„Moi teściowie każdego roku robią cyrk z kolędy. Zamurowało mnie, gdy zdradzili, Ile chcą dać księdzu do koperty”
„Każdego roku, na dzień czy dwa przed kolędą, rodzice mojego męża siadali przy stole jak do negocjacji pokojowych i przygotowywali się do wizyty księdza. Tyle tylko, że w ich przypadku nie chodziło o rozmowę, modlitwę czy błogosławieństwo. Chodziło o zawartość koperty”.

- Redakcja
Co roku, mniej więcej na początku stycznia, zaczyna się to samo. Moja teściowa wyciąga zeszyt z czerwoną okładką, a teść krząta się po kuchni z napięciem godnym kontrolera lotów. Ich rytuał związany z kolędą jest co roku identyczny – i wcale nie chodzi o samą wizytę księdza.
To bardziej jak teatr, w którym każdy odgrywa swoją rolę, a stawka wydaje się większa niż zwykle. Tym razem było inaczej. Kiedy usłyszałam, ile chcą włożyć do koperty, dosłownie mnie zamurowało. Przez lata sądziłam, że nic już mnie nie zaskoczy. Pomyliłam się. I to bardzo.
Nie mogłam w to uwierzyć
– Małgosiu, myślałam, że przyjdziesz wcześniej – powiedziała teściowa, gdy ledwie przekroczyłam próg ich mieszkania.
– Wpadłam prosto z pracy – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się niepewnie, widząc, że teść siedzi przy stole w eleganckim swetrze, a obok niego leży biała koperta.
Znałam ten widok. Każdego roku, na dzień czy dwa przed kolędą, rodzice mojego męża siadali przy stole jak do negocjacji pokojowych i przygotowywali się do wizyty księdza. Tyle tylko, że w ich przypadku nie chodziło o rozmowę, modlitwę czy błogosławieństwo.
– Siadaj. Musimy przeliczyć, ile damy w tym roku – powiedział teść poważnie, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko opinia duchownego o jego hojności.
Teściowa już trzymała zeszyt. Pamiętałam go dobrze – zapisany drobnym pismem, ze szczegółami każdego roku: data, imię księdza, czas trwania wizyty, tematy poruszane przy herbacie, a przede wszystkim: kwota włożona do koperty.
– W zeszłym roku daliśmy cztery stówki – oznajmiła, wertując notatki. – Ksiądz był zadowolony. Nawet powiedział: „Dziękuję, państwo jak zawsze hojni”.
– No to w tym roku dajemy pięćset – oznajmił teść z miną człowieka, który właśnie zdecydował się na zakup nowego samochodu.
Spojrzałam na nich oboje z niedowierzaniem.
– Pięćset złotych? Za pięć minut rozmowy i garść święconej wody?
Teściowa wzruszyła ramionami.
– My nie dajemy „za pięć minut”. My inwestujemy w opinię. W spokój. W to, że nie będą potem w kościele wytykać nas palcami.
Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.
Teściowie wygadywali bzdury
W dniu kolędy wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Stół nakryty białym obrusem, na nim krzyż, świeca, Pismo Święte. Herbata już parzyła się w dzbanku, a teściowa dwa razy przetarła okulary, żeby dobrze widzieć, jak ksiądz oceni ich dom. Teść chodził od pokoju do pokoju, sprawdzając, czy gdzieś nie ma kurzu.
– On wszystko widzi – szeptał konspiracyjnie. – Raz kolega mówił, że ksiądz zwrócił uwagę, że nie było święconej wody w miseczce. Od tamtej pory nie ryzykujemy.
Weszłam do kuchni, żeby pomóc teściowej z ciastem. Chciałam rozładować atmosferę, ale ona tylko cmoknęła z niezadowoleniem.
– Gosia, musisz zrozumieć. To nie jest zwykła wizyta. To jest test. Ksiądz sobie notuje wszystko. Kto ile dał, kto miał jaką zastawę. Potem proboszcz wie, kogo z ambony pochwalić, a kogo pominąć.
Chyba nie słyszałam większych bzdur, ale skinęłam głową. Po południu ksiądz wszedł do mieszkania, rozglądając się z lekkim uśmiechem. Teściowie przyjęli go jak prezydenta – zaprosili do stołu, zasiedli naprzeciwko, zaczęli mówić o zdrowiu, o pogodzie, o parafii.
– To trudny czas dla Kościoła – westchnął ksiądz.
Wtedy teściowa kiwnęła głową i spojrzała wymownie na teścia. A on, teatralnym gestem, sięgnął po kopertę.
– Proszę, księże. Na potrzeby parafii.
Ksiądz przyjął ją z uśmiechem. Nawet nie spojrzał, ile tam jest. Ale teściowie i tak byli zadowoleni. Ich misja była zakończona.
Nie było mi do śmiechu
Wróciliśmy do domu. Kiedy tylko zamknęliśmy drzwi, Maciek spojrzał na mnie z zażenowaniem.
– I co sądzisz o rodzicach?
– Powiem ci szczerze – westchnęłam. – Mam wrażenie, że ta kolęda to dla nich jakiś pokaz, a nie spotkanie z księdzem. Pięćset złotych? Przecież to przesada.
– Taki mają styl. Uważają, że jak dadzą więcej, to będzie im się lepiej wiodło. Mama mówi, że „co dasz księdzu, to wróci”.
– A nie lepiej było dać tę kasę na schronisko albo do domu dziecka?
Maciek tylko wzruszył ramionami. Wiedziałam, że nie zamierza z nimi walczyć. Zawsze był między młotem a kowadłem – z jednej strony czuł, że ich zachowania są przesadzone, z drugiej bał się im przeciwstawić.
Kilka dni później spotkaliśmy sąsiadkę. Starsza kobieta, która zawsze miała coś ciekawego do powiedzenia.
– Byłam u waszych teściów. Chwalili się, że ksiądz długo u nich siedział. I że powiedział, że są wzorem parafian. No, no!
Maciek spojrzał na mnie z rozbawieniem.
– No to się opłaciło.
Tylko że mi wcale nie było do śmiechu.
To był jakiś absurd
Kilka tygodni po kolędzie zadzwoniła do mnie teściowa z prośbą o pomoc – coś szwankowało z pralką, a że Maciek był w pracy, pojechałam sama. Kiedy weszłam do ich mieszkania, wszystko wyglądało jak zwykle – czysto, schludnie, zapach świeżo parzonej kawy unosił się w powietrzu.
– Usiądź, Małgosiu, zaraz ten fachowiec przyjdzie – powiedziała teściowa, nalewając mi kawy do filiżanki z różanym wzorem, tej „na specjalne okazje”. – I tak dobrze, że jeszcze stara pralka ciągnie. Bo na nową to na razie nie ma.
Skinęłam głową, ale nie odzywałam się. Wiedziałam, że jak tylko będzie chciała, sama się rozgada. Nie pomyliłam się.
– Teraz tyle wydatków… – westchnęła, poprawiając fartuch. – A to rachunki, a to wnukom coś trzeba. A my? Ciągle tylko dajemy i dajemy. No ale jak tu nie dać, jak Kościół prosi? No powiedz sama.
Już miałam coś odpowiedzieć, gdy zadzwonił jej telefon. Odebrała bez zawahania.
– Nie, Wiesiu, nie dam ci teraz. Posłuchaj, daliśmy pięćset na kolędę, na ofiarę kolejne sto, do puszki w niedzielę jeszcze dwadzieścia. A teraz jeszcze ta cholerna pralka. Przepraszam, ale serio – my już nie dajemy rady. Pożycz sobie od Grażyny, ona ma.
Zastygłam w fotelu. Wszystko było dla mnie nagle bardzo jasne. Przecież miesiąc wcześniej prosili nas z Maćkiem o pieniądze na leki. Pożyczyliśmy im dwieście złotych, bo twierdzili, że „z emerytury już nic nie zostało”. Wtedy myślałam, że to naprawdę trudna sytuacja. A teraz słyszałam, że część tych pieniędzy dosłownie przelano na parafialne konta.
– Mamo, czy wy sobie zdajecie sprawę, że sami siebie zadłużacie dla tej całej kolędy? – spytałam, kiedy rozłączyła się i usiadła obok mnie. – Pożyczacie pieniądze, żeby dać księdzu? Przecież to nie jest normalne.
– Gosiu, nie zrozumiesz tego. My się tak wychowaliśmy. Jak się nie da, to się źle czuje człowiek. Serio. To trochę jak obowiązek.
Nie odpowiedziałam. Bo wiedziałam, że żadne moje słowa nie przebiją tej ściany przekonań, którą budowali latami.
Nie będę się tłumaczyć
Kolęda w tym roku miała odbyć się także u nas. Z nowym księdzem – młodym, trochę nieśmiałym, ale uprzejmym. Gdy przyszedł, mieliśmy wszystko przygotowane. Obrus, krzyż, świece – ale bez zbędnego napięcia. Z Maćkiem ustaliliśmy, że nie będziemy udawać nikogo, kim nie jesteśmy. Chcieliśmy, żeby to było spotkanie, a nie pokaz.
Ksiądz usiadł, pomodliliśmy się, porozmawialiśmy chwilę. Opowiedział, że to jego pierwsza kolęda po święceniach, że czuje się trochę zestresowany, bo w niektórych domach traktują go jak urzędnika.
– Ludzie oczekują, że zdam egzamin z teologii i savoir-vivre’u – uśmiechnął się lekko. – A ja po prostu chcę ich poznać.
Rozmowa była ciepła, naturalna. Po kilkunastu minutach wręczyłam mu kopertę – z pięćdziesięcioma złotymi.
– Proszę, księże. Symbolicznie.
Spojrzał na mnie z wdzięcznością. Nie zaglądał do środka. Nie ważył tej koperty w dłoni. Uśmiechnął się i powiedział:
– To naprawdę nie o pieniądze chodzi. Miło było państwa poznać. Dziękuję.
Po wyjściu księdza usiedliśmy z Maćkiem przy stole. Patrzyliśmy po sobie w ciszy. Czułam ulgę. Taką zwykłą, głęboką ulgę, jakby coś ciężkiego właśnie się ode mnie odkleiło. Kilka dni później teściowa zadzwoniła. Oczywiście pytała, czy ksiądz był.
– Był. Bardzo miły – odpowiedziałam.
– I… ile daliście?
Zawahałam się. Wiedziałam, że nie zrozumie. Ale postanowiłam nie kłamać.
– Pięćdziesiąt złotych. Symbolicznie.
Cisza po drugiej stronie była wręcz słyszalna. Potem odchrząknęła i powiedziała tylko:
– Aha… no tak… każdy daje, ile może.
W jej głosie było wszystko: niedowierzanie, zawód i coś na kształt żalu. Ale nie tłumaczyłam się. Już nie musiałam.
Kolęda po mojemu
Rok później, gdy zadzwoniła i znów zapytała, czy pomogę im przygotować się do kolędy, powiedziałam wprost:
– Nie, mamo. W tym roku nie przyjadę. Robicie to po swojemu, a ja robię po swojemu.
– Myślisz, że my robimy źle?
– Myślę, że każdy ma swoją drogę. Wy wierzycie, że trzeba dać dużo, by pokazać wiarę. A ja wierzę, że nie da się przeliczyć duchowości na gotówkę.
Po tej rozmowie przestała poruszać temat. Od tamtej pory kolęda nie jest już dla mnie teatrem ani konkursem na „najlepszego parafianina”. Stała się tym, czym być powinna – duchowym spotkaniem.
Czasem, gdy siedzę z Maćkiem przy stole, myślę o tym, ile energii można włożyć w coś, co tak naprawdę nie ma znaczenia. I jak łatwo zatracić istotę wiary w rytuałach.
Nie wiem, ile jeszcze lat teściowie będą odkładać na koperty. Ale wiem, że my tego nie będziemy robić. My zostaniemy przy naszym skromnym, prawdziwym stole.
Małgorzata, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na noworocznych wyprzedażach spotkałam byłego chłopaka. Rozgrzał mnie bardziej niż kozaki z promocji”
- „Mąż był duszą towarzystwa, a teraz tylko siedzi w domu i narzeka. Nie chcę tracić kolejnych lat u boku tego zrzędy”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”