Reklama

Synek śmiał się głośno, siedząc na sankach, które Marek właśnie ciągnął pod górę. Zosia zasnęła w wózku owinięta w ciepły koc z reniferami, a ja stałam z termosami gorącej herbaty i robiłam zdjęcia. Zima w Wiśle, biały puch, słońce skrzące się na drzewach – przez chwilę miałam wrażenie, że żyjemy w bajce.

– Kubuś, tylko nie jedz śniegu! – zawołałam z uśmiechem, machając do synka.

Takie wyjazdy lubiłam najbardziej. Bez telefonu, bez pracy, tylko my – rodzina. Choć Marek czasem „musiaaaał” coś jeszcze załatwić z klientem i znikał z komórką do łazienki, tłumaczyłam sobie, że przecież ktoś musi pracować, skoro ja od kilku lat jestem na urlopie macierzyńskim. Nie chciałam być tą podejrzliwą żoną. Tą, która sprawdza, podsłuchuje, wypytuje. Ufałam. Może naiwnie, ale ufałam. Nasze małżeństwo nie było idealne, wiadomo – czasem się kłóciliśmy o bzdury, czasem o ważne rzeczy, czasem nie rozmawialiśmy dniami. Ale wciąż wierzyłam, że warto walczyć. Dla dzieci. Dla tego, co kiedyś nas łączyło.

Zosia skończyła cztery latka, Kubuś niedawno sześć. Cały mój świat. Nie spałam po nocach, gdy gorączkowali, nie wychodziłam z domu, gdy mieli katar, śmiałam się, gdy robili bałwana z plasteliny i płakałam, gdy pierwszy raz powiedzieli „Kocham cię, mamusiu”. Byłam dla nich całym światem. A przynajmniej tak mi się wydawało. Do dziś pamiętam ten wyjazd jak sen. Śnieg, uśmiechy, rodzinne selfie z górą w tle. Jeszcze nie wiedziałam, że wrócimy z Wisły już jako zupełnie inna rodzina.

Myślałam, że zaraz zemdleję

Kuba siedział przy stole i jadł płatki z mlekiem. Zosia coś mruczała do swojego misia. Marek jeszcze spał. Ja dopijałam kawę, zerkając na telefon, gdzie właśnie pojawiła się wiadomość od sąsiadki w sprawie zgubionej rękawiczki. Było cicho, spokojnie, zwyczajnie. I wtedy mój syn, z buzią umazaną mlekiem, zapytał:

– Mamusiu, kto to Anetka, którą tata kocha najbardziej na świecie?

Odstawiłam filiżankę. Cicho. Bezgłośnie. Nie było we mnie krzyku ani słów. Patrzyłam przez okno, gdzie jeszcze niedawno śmialiśmy się na śniegu. Śnieg dalej tam był. Tylko śmiech zamarł mi na ustach.

– Powiedział tak przez telefon. W łazience. Ale chyba szeptał – dodał, jakby chciał wszystko mi dokładnie wyjaśnić.

Kiedyś, dawno temu, może bym się zaśmiała, może rzuciła: „ojej, co za głupotki”, może ucięła temat jakimś „pewnie coś ci się przyśniło, skarbie”. Ale teraz wiedziałam. Nie umiałabym udawać. Słowa mojego dziecka uderzyły we mnie jak zimna woda. Nie dlatego, że ich nie podejrzewałam. Wręcz przeciwnie. Od miesięcy tłumaczyłam sobie, że przecież każdy mąż ma prawo do prywatności. Do łazienki z telefonem. Do krótkich delegacji, do nagłych „zostanę dłużej w pracy”. Przez lata wierzyłam, że jeśli nie pytam, to chronię rodzinę. Myliłam się. Bardzo się myliłam.

Zaczęło mi się kręcić w głowie. Przez moment byłam pewna, że za chwilę zemdleję. Mleko w misce, dziecięce głosy, bajka grająca gdzieś w tle – to wszystko brzmiało nagle jak zza ściany. Nie zapytałam od razu. Nie pobiegłam do sypialni z wrzaskiem. Tego dnia zjadłam śniadanie do końca, wstawiłam zmywarkę, spakowałam plecak Kubusia i podałam Zosi czapkę. Marek zszedł zaspany, pocałował mnie w policzek, jakby nic się nie stało. Patrzyłam na niego i miałam ochotę wykrzyczeć wszystko, co czułam. Ale nie zrobiłam tego. Nie przy dzieciach.

Wszystko się rozpadło

Wieczorem dzieci już spały. Zosia przytulona do swojego misia, Kuba wtulony w poduszkę z traktorem. Poszłam do sypialni i wyciągnęłam walizkę spod łóżka. Marek siedział w salonie, oglądał wiadomości. Weszłam tam spokojnie, bez słowa. Zobaczył mnie i zmarszczył brwi.

– Co robisz?

Zapięłam torbę, odsunęłam ją na bok i dopiero wtedy na niego spojrzałam.

– Popełniłeś błąd. Ale to nie dzieci powinny ponosić konsekwencje.

Poderwał się z kanapy.

– O czym ty mówisz? Wioletta, co się dzieje?

Stałam, jakbym czekała na to od miesięcy. Nie było we mnie krzyku, nie było paniki. Tylko chłód.

– Kto to Anetka, Mareczku?

Zamilkł. Na chwilę. Dla mnie ta chwila trwała wieczność. Nie próbował się zaśmiać, nie udawał, że nie wie. Tylko spuścił wzrok.

– Kuba ci coś powiedział? – rzucił cicho.

– A powinien milczeć, prawda? Jak ja. Jak wszyscy wokół.

– Wioletta, to nie tak...

– Nie tak? To powiedz, jak. Wytłumacz mi to. Wytłumacz swojemu synowi, dlaczego rozmawiasz z obcą kobietą w łazience, mówiąc, że kochasz ją najbardziej na świecie. Powiedz to Zosi, jak będzie płakać w nocy, bo nie zrozumie, czemu tata już nie przychodzi jej czytać bajki.

Marek próbował coś powiedzieć, ale nie miał żadnych argumentów. Wciąż milczał. Tylko patrzył na torbę. Wiedziałam. Wiedziałam już dawno. Po prostu nie chciałam uwierzyć. Łapałam się każdego pretekstu, by nie wypowiedzieć tego na głos. Ale dziś to padło z ust mojego dziecka. Nie mogłam już tego zignorować.

– Jutro rano zabiorę dzieci i pojadę do mamy. Dalsze decyzje podejmiemy po moim powrocie.

Nie zapytał, czy może z nami jechać. Nie zaprotestował. Wiedział, że to nie był impuls. To był moment, w którym wszystko się rozpadło. Bez krzyku. Bez dramatów. Po prostu przestałam udawać.

Płakałam razem z dziećmi

Następnego dnia rano siedzieliśmy przy stole. Kuba jadł parówkę z musztardą, Zosia grzebała łyżką w owsiance. Marek już wyszedł, zostawił po sobie tylko zamknięte drzwi i ciszę. Wiedział, że dzisiaj nie ma dla niego miejsca przy tym stole.

– Dzieci – zaczęłam, głosem, który brzmiał jak nie mój. – Muszę wam coś powiedzieć.

Zosia spojrzała na mnie z rozchylonymi ustami. Kuba przestał jeść.

– Tata będzie teraz mieszkał osobno. Ja już nie będę jego żoną. Ale on zawsze będzie waszym tatą.

Nie odpowiedzieli od razu. W pokoju zrobiło się cicho. Tylko łyżka stuknęła o miskę.

– Czy ty już tatusia nie kochasz? – zapytał Kuba. Patrzył mi prosto w oczy, bez gniewu. Tylko z tą dziecięcą szczerością, która jest jak brzytwa.

Złapałam oddech.

– Czasem dorośli przestają być razem. To się zdarza. Ale wy nie macie z tym nic wspólnego. To nie wasza wina. Tak się po prostu czasem zdarza.

Zosia zaczęła płakać. Nie rozumiała słów, ale czuła ich ciężar. Przyciągnęłam ją do siebie, objęłam Kubę. Trzymaliśmy się chwilę w ciszy. Nie umiałam ich ochronić przed tym, co miało nadejść. Ale mogłam chociaż nie kłamać. Płakałam razem z nimi. Nie dramatycznie, nie teatralnie. Cicho. Tak jak matka, która trzyma wszystko w sobie, żeby nie rozsypać się w kawałki. Tylko ja wiedziałam, jak bardzo wszystko już we mnie pękło. A mimo to – nie żałowałam. Nie mogłam im pokazać świata, w którym zdrada jest czymś, co się wybacza tylko po to, żeby nie było niewygodnie.

Nie chciałam wiedzieć

Nie wydarzyło się nic konkretnego. Nie było jednej wiadomości, jednej pary obcych butów, szminki na kołnierzu. To był proces. Długi, cichy, powolny rozpad. Pamiętam pierwszy raz, gdy poczułam zapach nie moich perfum na jego kurtce. Zauważyłam, ale nie powiedziałam nic. Pomyślałam, że może w autobusie, może w pracy, może to nowa koleżanka z biura. Tak, wtedy jeszcze szukałam logicznych wytłumaczeń. Potem były wyjazdy służbowe, które coraz częściej nie miały konkretnego celu. Wracał późno, czasem po kilku dniach, ale z pustymi oczami. Nie opowiadał, nie przywoził drobiazgów dla dzieci, jak dawniej. Kiedyś był podekscytowany każdym projektem. Potem już nie.

Zaczęłam zauważać, że chowa telefon. Nawet jak szedł tylko do kuchni, zabierał go ze sobą. W łazience zamykał drzwi na klucz. Siedział tam dłużej niż zwykle, śmiał się cicho do słuchawki. Udawałam, że tego nie słyszę. Wmawiałam sobie, że przesadzam. Że nie mogę być tą żoną, która węszy za plecami męża. Któregoś wieczoru powiedziałam o tym przyjaciółce. Siedziałyśmy na ławce przed blokiem, dzieci bawiły się w piaskownicy.

– Wiesz, Wioletto – zaczęła ostrożnie – gdyby mój mąż tak znikał z telefonem, zaczęłabym się martwić…

Uśmiechnęłam się wtedy, trochę gorzko, trochę z przekąsem.

– Nie Marek. On by mnie nie zdradził.

A jednak. Nie chciałam wiedzieć. Nie miałam siły wiedzieć. Każdego dnia budowałam w głowie kolejne wersje rzeczywistości, w których to wszystko miało sens. Bo dzieci, bo kredyt, bo wspólne święta, bo wakacje. Bo przecież było dobrze. Tylko że nie było. Wiedziałam. I milczałam. Bo dopóki nie padło to jedno pytanie przy śniadaniu, wciąż mogłam udawać, że trzymamy się razem.

Nie było we mnie złości

Nie zrobiłam tego od razu. Kilka dni chodziłam z numerem zapisanym w notesie. Miałam go od dawna, zrzut ekranu z telefonu Marka. Długo udawałam, że nie wiem, co to za kobieta. Gdy w końcu zadzwoniłam, moje dłonie były zimne, a głos zaskakująco spokojny. Umówiłyśmy się w kawiarni w centrum. Wybrałam miejsce z dużymi oknami. Nie chciałam, żeby było zbyt przytulnie. Aneta przyszła punktualnie. Miała na sobie beżowy płaszcz i ułożone włosy. Podeszła pewnym krokiem, ale w oczach miała niepewność. Usiadła naprzeciwko mnie. Nie podałam ręki.

– On mówił, że was już nic nie łączy – wyszeptała po chwili stremowana. – Że jesteście razem tylko przez dzieci. Że dawno wszystko się między wami skończyło.

Spojrzałam na nią i przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie było we mnie złości. Ani zazdrości. Tylko pustka.

– Łączyły nas dzieci. I miłość. Kiedyś.

Chciałam, żeby poczuła ciężar tych słów. Ale ona chyba nie rozumiała. Dla niej byłam tylko przeszkodą. Kimś, kogo trzeba było zepchnąć na bok. Nie powiedziałam więcej. Wstałam i zostawiłam ją tam, w tej kawiarni, z niedopitą kawą i rękami splecionymi na kolanach. Wyszłam na ulicę i poczułam zimny wiatr na twarzy. Nie było ulgi. Nie było satysfakcji. Tylko cisza. Tak wyglądała zdrada, kiedy przestawała być podejrzeniem.

Nie mogłam udawać

Minęło kilka miesięcy. Nie umiem powiedzieć, ile dokładnie. Czas płynął inaczej, dzielił się nie na dni i tygodnie, tylko na momenty, w których było znośnie – i te, kiedy było gorzej. Zamieszkałam z dziećmi w mieszkaniu po mojej mamie. Małe, duszne, z meblościanką z lat dziewięćdziesiątych i balkonem wychodzącym na parking. Ale było nasze. Bez kłamstw, bez śladów innego zapachu na kurtce. Bez pustych spojrzeń przez stół.

Dzieci pytają o tatę. Kuba częściej, Zosia bardziej mimochodem. Weekendy są inne. Czasem Marek je zabiera, czasem nie. Kiedy wracają, są rozkojarzeni. Ja nie pytam. Nie komentuję. Uczę się, że nie muszę znać odpowiedzi na wszystko. Że teraz ważne jest, żebym była obok. Obecna. Stabilna. Zaczęliśmy tworzyć nowe rytuały. Niedzielne gofry z dżemem, wieczorne bajki przy lampce, wspólne ścielenie łóżka. Nie zastępują rodziny w pełnym składzie, ale dają nam namiastkę spokoju.

Są dni, kiedy jestem zła. Na Marka, na Anetę, na siebie. Że pozwoliłam na to wszystko, że nie widziałam, że wierzyłam. Ale są też dni, kiedy patrzę na dzieci i wiem, że postąpiłam słusznie. Że nie mogłam udawać przed nimi, że wszystko jest dobrze. Bo dzieci czują więcej, niż nam się wydaje. Nie szukam teraz miłości. Nie planuję nowego życia. Po prostu oddycham. Wiem, że jeszcze długo będę sprzątać po tym, co się wydarzyło. W sobie, w dzieciach. Ale jestem gotowa. Bo nikt nie zasługuje na to, żeby być czyimś cieniem. To nie jest szczęśliwe zakończenie, ale jest prawdziwe.

Wioletta, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama