobiłam w raporcie? Że ma do mnie pretensje? Moje myśli błądziły w rejonach zawodowych, wciąż nie dopuszczając do siebie innej możliwości.

– O co chodzi, Piotrze?

– Chodzi o to, że... Aniu, ja cię widzę. Naprawdę cię widzę. – Odwrócił się do mnie i spojrzał mi prosto w oczy. – Widzę, jak ciężko pracujesz, żeby udowodnić wszystkim swoją wartość. Widzę, jak zaciskasz usta, gdy ktoś ci przerywa. Widzę, jak parzysz kawę, kiedy myślisz, że nikt nie patrzy, i zawsze zostawiasz trochę mleka dla następnej osoby, nawet jeśli to resztka. Podkochuję się w tobie od dawna, ale bałem się cokolwiek zrobić.

Zatkało mnie. Dosłownie odjęło mi mowę. Kubek z kawą zaczął mi drżeć w dłoniach. Piotr? Ten cichy, spokojny Piotr?

– Myślałem, że jestem dla ciebie przezroczysty – kontynuował, a słowa wylewały się z niego jak tama, która w końcu pękła. – Że szukasz kogoś przebojowego, kogoś, kto zrobi wokół ciebie szum. Ja taki nie jestem. Nie umiem robić szumu. Ale umiem słuchać. I umiem być. Chciałem ci tylko powiedzieć, że jesteś dla mnie kimś więcej niż koleżanką z biurka obok. Dużo więcej.

Siedziałam tam, w zimowym płaszczu, a w środku czułam narastające ciepło. Nikt nigdy nie powiedział mi czegoś takiego. Moi poprzedni partnerzy komplementowali mój wygląd, moją figurę, czasem moją zaradność. Ale nikt nie zauważył tego, że zostawiam mleko dla innych. Nikt nie dostrzegł mojego zmęczenia ukrytego pod maską profesjonalizmu.

– Piotr... – wymamrotałam w końcu. – Ja... ja nie miałam pojęcia.

Wiem – uśmiechnął się smutno. – Nie oczekuję niczego. Chciałem tylko być szczery. Zwłaszcza dzisiaj. Żebyś wiedziała, że jest ktoś, kto cię docenia. Tak po prostu.

To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Przez lata goniłam za iluzją idealnego faceta, ignorując tego, który był tuż obok. Prawdziwego, autentycznego, dobrego. Poczułam, jak mur, który budowałam wokół siebie od lat, zaczyna pękać. Nie jesteś przezroczysty – powiedziałam, kładąc dłoń na jego dłoni. Była ciepła i pewna. – To ja byłam ślepa.

Dziękuję ci za te walentynki

Nie zakończyliśmy tego wieczoru na ławce. Było zbyt zimno, a my mieliśmy sobie zbyt wiele do powiedzenia. Zaproponowałam, żebyśmy poszli do mnie. To była odważna decyzja, biorąc pod uwagę, że znaliśmy się tylko z pracy, ale czułam, że to właściwe. W moim mieszkaniu, przy zapalonych świecach siedzieliśmy na dywanie w salonie do rana. Nie było w tym niczego niestosownego, niczego, co przekraczałoby granice dobrego smaku. To była noc pełna słów, gestów i spojrzeń, które znaczyły więcej niż jakikolwiek dotyk.

Piotr opowiedział mi o swoim rozwodzie, o którym w firmie nikt nie wiedział. O tym, jak żona odeszła, bo był dla niej "zbyt nudny". Opowiedział mi o swojej samotności, która była podobna do mojej, choć inaczej ją maskowaliśmy. Ja pracoholizmem, on byciem "człowiekiem w tle". Ja otworzyłam się przed nim jak nigdy wcześniej. Opowiedziałam mu o lęku przed odrzuceniem, o tym, jak bardzo zabolało mnie odejście narzeczonego. Płakałam, a on po prostu siedział obok i trzymał mnie za rękę. Nie próbował mnie naprawiać, nie dawał złotych rad. Po prostu był. Jego obecność była kojąca, bezpieczna.

Odkryliśmy, że mamy mnóstwo wspólnego. Oboje kochamy stare polskie kino, oboje nie znosimy rodzynek w serniku i oboje marzymy o małym domku gdzieś na uboczu, z dala od korporacyjnego wyścigu szczurów. Z każdą godziną Piotr stawał się dla mnie coraz bardziej fascynujący. Jego spokój nie był nudą – był siłą. Jego opanowanie nie było brakiem emocji – było dojrzałością. Kiedy za oknem zaczęło świtać, a niebo przybrało barwę bladego różu, poczułam się dziwnie lekko. Byliśmy zmęczeni, mieliśmy podpuchnięte oczy, ale byliśmy szczęśliwi.

– Dziękuję ci za te walentynki – szepnęłam, gdy staliśmy przy drzwiach. Piotr zbierał się do wyjścia, żeby zdążyć przebrać się przed pracą. – To były najlepsze walentynki w moim życiu.

– Dla mnie też, Aniu – odpowiedział, a potem, bardzo delikatnie, pocałował mnie w czoło. To był gest pełen szacunku i czułości, który wstrząsnął mną bardziej niż jakikolwiek namiętny pocałunek w przeszłości.

– Do zobaczenia w biurze.

Zobaczyłam go w nowym świetle. Nie jako kolegę zza biurka, ale jako mężczyznę. Mężczyznę, który miał odwagę pokazać swoje uczucia, ryzykując odrzucenie i niezręczność w pracy. Mężczyznę, który dostrzegł we mnie człowieka, a nie tylko pracownika. Tamtego ranka weszłam do biura z uśmiechem, którego nie mogłam powstrzymać. Kiedy minęłam biurko Piotra, nasze spojrzenia znów się spotkały. Tym razem nie było w nich niepewności. Była obietnica. Wiedziałam, że to dopiero początek naszej historii. Historii, która zaczęła się od zwykłej herbaty i niezwykłego wyznania w dniu, w który oboje nie wierzyliśmy. Okazało się, że miłość nie zawsze uderza jak grom z jasnego nieba. Czasami siedzi cicho trzy biurka dalej i czeka, aż w końcu podniesiesz wzrok znad klawiatury.

Ania, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama