Reklama

Miałam trzydzieści dwa lata, mieszkanie na wynajmie, kota, który mnie ignorował, i telefon, który był dla mnie źródłem nadziei i przekleństwa. I Marka. A właściwie… Marka, który nie był mój. Od trzech lat pracowaliśmy w tej samej firmie – on w dziale operacyjnym, ja w HR. Poznaliśmy się na jakimś nudnym zebraniu, gdzie wszyscy udawali, że notują, a ja naprawdę notowałam, bo nie umiałam jeszcze wtedy dobrze udawać. On się wtedy uśmiechnął i powiedział:

– Notujesz to, co ja myślę?

Nie zrozumiałam od razu, że to gra. I że to początek czegoś, co wciągnie mnie bardziej, niż zamierzałam. Początkowo to były niewinne rozmowy przy ekspresie do kawy, potem stawał w drzwiach mojego pokoju coraz częściej. W końcu zostaliśmy „tymi od wspólnych lunchów”. Przez jakiś czas próbowałam sobie wmawiać, że to tylko koleżeństwo. Ale potem zaczął pisać do mnie wieczorami. I odpisywał, kiedy był w domu. Kiedy jego Asia była tuż obok.

Pamiętam jeden taki wieczór. Leżałam w łóżku, przewracając się z boku na bok, z serialem przyciszonym niemal do zera, żeby tylko nie umknęło mi „ping!” wiadomości. I przyszło. „Myślisz o mnie?”. Wpatrywałam się w ekran jak idiotka. Oczywiście, że myślałam. I od tamtego momentu przestałam być koleżanką z pracy. Stałam się kimś, kto liczy dni, kiedy Asia wyjeżdża służbowo. Kimś, kto udaje, że nie przeszkadza jej, że jest tą drugą. Ale przeszkadzało mi. I bolało. Ostatni dzień przed feriami był trudny. Marek podszedł do mojego biurka i powiedział, jakby nigdy nic:

– Jedziemy do Szczyrku. Dzieciaki chcą kulig. Asia już wszystko załatwiła.

– Fajnie – odpowiedziałam z uśmiechem, który mnie bolał.

Tego wieczoru nie napisałam nic. Ale w nocy obudziłam się zlana potem. Śnił mi się znowu. I zanim zdążyłam pomyśleć, napisałam: „Śniłeś mi się znowu. Nie mogę spać”.

Świetnie się z nią bawił

Siedziałam przy kuchennym stole, owinięta szlafrokiem, z nogami podciągniętymi pod brodę. W telefonie co chwila przeskakiwały nowe relacje. Kulig. Gdzieś w tle ognisko, kiełbaski, dzieci w śniegowcach i Marek, śmiejący się do kogoś spoza kadru. Asia siedziała obok niego, zapatrzona w płomień, a on z uniesionym kubkiem z grzańcem wyglądał, jakby był dokładnie tam, gdzie chciał być. Z nią. Nie ze mną. Nie napisałam nic więcej. Po godzinie sprawdziłam telefon. Odczytano. Cisza. Dwie godziny później – nadal nic.

Wpatrywałam się w ekran z wściekłością, potem z rozpaczą. Czy Asia widziała? Czy Marek się przestraszył? Czy siedzieli obok siebie, gdy telefon rozbłysł? Może zobaczyła moje imię, może nic nie powiedziała, tylko spojrzała na niego i już wiedział. Że koniec. Że musi wybierać. W biurze tego dnia było pusto, większość wyjechała na ferie. Tylko Marta z marketingu przychodziła jeszcze rano po kawę i rzucała jakieś komentarze o tym, że wreszcie trochę ciszy. Siedziałyśmy razem przez chwilę, obie znudzone.

– Wiem, że coś między wami jest – powiedziała nagle, bez zbędnych wstępów. Spojrzałam na nią zaskoczona, ale ona tylko wzruszyła ramionami. – Ale on nigdy nie odejdzie od żony. Tacy jak on nie odchodzą.

Nie odpowiedziałam. Wbiłam wzrok w kubek, jakby coś było w nim naprawdę interesującego. Nie miałam siły się tłumaczyć. Czułam, jak we mnie rośnie napięcie. Siedziało mi w gardle i ściskało klatkę piersiową. Było mi duszno. Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Nie chciałam nikogo widzieć. Telefon leżał na szafce. Patrzyłam na niego jak na coś obcego, niepotrzebnego. Gdyby nie odpowiedział do rana, wiedziałabym jedno. To znaczy, że mnie nie ma.

Wina mieszała się z żalem

Obudziłam się zanim zadzwonił budzik. Leżałam nieruchomo, z otwartymi oczami, z włączonym ekranem telefonu. Żadnej wiadomości. Brak powiadomień. Godzina szósta piętnaście. Wstałam, jakby miało to coś zmienić. Wzięłam prysznic, włączyłam czajnik, posprzątałam łazienkę, choć nie było czego sprzątać. A potem znowu usiadłam przy stole i patrzyłam na ten cholerny ekran. Nadal nic. Dopiero koło dziesiątej zadzwoniła Iwona z księgowości. Plotki, śmiechy, standardowe pogaduszki. I wtedy rzuciła niby od niechcenia:

– Wiesz, że Marek z Asią wrócili? Widziałam ich rano na parkingu. Mieli wracać za dwa dni, ale wrócili wcześniej. Dziwne, nie?

Zaniemówiłam. Zakręciło mi się w głowie.

– Może dzieciaki zachorowały – powiedziałam, próbując brzmieć obojętnie.

– Albo się pokłócili – odpowiedziała z tym swoim wścibskim tonem. – Asia wyglądała... no, jakoś tak... nieobecnie.

Po rozmowie długo siedziałam, ściskając telefon. W końcu zadzwoniłam. Raz. Drugi. Nie odebrał. Wysłałam wiadomość: „Wróciłeś? Wszystko ok?”. Odczytano. Nic. Czułam, jak w środku rozlewa się we mnie coś ciężkiego, gęstego. Poczucie winy mieszało się z żalem. Powinnam była trzymać się z daleka. Powinnam była przestać, kiedy jeszcze mogłam. Ale przecież on mnie pocałował pierwszy. To on pierwszy napisał: „Nie mogę zasnąć, kiedy nie wiem, czy też o mnie tak myślisz”. I przecież był taki wieczór, kiedy został. Kiedy zasnął w moim łóżku i nie chciał wracać. To nie ja zaczęłam. To nie ja namieszałam. A teraz siedziałam jak idiotka i wmawiałam sobie, że może coś się jeszcze ułoży.

– Nie mogę tak żyć. Muszę wiedzieć – powiedziałam do siebie, głośno, żeby zagłuszyć myśli.

Wysłałam kolejnego SMS-a: „Czy Asia wie? Nie zostawiaj mnie tak”. Nic. Tylko cisza, która dźwięczała mi w uszach przez cały wieczór.

Dowiedziała się o nas

Do pracy wróciłam kilka dni później. Wcześniej wzięłam dwa dni urlopu pod pretekstem przeziębienia, chociaż tak naprawdę nie byłam w stanie znieść myśli, że mogłabym go spotkać. Ale w końcu musiałam. Nie można udawać wiecznie, że coś się nie wydarzyło. Weszłam do biura przed dziewiątą, specjalnie wcześniej, żeby uniknąć porannego tłoku przy windzie. Usiadłam przy biurku i próbowałam zająć się czymkolwiek – mailami, raportami, byle tylko nie myśleć. Ale kiedy o dziesiątej usłyszałam jego głos na korytarzu, poczułam, jak serce przyspiesza. Nie byłam gotowa.

Przez kilka godzin unikał mnie skutecznie. Widziałam go z daleka, rozmawiał z kierownikiem technicznym, potem z kimś z IT. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nie znał mojego imienia. Jakby nie miał w telefonie mojego numeru. A ja siedziałam i patrzyłam, czekając aż spojrzy, aż podejdzie, aż choćby skinie głową. Po czternastej wstałam i wyszłam do kuchni po kawę. Stał przy ekspresie. Sam. Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę. Chciał odejść, widziałam to. Ale nie zdążył.

– Nie możesz tak po prostu udawać, że mnie nie ma – powiedziałam cicho, ale dobitnie. Wiedział, że nie puszczę mu tego płazem.

– Ona widziała wiadomość – powiedział, patrząc gdzieś obok mnie. – Nie powiedziała ani słowa. Spakowała się. Wróciliśmy. Cisza była gorsza niż awantura.

Zamilkłam. Chciałam mu coś zarzucić, coś wypomnieć, ale nie umiałam. W głowie miałam tylko pytanie, które wracało do mnie każdej nocy.

– I co teraz? My...?

Zacisnął palce na kubku, jakby szukał w nim odpowiedzi.

– Nie wiem. Ja też nie mogę spać.

Odwrócił się i odszedł, zostawiając mnie przy ekspresie, z kubkiem w dłoni i jednym pewnym uczuciem, że nic nie będzie jak dawniej. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że to nie ja zostanę wybrana.

Bał się stracić wszystko

W kolejnych dniach widywałam go coraz rzadziej. Przemykał między biurkami, nie rozmawiał z nikim dłużej niż trzeba. Unikał mnie, a może po prostu nie miał już nic do powiedzenia. Moje „Czy Asia wie?” pozostało ostatnim pytaniem, na które odpowiedział półsłówkiem. Asia nie pojawiała się w biurze od tamtej rozmowy. Ktoś rzucił, że wzięła urlop. Ktoś inny dodał, że pojechała na narty – sama. Ilekroć ktoś wspominał jej imię, czułam, jak zaciskają mi się szczęki. Nie z nienawiści. Z żalu. Bo ona też była oszukana. Ale przede wszystkim dlatego, że to ją wybrał.

Zaczęłam patrzeć na Marka inaczej. Już nie jak na kogoś, z kim mogłabym być. Raczej jak na pomyłkę, której nie mogłam cofnąć. Uciekał wzrokiem, nie odpisywał. Znikał wcześniej z pracy, przychodził później. Przestawał być „moim Markiem”, tym, który wysyłał mi zdjęcie kawy o siódmej rano z podpisem: „Myślisz o mnie?”. Teraz patrzyłam na niego i widziałam człowieka, który po prostu się bał. Bał się stracić komfort, nazwisko, codzienność, która, choć może nijaka, była stabilna. Pewnego wieczoru spotkałam się z Magdą – koleżanką, która od początku wiedziała, że coś między nami jest. Piłyśmy herbatę w jej małej kuchni, a ja opowiadałam jej wszystko, bez filtrów. W końcu, po dłuższej ciszy, zapytałam:

– Zawsze myślałam, że jestem inna. Że on dla mnie to zakończy.

Magda odłożyła kubek i spojrzała na mnie bez cienia współczucia, tylko z tą swoją chłodną szczerością.

– On się bał, że straci wszystko. Więc wolał stracić ciebie.

Siedziałam jeszcze długo w tej kuchni, nie mówiąc nic więcej. Nie chcę już być tą, która czeka. Która nie śpi, bo śni jej się ktoś, kto śpi obok innej.

Nie chciałam być snem

Minęły trzy tygodnie ciszy. Takiej prawdziwej, nie tej pełnej niedopowiedzeń, tylko martwej, ostatecznej. Przestałam sprawdzać telefon co kilka minut. Zaczęłam zostawiać go w innym pokoju. Uczyłam się funkcjonować bez tego napięcia, bez czekania, bez tego uczucia, że za chwilę coś się wydarzy i znowu wszystko się rozsypie. Któregoś wieczoru wróciłam późno z pracy. Byłam zmęczona, obojętna, spokojna w sposób, który wcześniej wydawał mi się niemożliwy. Wtedy telefon zawibrował. Jedno zdanie. Krótkie. Spóźnione. „Przepraszam. To nie powinno się było wydarzyć”.

Patrzyłam na ekran długo. Nie poczułam ulgi. Nie poczułam gniewu. Tylko pustkę i coś na kształt końca, który przyszedł za późno. To nie była wiadomość o miłości. To było zamknięcie sprawy, którą on już dawno zamknął w sobie, a ja ciągnęłam jeszcze siłą rozpędu. Nie odpisałam. Nie dlatego, że chciałam go ukarać. Po prostu nie miałam już nic do powiedzenia. Każde słowo byłoby cofnięciem się o kilka kroków. Skasowałam numer. Bez dramatów, bez ceremonii. Jedno przesunięcie palca.

Dopiero wtedy zrozumiałam, że nie chodziło o miłość. Chodziło o ucieczkę. O przerwę od życia, które go przytłaczało. Ja byłam tą przerwą. Chwilą, w której mógł udawać kogoś innego. Marek został z Asią. Nie dlatego, że ją wybrał. Dlatego, że nie potrafił wybrać inaczej. I nagle przestałam myśleć o sobie jak o tej przegranej. Nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś komuś się przyśnię. Ale wiedziałam jedno. Nie chciałam już być czyimś snem. Chciałam być czyimś dniem.

To była iluzja bliskości

Wyjechałam na weekend. Sama. Nie chciałam nikomu mówić dokąd, nie chciałam robić z tego historii ani zaczynać niczego nowego. Chciałam po prostu zniknąć na chwilę, odetchnąć. Pojechałam w góry. Do tego samego miejsca, gdzie Marek z Asią spędzili tamte ferie. Chciałam zobaczyć to miejsce z innej perspektywy, nie przez pryzmat zdjęć, które oglądałam ukradkiem, nie przez ekran telefonu, czekając na wiadomość, która nie nadchodziła.

Zatrzymałam się jednak w pensjonacie na uboczu. Mały pokój z widokiem na zaśnieżony las, cichy korytarz, żadnych rodzinnych krzyków ani par na kolacji. Siedziałam na tarasie pod grubym kocem, popijając herbatę i patrząc, jak dzieci ciągną sanki po zboczu. Myślałam o tym, jak łatwo można dać się złapać w iluzję bliskości. Jak trudno zauważyć, że jest się tylko dodatkiem do czyjegoś życia, nigdy jego centrum. Nie pisałam. Nie miałam ochoty. Nie czekałam.

Kasia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama