Reklama

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam myśleć o Ani jak o córce. Może to było wtedy, gdy pierwszy raz przyszła do naszego domu z nieśmiałym „dzień dobry”. A może wtedy, gdy powiedziała do mnie „mamo”. Nigdy nie miałam córki, więc to słowo zabrzmiało jak prezent. Z Markiem... zawsze było trudno. Chłodny, powściągliwy, oszczędny w słowach. Nasza relacja była poprawna, ale daleko jej było do bliskości. Ot, odwiedzał mnie w święta, czasem zadzwonił. Synowa była inna. Przychodziła sama, czasem z ciastem, czasem tylko na herbatę. Wchodziła do kuchni bez pukania – jak domownik. Siedziałyśmy razem przy stole, gotowałyśmy rosół, piekłyśmy sernik, gadałyśmy o życiu. Potrafiła się położyć z wnuczką na dywanie i opowiadać jej bajki, śmiejąc się głośno, bez wstydu. Czułam się przy niej potrzebna. Nawet jak zaczęło się psuć między nimi – bo przecież widziałam, że coś się dzieje – to wciąż wierzyłam, że się dogadają. Myślałam, że potrzebują czasu, że to przejściowe.

Reklama

– Mamo, muszę trochę się ogarnąć... – powiedziała mi przez telefon.

Głos miała cichy, przygaszony.

– Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć – odpowiedziałam.

– Wiem. Tylko teraz naprawdę... potrzebuję przestrzeni. Żeby to wszystko przemyśleć.

Nie wiedziałam, że to pożegnanie.

Serce biło mi jak szalone

Marek powiedział mi o rozwodzie w kuchni. Nawet nie spojrzał mi w oczy, tylko rzucił mimochodem, jakby mówił o pogodzie.

Rozwodzimy się. Papiery już złożone.

Zamarłam z nożem w ręce.

– Jak to... Co ty mówisz?

Wzruszył ramionami, wziął kanapkę i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie z tysiącem pytań. Myślałam, że wróci i coś mi wytłumaczy, że może za chwilę porozmawiamy jak ludzie, ale nie. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do synowej. Serce biło mi jak szalone. Chciałam zapytać, co się stało, jak się czuje, czy mogę coś zrobić. Odebrała po kilku sygnałach.

– Marek... Już wiem.

– Nie wiem, co mam ci powiedzieć... – odparła.

– Może po prostu powiedz, co czujesz. Jestem tu i cię słucham.

Zapanowała chwila ciszy.

Wszystko się posypało. Nie wiem jeszcze, co dalej.

– My… my przecież nadal możemy… – zaczęłam, nie wiedząc nawet, co chcę powiedzieć.

– Przepraszam. Muszę kończyć – rzuciła i się rozłączyła.

Zostałam z telefonem w ręku. Coś się skończyło, ale nie chciałam tego przyjąć do wiadomości. W kolejnych dniach próbowałam się z nią kontaktować. Wysyłałam wiadomości, zapraszałam na obiad, proponowałam, że zabiorę Zosię na spacer, żeby ona miała chwilę dla siebie. Nie odpowiadała. W nocy leżałam i myślałam o każdej naszej rozmowie, o każdej wspólnej kawie, o świętach, które razem przygotowywałyśmy. Po dwóch tygodniach napisałam do niej jeszcze raz. Zwyczajne:

„Myślę o Tobie. Jeśli chcesz porozmawiać, jestem”.

Odpowiedzi nie było.

Byłam dla niej nikim

Skoro synowa nie chciała rozmawiać ze mną, próbowałam przez Zosię. Przecież byłam jej babcią. Nie taką na pokaz, ale prawdziwą – od bujania na huśtawce, od naleśników z serkiem i od tulenia, gdy bolał brzuch. Wysłałam Ani wiadomość, że może przywieźć Zosię do mnie, choćby na godzinę. Że mogę zająć się nią w każdej chwili, bez zapowiedzi. Nie odpisała. Napisałam raz jeszcze, tym razem krócej:

„Tęsknię za Zosią”.

Też bez odpowiedzi. W końcu przygotowałam mały pakunek. Ułożyłam w nim nową książeczkę, ciasteczka, które wnusia zawsze lubiła i misia. Dodałam kartkę:

„Zosieńko, babcia o Tobie pamięta. Uśmiechnij się, kochanie”.

Wysłałam paczkę do Ani. Nawet potwierdzenia odbioru nie dostałam. Nie wiem, co bolało bardziej – to, że synowa mnie odcięła, czy to, że nie miałam pojęcia, co powiedzieć mojej wnuczce, kiedy może za jakiś czas zapyta: „Babciu, czemu przestałaś mnie odwiedzać?” Przecież to nie ja zniknęłam. Kiedy w końcu poruszyłam ten temat z Markiem, nie wytrzymałam długo.

– Czy możesz mi wytłumaczyć, dlaczego Ania mnie unika?

– Nie wiem.

Nie chce nawet, żebym z Zosią miała kontakt?

– Nie jestem jej rzecznikiem – odparł, nie patrząc na mnie.

To ty nie chcesz, żebym widywała wnuczkę?

– Nie powiedziałem tego.

– A co powiedziałeś?

– Powiedziałem, że nie wiem. I że to nie twoja sprawa.

Spojrzałam na niego i pierwszy raz od dawna poczułam do własnego syna gniew. Miałam wrażenie, jakby wszystko w nim było z kamienia – słowa, twarz, gesty. Jakby nawet nie rozumiał, że nie chodziło tylko o ich małżeństwo.

– Zawsze byłam dla niej matką – powiedziałam półgłosem. – A teraz? Jestem nikim.

Nie odpowiedział.

Ręce zaczęły mi drżeć

Nie spodziewałam się tego, co usłyszałam tamtego dnia. Zosia zadzwoniła do mnie. To było tak niespodziewane, że ręce zaczęły mi drżeć. Na ekranie zobaczyłam jej twarz. Zapytała, czy może pokazać mi rysunek. Chciałam płakać z radości, ale tylko przytaknęłam. Nagle popatrzyła w bok, a potem powiedziała:

– Mamo, babcia jest na ekranie.

Wtedy pojawiła się Ania. Usiadła obok i przez chwilę nic nie mówiła. Słychać było, jak Zosia coś szura w tle. Czułam, że zaraz zniknie mi ten obraz, że to może jedyna chwila.

– Mamo, mogę czasem zadzwonić do babci? – spytała Zosia.

I wtedy Ania, spokojnie, jakby mówiła o czymś zwyczajnym, powiedziała:

– Nie dzwoń do niej. To zamknięty rozdział.

Nie krzyczała. Nie była zła. Mówiła łagodnie. Tak, jak mówi się dziecku, że już nie wrócimy na tamtą plażę, bo dom mamy teraz gdzie indziej. Zamarłam. Ekran zgasł, połączenie się przerwało, albo je przerwano – nie wiem. Siedziałam przy stole z telefonem w ręce i próbowałam złapać oddech. Nie wiem, ile czasu tak siedziałam. Po prostu siedziałam i patrzyłam w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu była moja wnuczka. Nie czułam już złości. Ani żalu. Nawet nie smutku. Czułam pustkę. Jakby ktoś wyjął ze mnie jakiś kawałek i nie zamierzał go zwracać. Po raz pierwszy od dawna nie chciałam już dzwonić, pisać, próbować. Nie chciałam walczyć.

Głos mi się łamał

Wieczorem usiadłam do pisania. Wyjęłam stary zeszyt z szuflady, taki w kratkę, z wyblakłą okładką. Niby nic, ale lubiłam jego papier. Na początku nie wiedziałam, co napisać. Przez chwilę tylko patrzyłam na czystą stronę. Potem wzięłam głęboki oddech i zaczęłam.

„Aniu, nie wiem, czy jeszcze kiedyś zobaczę Zosię. Może nie. Nie umiem już dłużej udawać. Byłaś dla mnie córką. Taką z wyboru. Taką, której się ufa, którą się kocha z każdą drobnostką. Nie musiałaś się starać. Po prostu byłaś i to wystarczyło. Nie rozumiem, co się stało. Boli. Boli to milczenie, ta pustka po tobie, jakbyś umarła, choć przecież oddychasz, żyjesz, jesteś. Wiem, że nie jestem twoją matką. Wiem, że masz prawo odejść. Czy naprawdę można tak łatwo przekreślić wszystkie wspólne lata? Te rozmowy przy stole, te święta, te łzy, które ocierałam z twojej twarzy, kiedy Marek znów cię zawiódł? Nie piszę tego, żeby cię przekonywać. Piszę, żeby się pożegnać. Po swojemu. Cicho, z bólem, ale bez gniewu. Zawsze będziesz częścią mojego życia. Nawet jeśli dla ciebie jestem już tylko zamkniętym rozdziałem”.

Odczytałam ten fragment na głos, sama do siebie. Głos mi się łamał. Przerwałam w połowie zdania. Przez moment rozważałam, czy ten list wysłać, ale potem złożyłam go starannie i włożyłam z powrotem do zeszytu.

Nie przestałam tęsknić

Minęło kilka tygodni. Codzienność wróciła, ale już w innym kształcie. Cichszym. Rano parzyłam kawę tylko dla siebie. W niedzielę nie piekłam już ciasta z nadzieją, że ktoś zadzwoni. Przestałam zerkać na telefon. Przestałam wyglądać wiadomości. Nie przestałam tęsknić. Czasem, kiedy coś mnie rozśmieszyło, przez ułamek sekundy miałam odruch, żeby chwycić za telefon i podzielić się tym z Anią. Zaraz przypominałam sobie, że to nie ma sensu. Ta linia jest już martwa. Tyle tylko, że nikt nie odłączył kabla.

Zdarzyło się to w zwykłe popołudnie, na spacerze. Szłam ścieżką przez park. Liście szeleściły pod nogami, ktoś grał w szachy pod altaną, ktoś inny biegał z psem. Na ławce, pod rozłożystym kasztanowcem, siedziała młoda kobieta z kilkuletnią dziewczynką. Śmiały się. Dziewczynka coś opowiadała z przejęciem, a kobieta kiwała głową, słuchając uważnie. Zatrzymałam się. Coś w ich twarzach przypomniało mi Anię i Zosię. Miały inne rysy, inne głosy, ale przez moment miałam złudzenie, że to one. Zrobiło mi się gorąco. Patrzyłam na nie z odległości kilku metrów i przez chwilę czułam, jakbym znowu mogła cofnąć czas. Jakby wystarczyło podejść i powiedzieć „dziewczynki, jak mi was brakowało”. To nie były one. Uśmiechnęłam się smutno. I poszłam dalej. Życie nie zawsze daje odpowiedzi. A czasem – zostawia milczenie. Zostawia pustkę, z którą trzeba się nauczyć żyć. Nie każda miłość kończy się wdzięcznością. Czasem trzeba pozwolić odejść. I nauczyć się nie czekać.

Teresa, 60 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama