Reklama

Czasem mam wrażenie, że moje życie to ciąg powtarzalnych czynności, wpisanych w korporacyjny kalendarz. Wstaję o 6:45, szybki prysznic, śniadanie – jeśli akurat mam chleb – potem tramwaj numer osiem, biurko numer trzynaście w dziale marketingu. Na moim kubku z napisem „Queen of Briefs” zeszła już połowa złotej litery Q, ale nadal wmawiam sobie, że panuję nad sytuacją.

Reklama

Mam trzydzieści cztery lata i dobrą, stabilną pracę. Nie muszę się martwić o czynsz ani rachunki, ale są wieczory, kiedy wracam do mieszkania i po prostu… siadam w kuchni. I patrzę. Czasem godzinę. Bo nie ma nikogo, kto by zapytał, co u mnie. Albo zrobił herbatę. W firmie jestem tą „ogarniętą”. Zawsze wiem, kiedy idzie kampania, kiedy mamy zebranie, kiedy trzeba napisać raport. Z pozoru zrównoważona. W środku… nie wiem, czasem mam wrażenie, że z dnia na dzień robię się przezroczysta. To było właśnie w tej kuchni na trzecim piętrze, między automatem z kawą a zlewem, który wiecznie się zatyka – pierwszy raz zauważyłam Tomka. Siedział z kubkiem w dłoni, zamyślony. Słuchał muzyki przez słuchawki, ale jedno ucho miał wolne.

– Zielona? – zapytał wtedy, widząc, że sięgam po swój kubek.

– Tak. Ale tylko jeśli jest z cytryną – odpowiedziałam.

Uśmiechnął się lekko i podał mi z półki małą, żółtą paczuszkę. Nie pamiętam, żebyśmy wcześniej rozmawiali, chociaż wiedziałam, że pracuje w IT. Cichy, nie rzucał się w oczy. Ale od tamtego momentu, jakoś... zaczęliśmy pić tę herbatę razem.

– Pogoda dziś jak z fabryki smutku – rzucił któregoś dnia.

– A kawa jakby bardziej gorzka – odpowiedziałam i coś w nim drgnęło. Może zrozumiał, że też jestem po tej stronie muru.

Zawsze to było kilka minut. W kuchni. Tyle. Ale z czasem czekałam na te minuty jak na przerwę w deszczu.

Znowu on? Może to znak? – powiedziała Basia, gdy któregoś razu wróciłam do biurka z zamyśloną miną i jeszcze parującym kubkiem.

Uśmiechnęłam się tylko. Ale w środku… naprawdę zaczęłam się zastanawiać. Może to rzeczywiście był jakiś znak.

Może coś mi się pomyliło

Zaczął nie przychodzić dokładnie wtedy, kiedy zaczęłam myśleć, że może coś się zmienia. Nie uprzedził, nie napisał, nie zostawił najmniejszego śladu. Po prostu zniknął z tej kuchni, jakby ktoś nagle wyciął go z kadru. Przez pierwsze dwa dni próbowałam udawać, że to mnie nie obchodzi. Stałam przy czajniku, robiłam swoją herbatę, patrzyłam w okno, w którym odbijał się mój własny cień. Pomyślałam nawet, że może zmienił tryb pracy, może teraz wpada tylko z samego rana, może zrezygnował z herbaty i przerzucił się na kawę, albo po prostu jest zajęty.

Ale im dłużej go nie było, tym bardziej ta nieobecność kłuła mnie w bok. Nie chciałam się do tego przyznać, nawet przed sobą. Przecież to były tylko krótkie rozmowy, kilka minut dziennie, nic znaczącego. Tak próbowałam sobie tłumaczyć. Tyle że ta kuchnia bez niego była jak korytarz w szkole w wakacje. Cicha, bez celu, nieprzyjazna. Czasem miałam już wychodzić z biura i łapałam się na tym, że wstrzymuję się tylko po to, by sprawdzić, czy nie zjawi się w ostatniej chwili. Jakby to miało cokolwiek zmienić.

– Czemu tak się rozglądasz? – zapytała Basia, unosząc brwi, kiedy któregoś dnia znów wróciłam z pustymi rękami.

– Nie rozglądam – burknęłam.

– Znowu go nie było?

Milczałam. Basia nie potrzebowała odpowiedzi.

– Magda... Ty się chyba zadurzyłaś w tym twoim herbacianym kochanku – powiedziała, wyraźnie rozbawiona, ale spojrzenie miała uważne. – Jeszcze chwila i zaczniesz się łapać za serce, jak ci się spóźni.

Przewróciłam oczami, jakby mnie to nie dotyczyło, ale serce ścisnęło mi się na myśl, że może rzeczywiście... Może coś mi się pomyliło. Może to ja dopisałam do tej historii emocje, których wcale tam nie było. A on po prostu przestał przychodzić, bo nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Po godzinach łapałam się na tym, że wracam myślami do tych naszych rozmów. Zastanawiałam się, czy mówił coś między wierszami, czego nie usłyszałam. Czy powinnam coś zauważyć.

– Dlaczego mi go brakuje? – zapytałam samą siebie któregoś wieczoru, siedząc na kanapie z książką, której nie czytałam. – To był przecież tylko rytuał. Głupie kilka minut dziennie.

Ale to właśnie te minuty rozciągały się teraz w nieskończoność.

Nie umiałam ukryć uczuć

Minął dokładnie tydzień. Siódmy dzień tej ciszy, która przesiąkała mi przez skórę jak wilgoć. Rano weszłam do biura nieco wcześniej niż zwykle. Bez celu, po prostu nie mogłam już wytrzymać w domu. Wszystko tam było zbyt spokojne, a ja miałam w sobie niepokój, który nie dawał się zaszufladkować. Podniosłam roletę, włączyłam komputer, postawiłam torebkę obok krzesła. Przez chwilę po prostu siedziałam, bez żadnego ruchu. Wtedy zauważyłam. Kartka. Leżała na biurku, pod myszką, jakby ktoś chciał, żebym od razu ją zobaczyła. Zadrżała mi ręka, kiedy ją podniosłam. „Zrobiłem ci herbatę. Brakowało mi tych naszych minut”.

Nie podpisał się. Nie musiał. Słowa były krótkie, proste, ale nagle wszystko we mnie zadrżało. Poczułam coś, czego nie czułam od bardzo dawna, że ktoś naprawdę zauważył, że mnie nie ma. Wstałam od biurka. Poszłam do kuchni. Była. Stała na blacie. Para już nie unosiła się z kubka, ale wiedziałam, że to nie jest ważne. Była zrobiona dla mnie. Nie wiedziałam, co mam zrobić z tym nagłym przypływem czegoś, co przypominało ulgę. Chciałam się uśmiechnąć, ale nie miałam siły. Wróciłam do pokoju, usiadłam. Trzymałam kartkę w dłoni i czytałam te same zdania po raz dziesiąty. Tomek pojawił się godzinę później, tak po prostu. Wszedł cicho, miał na sobie tę samą szarą bluzę, którą czasem zakładał w piątki. Spojrzał na mnie, skinął głową. Nic więcej.

– Wróciłeś – powiedziałam cicho, prawie szeptem.

– Miałem parę spraw. Ale już jestem – odpowiedział, jakby to było najzwyklejsze zdanie na świecie.

– Nie było cię długo.

– Tydzień.

– Wiem.

Nie zapytałam, gdzie był. On nie zapytał, czy tęskniłam. Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie. Potem uśmiechnął się lekko.

Dobrze znowu tu być – dodał i przeszedł obok mnie, tak blisko, że poczułam zapach jego perfum. Zatrzymał się przy drzwiach, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale tylko rzucił przez ramię: – Widzimy się później?

Przytaknęłam, a gdy wyszedł, przez dłuższą chwilę nie mogłam się ruszyć. Kartka wciąż leżała na biurku, ale teraz miała inny ciężar.

– I co teraz? – zapytała Basia, kiedy zauważyła, że siedzę zamyślona jak nigdy.

– Nic – odparłam, ale nie umiałam ukryć tego, co czułam.

– On wrócił, a ty kwitniesz. Uważaj, bo jeszcze się zakochasz – mruknęła z przekąsem, a ja poczułam, że chyba trochę się boję, że to już się stało.

Coś mi się rozjeżdżało

To już nie była tylko herbata. Zaczęliśmy wychodzić z biura razem. Najpierw raz, niby przypadkiem, kiedy kończyliśmy pracę o tej samej porze. Potem drugi, kiedy zapytał, czy nie mam nic przeciwko spacerowi. A potem już po prostu czekał, aż się zbiorę. Bez słów. Jakbyśmy ustalili coś, czego nie trzeba mówić na głos. Wieczory były ciche, bez planu. Szliśmy ulicami, które znałam na pamięć, ale z nim wyglądały inaczej. Opowiadał mało, raczej słuchał. Miał w sobie spokój, który działał na mnie kojąco. Zaczynałam mówić więcej niż chciałam. O pracy, o dzieciństwie, o matce, z którą rzadko rozmawiam. O tym, że czasami budzę się rano i nie wiem, po co to wszystko. A on nie komentował, nie dawał rad. Po prostu był.

Zaczęłam się łapać na tym, że czekam na te chwile bardziej niż na weekend. Chciałam, żeby trwały. Ale zauważyłam, że trzyma się z daleka od słów. Nie mówił „ładnie wyglądasz”, nie zapytał nigdy, czy mam kogoś, nie dotknął mnie nawet przypadkiem. Był obecny, ale jakby trzymał bezpieczny dystans, którego nie chciał przekroczyć. A ja... coraz częściej chciałam zrozumieć, dlaczego. Któregoś wieczoru usiedliśmy na ławce w parku, blisko ulicy, ale wystarczająco daleko, by było cicho. Liście już zaczynały opadać. Patrzyliśmy na nie, nie mówiąc nic.

– Dlaczego nigdy nie chcesz ode mnie więcej? – zapytałam nagle, bez przygotowania, jakby to zdanie po prostu mi się wyrwało.

Tomek spojrzał na mnie uważnie.

– Czasami łatwiej się nie pragnąć za dużo – odpowiedział cicho. – Wtedy nie boli, kiedy się kończy.

Zamarłam. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. W jego głosie nie było żalu, ale coś w tym zdaniu zostawiło ślad. Jakby już to przerabiał. Jakby wiedział, co znaczy za bardzo się zbliżyć i za dużo wiedzieć. Pożegnaliśmy się jak zawsze, bez dotyku, tylko spojrzeniem. A ja wracając do domu, czułam, że coś się we mnie rozjeżdża. Jakby wszystko, czego zaczęłam się łapać, znów zaczynało się wymykać.

Nie mogłam tak dłużej

Zaczęłam czuć niepokój. Nie taki dramatyczny, raczej podskórny, jak delikatne swędzenie, którego nie da się zignorować. Im więcej wieczorów spędzaliśmy razem, tym mniej wiedziałam, gdzie jestem w tej historii. On się nie zbliżał, nie oddalał. Stał w miejscu. A ja... ja już nie umiałam. Przez przypadek dowiedziałam się od Basi, że Tomek kiedyś mieszkał z kimś, z kim było poważnie. Niby nic nowego. Ale podobno to się skończyło nagle i nie najlepiej. Nikt nie mówił szczegółów, może dlatego, że nikt ich nie znał. Wieczorem, kiedy znowu siedzieliśmy w parku, nie wytrzymałam.

– Dla ciebie to jest... co? – zapytałam, patrząc mu prosto w twarz. – To nasze całe... coś?

– Magda, ja nie wiem, co to znaczy – odpowiedział spokojnie. – Ale wiem, że tego potrzebuję.

Poczułam się, jakbym miała wybierać między tym, co rzeczywiste, a tym, co chciałabym, żeby było. Tyle że on nie dawał mi żadnych narzędzi do zbudowania czegokolwiek więcej.

Miałam tego dość

Zaczęłam unikać kuchni. Wchodziłam tylko wtedy, kiedy wiedziałam, że go tam nie będzie. Niby nie chciałam go widzieć, ale gdy go przypadkiem mijałam na korytarzu, serce przyspieszało jak dawniej. Tyle że tym razem nie z radości. Z zawodu. Tomek jakby to wyczuwał. Próbował jeszcze raz czy dwa zaczepić mnie rozmową, ale odpowiadałam krótko. Nie chciałam grać w coś, co nie miało zasad. On miał swoją ostrożność, a ja zaczynałam rozumieć, że nie chcę być tylko tłem. W końcu przyszedł wieczór, kiedy po prostu wyszłam z pracy wcześniej. Pominęłam jego wiadomość: „Herbata dziś na ciebie czeka”. Zostawiłam wszystko i poszłam do domu.

Usiadłam przy stole i zrobiłam sobie tę samą herbatę co zawsze. Ale smakowała inaczej. Obca, nijaka. Nie chodziło o smak. Chodziło o brak kogoś po drugiej stronie stołu. Następnego dnia wszedł do kuchni, gdy akurat wychodziłam. Spojrzał na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. Ja też nie. Tylko minęliśmy się bez dotyku.

– Może kiedyś... – powiedział, cicho.

– Może – odpowiedziałam i odeszłam, zanim zdążył się odwrócić.

Wróciłam do rutyny. Do pracy, która nigdy nie pytała, jak się czuję, i do ludzi, którzy nie zauważali, że coś się zmieniło. Tylko ja wiedziałam, że ta kuchnia, te kilka minut, te rozmowy... coś we mnie zostawiły. Nie bolało już tak bardzo. Była pustka, ale cicha. Taka, z którą można żyć. Z tej dziwnej wspólnej herbaty znów została tylko zwyczajna herbata. Ale już nie udawałam, że to mi wystarcza. Wiedziałam, że chcę więcej.

Magda, 34 lata


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama