„Mikołajki już zawsze będą kojarzyć mi się ze zdradą. Przejechałam się wtedy na mężu jak na oblodzonym chodniku”
„Mikołajki pachniały mi mandarynkami, dziecięcą radością i szczęściem. Jedna wiadomość znaleziona na telefonie męża przypadkiem sprawiła, że ten idealny obrazek pękł w pół. Nie było krzyku ani dramatów – tylko cisza, decyzja i spakowane torby o świcie. Teraz wiem, że najtrudniejszy krok to pierwszy, ten w stronę własnej prawdy”.

- Redakcja
Zawsze lubiłam Mikołajki. Nawet teraz, mając trzydzieści pięć lat, dwoje dzieci i kredyt na mieszkanie, ten dzień wciąż miał dla mnie coś z magii. Rano, zanim jeszcze wstało słońce, przekradałam się po cichu do pokoju dzieciaków, żeby wsunąć im do butów małe paczuszki ze słodyczami. Kiedyś to ja szukałam czekoladowych mikołajów pod łóżkiem – teraz to ja je tam wkładałam. I wiecie co? Lubiłam to nawet bardziej.
– Mamo! Mikołaj był! – z piskiem wbiegła do kuchni pięcioletnia Zosia, trzymając w rękach lizaka w kształcie bałwanka.
– A ja miałem czekoladę z Transformersami! – dodał ośmioletni Kuba, z ustami już umazanymi mleczną czekoladą.
Przy stole pachniała kawa, a na blacie leżała miska z mandarynkami. To był zapach mojego dzieciństwa – mandarynki i kawa z mlekiem. Tomek, mój mąż, siedział przy stole w dresie, z rozczochraną grzywką i zaspanym spojrzeniem.
– Święty Mikołaj się spisał – rzucił z uśmiechem, podając mi kubek kawy.
– Chyba nieźle zna nasze dzieci – odpowiedziałam, uśmiechając się. Przez chwilę naprawdę wierzyłam, że wszystko jest w porządku.
Dzień upłynął jak z reklamy – śmiechy, zabawy, trochę bałaganu, kakao z piankami, wspólne układanie puzzli. Wieczorem, kiedy dzieci były już w piżamach, Tomek wyjął zza pleców małe pudełko.
– Dla mojej Mikołajki – powiedział z tym swoim przekornym uśmiechem, który kiedyś tak mnie rozczulał.
W środku była srebrna bransoletka, delikatna, z małym serduszkiem. Pocałował mnie lekko w policzek.
– Dziękuję – powiedziałam, choć nie wiedziałam, za co bardziej. Za gest? Za złudzenie?
Jeszcze wtedy nie przeczuwałam, że za kilka godzin cały ten obrazek rozpadnie się jak domek z kart.
„Dziękuję za wczoraj. Pachnę tobą”
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, siedzieliśmy na kanapie, oboje zmęczeni, ale zadowoleni. Oglądaliśmy coś, co miało nas odprężyć, ale i tak każde z nas zerkało w telefon. Mój gdzieś zniknął między poduszkami, więc sięgnęłam po ten, który leżał najbliżej. Ekran rozświetlił się sam. Nie był zablokowany. Tomek chyba nie zauważył, że go podniosłam.
Wiadomość przyszła od razu po tym, jak spojrzałam na ekran. Jedno zdanie. Wystarczyło. „Dziękuję za wczoraj. Pachnę tobą”. Patrzyłam na te słowa i czułam, jak robi mi się duszno. Przesunęłam telefon na stolik, dokładnie w to samo miejsce, z którego go wzięłam. Nie odezwałam się. Nie spojrzałam na Tomka. Wstałam i powiedziałam, że muszę sprawdzić, czy Zosia się nie rozkopała w łóżku. W rzeczywistości zamknęłam się w łazience i opłukałam twarz zimną wodą. Potem jeszcze przez chwilę siedziałam na brzegu wanny, w ciszy. Wszystko było jasne. O nic nie musiałam pytać.
Wróciłam na kanapę i usiadłam obok niego. Podał mi koc, bo zawsze mi marzły nogi. Pogłaskał mnie po plecach i spytał, czy zrobiłam sobie herbatę. Odpowiedziałam, że nie, że zaraz zrobię. Leżeliśmy potem razem w łóżku. Oddychaliśmy tym samym powietrzem, a jednak czułam, jakby między nami stał ktoś trzeci. Nie zadawałam pytań, bo nie potrzebowałam odpowiedzi. Nie tego wieczoru.
– Jutro muszę wcześniej wyjść, mam spotkanie z szefem – rzucił, jakby naprawdę myślał, że wszystko jest po staremu.
– Dobrze – odpowiedziałam, i odwróciłam się do niego plecami.
Nie spałam tej nocy. Wpatrywałam się w ścianę i liczyłam minuty. Wiedziałam już, co zrobię rano.
To nie ucieczka, a decyzja
Obudziłam się przed wszystkimi. Cicho wysunęłam się spod kołdry, a później stanęłam na zimnych kafelkach w kuchni. Włączyłam czajnik, ale zaraz go wyłączyłam. Nie chciałam hałasu. Nie tego ranka. Zaczęłam się pakować. Wzięłam najpierw torby dzieci. Spakowałam ubrania na kilka dni, przytulanki, książki do czytania wieczorem. Włożyłam szczoteczki, piżamy, swetry. Potem swoje rzeczy – kilka bluzek, dokumenty, portfel, telefon. To nie była ucieczka. To była decyzja.
Tomek spał w najlepsze. Leżał na boku, z twarzą wtuloną w poduszkę. Zatrzymałam się na chwilę w progu sypialni. Patrzyłam na niego i myślałam, jak mało teraz wiem o tym człowieku. Może zawsze wiedziałam za mało.
– Mamo, czemu tak wcześnie? – zapytał sennie Kuba, przecierając oczy.
– Jedziemy do babci na kilka dni – powiedziałam, przykucając przy jego łóżku.
– A tata?
– Tata zostaje. Musi pracować.
Nie dopytywał więcej. Dzieci czują, kiedy coś jest nie tak, ale jeśli nie robisz z tego sceny, one też nie zrobią. Zosia w drodze śpiewała cicho kolędy. Patrzyłam na nią w lusterku i ledwo powstrzymywałam łzy. Nie chciałam płakać przy nich. Nie mogłam.
Zatrzymałam się pod domem mamy. Zatrzasnęłam drzwi samochodu i wtedy pierwszy raz poczułam, jak bardzo wszystko mnie boli. Całe ciało miałam napięte, jakby przez ostatnie godziny trzymało się tylko na woli, by się nie rozsypać. Weszliśmy do środka. Mama czekała w kuchni.
– Coś się stało? – zapytała, patrząc na mnie uważnie.
– Jeszcze nie chcę mówić – odpowiedziałam i poszłam do pokoju dzieci, który był kiedyś moim.
Usiadłam na tapczanie i pozwoliłam sobie na krótką chwilę. Tylko jedną. Tylko tu.
Decyzja o rozwodzie
Wieczorem leżałam na starej kanapie w pokoju, który jeszcze pachniał moim dzieciństwem. Tapeta w różowe kwiaty, niedomykająca się szafa, fotel, w którym mama zawsze przesiadywała z książką. Dzieci spały w najlepsze, zmęczone podróżą i emocjami. Mama nie zadawała pytań. Podała mi herbatę z cytryną i cicho zamknęła za sobą drzwi.
Patrzyłam w sufit i nie mogłam przestać myśleć o zdjęciu z lodówki. Wczoraj rano wyglądało jak pocztówka – ja z uśmiechem, Tomek trzymający mnie za ramię, dzieci z lizakami i prezentami. Jeszcze wczoraj wierzyłam, że to prawdziwe. Jeszcze dzień wcześniej myślałam, że ten dotyk znaczy coś więcej.
Wzięłam telefon. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zadzwonić do niego, powiedzieć, że wiem. Ale nie. Nie po to przyjechałam. Wybrałam inny numer.
– Dobry wieczór. Dzwonię, bo potrzebuję pomocy. Chciałabym się umówić na spotkanie. W sprawie rozwodu – powiedziałam, spokojnie, prawie bez emocji.
Głos po drugiej stronie był rzeczowy i konkretny. Zapisałam termin, podałam dane. Odłożyłam telefon i patrzyłam w ciemność. Nie chodziło mi o zemstę. Nie chciałam krzyczeć, tłumaczyć, udowadniać. Potrzebowałam tylko granicy. Czegoś, co mnie odetnie. Żeby wiedział, że wiem. I że nie będę udawać, że nic się nie stało.
Odpowiadałam ciszą
Telefon zadzwonił po tygodniu. Przez te siedem dni przysłał kilka wiadomości. „Jak dzieci?”, „Kiedy wrócicie?”, „Nie odbierasz – martwię się”. Odpowiedziałam krótko raz, a potem cisza. Nie dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Właśnie dlatego, że wiedziałam aż za dobrze.
Odebrałam dopiero za piątym razem. Siedziałam na schodach przed domem mamy z głową pełną myśli.
– Ola… W końcu. Co się dzieje? – zapytał, jakby nie miał pojęcia.
– Myślałam, że domyślasz się – odpowiedziałam spokojnie.
– Jeśli chodzi o tę wiadomość… To była pomyłka. Nic nie znaczyło. Tylko głupi impuls. Nie wiem nawet, jak to się stało.
Słuchałam tego i czułam, jak wewnątrz mnie coś się zamyka.
– To nie była pomyłka. To był wybór – powiedziałam, przerywając mu w pół zdania.
Po drugiej stronie zapanowała cisza. A potem rozłączyłam się.
Wróciłam do środka. Mama siedziała przy stole z szydełkiem w rękach. Podniosła wzrok, jakby wiedziała, co usłyszałam.
– Będzie ciężko – powiedziała cicho.
– Ale przeżyję – odpowiedziałam.
Nie zapytała o nic więcej. Znała mnie dobrze. Wiedziała, że nie potrzebuję teraz rozmowy, tylko przestrzeni.
Ostatnie zdjęcie
Wróciłam do mieszkania w niedzielę po południu. Dzieci zostały u mamy. Powiedziałam, że jadę tylko po kilka rzeczy. Tomek zostawił mi wiadomość, że będzie u swojej matki. Mieszkanie było ciche, zbyt ciche. Nie jak dom, bardziej jak scenografia, w której ktoś zapomniał wyłączyć światła.
Zostawiłam torbę przy drzwiach i weszłam do kuchni. Stałam tam długo. Na lodówce nadal wisiało zdjęcie z Mikołajek. Ja z bransoletką na nadgarstku, dzieci z paczkami w rękach, Tomek z ręką na moim ramieniu. Idealny kadr. Świat, który nie istniał.
Patrzyłam na to zdjęcie i próbowałam przypomnieć sobie, czy naprawdę byłam wtedy szczęśliwa, czy tylko udawałam. Podeszłam bliżej. Pod zdjęciem przykleiłam małą, żółtą karteczkę. Napisałam na niej tylko jedno zdanie: „To było ostatnie”. Nie zdjęłam zdjęcia. Nie tego dnia. Może jutro. Może za tydzień. Jeszcze nie. Wyszłam z mieszkania.
Ola, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „6 grudnia przyłapałam męża na zdradzie. W tym samym stroju Świętego Mikołaja chwilę wcześniej dawał dzieciom prezenty”
- „Choć mam dzieci, wigilijnym opłatkiem znów podzielę się tylko z obcymi ludźmi. Co roku żal ściska mi serce”
- „Zawsze śmiałam się z andrzejkowych wróżb, ale jedna z nich zmieniła moje życie. To był klucz do ukrywanej przeszłości”