Reklama

Nigdy nie lubiłam sylwestra. Zawsze coś mnie uwierało w tych wszystkich sztucznych uśmiechach, błyszczących sukienkach i przymusowej euforii. Przez lata próbowałam się dostosować – robiłam makijaże, kupowałam cekinowe bluzki i całowałam chłopaka o północy, tak jak wszyscy. W tym roku miało być inaczej. Odkąd zaczęłam czuć, że coś się we mnie zmienia, przestałam się oszukiwać. Związek, który kiedyś był azylem, zamienił się w coś, co nosiłam jak za ciasny sweter. Postanowiłam, że pożegnam stare uczucie, zanim powitam Nowy Rok.

Nowy Rok miał być świeżym startem

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Za oknem było jeszcze ciemno, a śnieg, który spadł w nocy, cicho leżał na parapecie, jakby bał się naruszyć poranny spokój. Leżałam chwilę w ciszy, wpatrując się w sufit, zanim sięgnęłam po telefon. On spał obok, odwrócony do mnie plecami, oddychając równomiernie. Zawsze tak zasypiał — odwrócony, jakby coś go ode mnie odgradzało.

Nagle uderzyło mnie, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Jeszcze rok temu robiliśmy razem śniadania, kłóciliśmy się o to, kto pierwszy zajmie łazienkę i planowaliśmy wspólne wakacje. Teraz? Trwaliśmy obok siebie, jak dwa zimne kamienie na jednej półce. Nikt nie mówił na głos, że coś się skończyło, ale cisza między nami była głośniejsza niż jakiekolwiek słowa.

Wstałam cicho, żeby go nie obudzić, i poszłam do kuchni. Włączyłam ekspres i oparłam się o blat, czekając, aż kawa zacznie spływać do filiżanki. Myśl o tym, co zamierzałam zrobić wieczorem, krążyła mi po głowie jak natrętna mucha. Zerwać z nim o północy. Tak symbolicznie, tak... dramatycznie. Czy to w ogóle fair? Czy nie powinnam poczekać, porozmawiać spokojnie, może kilka dni później? Zaparzyłam kawę i wzięłam łyk. Nie, nie mogłam tego dłużej odkładać. Nowy Rok miał być świeżym startem. Dla mnie.

Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy

Z kuchni usłyszałam jego kroki. Szedł powoli, przeciągając się leniwie, jakby nic się nie działo. Jakby świat się nie miał tego wieczoru zmienić. Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i podrapał się po głowie.

– Hej – mruknął zaspanym głosem. – Jest kawa?

Podałam mu filiżankę bez słowa. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole, upił łyk i od razu się skrzywił.

– Mocna – stwierdził i odstawił filiżankę. – Ty dziś jakaś cicha.

– Po prostu myślę – odparłam.

– O czym?

– O nowym roku. O tym, co dalej – rzuciłam i spuściłam wzrok, kręcąc łyżeczką w swojej filiżance, chociaż kawa już dawno się rozpuściła.

Zamilkł. W pokoju rozciągnęła się ta nasza znajoma cisza – ta, która jeszcze kilka miesięcy temu była wygodna, a teraz była jak ciężka zasłona dusząca przestrzeń między nami. Miałam wrażenie, że każde słowo może wywołać lawinę.

– Wiesz, możemy gdzieś pojechać w styczniu. Choćby na weekend. Może do Zakopanego? – zaproponował po chwili, zupełnie jakby niczego nie przeczuwał.

Popatrzyłam na niego uważnie. Jakby wiedział, że coś się psuje, ale nie chciał tego przyjąć. Jakby wierzył, że wyjazd to plaster na ranę, która już dawno zaczęła się sączyć.

– Nie wiem – odpowiedziałam. – Zobaczymy.

Wstałam, zabrałam swoją filiżankę i odłożyłam ją do zlewu. On został przy stole, popijając kawę, której nie lubił. Siedział tam jeszcze długo, a ja nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.

Postanowienia na nowy rok

Po południu poszłam na spacer, żeby odetchnąć. Nie powiedziałam mu, dokąd idę. Nie zapytał. Włożyłam czapkę, owinęłam się szalikiem i po prostu wyszłam, zostawiając go przed komputerem, przy grze, którą odpalał zawsze, kiedy chciał udawać, że wszystko jest w porządku. Śnieg skrzypiał pod butami, a ulice powoli zapełniały się ludźmi. W powietrzu unosiła się atmosfera wyczekiwania. Zazdrościłam im tej ekscytacji. Czułam tylko ciężar.

Usiadłam na ławce w parku. Wyjęłam telefon i otworzyłam notatkę, którą zaczęłam kilka dni wcześniej. „Postanowienia na nowy rok” – tak się nazywała. Zaczęłam czytać: 1. Zmienić pracę. 2. Zacząć biegać. 3. Pojechać do Chorwacji. 4. Więcej czasu z rodziną. 5. Być szczera ze sobą. Przewijałam dalej. Nigdzie tam nie było jego imienia. Nigdzie nie było nas.

Zamknęłam oczy. W myślach wróciłam do tych momentów, które kiedyś były piękne – nasze pierwsze wakacje, wspólne wieczory na balkonie, jego ciepłe dłonie na moich plecach, kiedy miałam gorszy dzień. Co się z tym stało? Kiedy to wszystko zaczęło się rozłazić jak stary sweter? I czemu nikt z nas nie miał odwagi tego zatrzymać? Zadrżałam. Nie z zimna. Ze świadomości, że już podjęłam decyzję. Może podświadomie podjęłam ją dawno temu, tylko teraz w końcu odważyłam się ją przyjąć.

Za kilka godzin wszystko się rozpadnie

Wróciłam do mieszkania. On prasował koszulę na wieczór. Spojrzał na mnie zdziwiony.

– A ty jeszcze nie gotowa? Zostało już mało czasu do wyjścia – zapytał.

– Zaraz się ogarnę – odpowiedziałam krótko.

Nie drążył. Poszłam do łazienki, zamknęłam drzwi i wpatrywałam się w swoje odbicie. Makijaż zrobiłam z przyzwyczajenia, choć wiedziałam, że dziś nie będzie żadnych zdjęć, żadnych wspólnych selfie o północy. Nałożyłam czerwoną szminkę, jakby miała mi dodać odwagi. Sylwestra mieliśmy spędzić na dużej domówce. Mój chłopak uwielbiał witać nowy rok z przytupem.

– Gotowa? – zapytał, zakładając kurtkę.

Skinęłam głową. W drodze na imprezę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O korkach, o tym, że wreszcie spadło trochę śniegu, o tym, kto będzie na imprezie. Każde jego zdanie coraz mocniej wbijało mi się w serce, bo wiedziałam, że za kilka godzin wszystko się rozpadnie. I to ja będę tą, która to wypowie.

Nie psujmy tego momentu

Impreza rozkręcała się powoli. Ludzie śmiali się, tańczyli, rozmawiali o planach na przyszły rok, jakby to był po prostu jeszcze jeden wieczór, jeszcze jedna noc. Stałam w kącie salonu, obserwując go. Świetnie się bawił, opowiadał jakieś historie przyjaciołom, śmiał się głośno, nawet raz próbował mnie pocałować w policzek, ale odsunęłam się niby przypadkiem. Nic nie zauważył. Albo udawał. Zegar tykał nieubłaganie.

Dwudziesta druga, dwudziesta trzecia… Coraz więcej osób zaczęło wychodzić na taras, patrząc, jak w oddali zaczynały już błyskać pierwsze fajerwerki. Wszyscy szykowali się na moment, który miał być kulminacją radości. Ja szykowałam się na moment końca. Wyszłam na zewnątrz. Mróz uderzył mnie w twarz. Wzięłam głęboki wdech. Chłopak spojrzał mi w oczy, jakby wyczuł, że coś się dzieje.

– Co jest? – zapytał cicho.

Spojrzałam na niego. Wyglądał na naprawdę zaniepokojonego. Już nie udawał. Może zrozumiał. Może wiedział, że to nie są zwykłe emocje.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam, a głos mi zadrżał.

Z dołu dobiegło: „Dziesięć! Dziewięć!” – goście zaczęli odliczać.

– Nie teraz – szepnął, łapiąc mnie za rękę. – Nie psujmy tego momentu.

Patrzyłam na niego, na nasze splecione dłonie. Przez sekundę zawahałam się. Przecież mogłam poczekać. Ale wtedy dotarło do mnie, że już za długo czekałam. Za długo udawałam.

– Właśnie teraz – powiedziałam.

– Osiem! Siedem! – krzyczał tłum.

Czas się kończył.

Nie chcę już tego ciągnąć

– Sześć! Pięć! – tłum krzyczał coraz głośniej, a ja słyszałam tylko własne myśli.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

To koniec – powiedziałam. – Nie chcę już tego ciągnąć. Udawać, że jest dobrze, kiedy nie jest.

Przez chwilę stał w miejscu. Usta lekko rozchylone, jakby miał zaraz coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów.

– Cztery! Trzy!

– Co ty mówisz? – wydusił w końcu, ściskając mocniej moją dłoń. – Tu, teraz?

– Tak. Chcę zacząć ten rok od nowa. Sama – odpowiedziałam, z całym spokojem, na jaki było mnie stać.

– Dwa! Jeden!

Huk fajerwerków zalał niebo kolorami. Goście wiwatowali, a ich okrzyki radości niosły się echem. A ja stałam naprzeciw niego, czując coś, czego nie czułam od miesięcy. Spokój. Puściłam jego dłoń. Nie zatrzymał mnie. Nie próbował. Widziałam, że chciał coś powiedzieć, zaprotestować, zaprzeczyć temu, co się działo. Ale nie zrobił tego. Może zrozumiał, że nie miałam już siły się cofać. Może po prostu uszanował to, że wreszcie wybrałam siebie.

Wróciłam do środka. Uśmiechnęłam się do kilku znajomych, pogratulowałam nowego roku, po czym założyłam płaszcz i wyszłam. Śnieg znowu zaczął padać, drobny, cichy, jakby chciał mnie otulić. Szłam przez miasto, które świętowało, a ja wreszcie czułam się wolna. Nie radosna. Nie jeszcze. Ale wolna.

Sandra, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama