Reklama

Codzienność z Olkiem była cicha i przewidywalna. Wspólne poranki, te same wieczory, rozmowy o sprawach do załatwienia. Przez lata myliłam brak kłótni z bliskością. Przestałam mówić o tym, co czuję, bo moje słowa rozpływały się w powietrzu. Walentynki były jedynym dniem, w którym chciałam sprawdzić, czy jeszcze jestem dla niego kimś więcej niż elementem rutyny.

Nie jestem kimś, kogo trzeba poznawać na nowo

Walentynkowy poranek niczym nie różnił się od innych. Olek krzątał się po kuchni, nalał mi herbaty do mojego kubka, tego z wyszczerbionym uchem, i rzucił krótkie „miłego dnia”, zanim wyszedł do pracy. Zatrzymałam na nim wzrok o sekundę dłużej, jakbym liczyła, że coś jeszcze doda, jakiś znak, że to nie jest zwykły czwartek. Nie dodał nic. Przez cały dzień nosiłam w sobie ciche napięcie. Nie ekscytację, raczej ostrożną nadzieję, którą próbowałam trzymać na wodzy. Tłumaczyłam sobie, że przecież liczy się gest, pamięć, a nie forma. Że nie potrzebuję niczego wielkiego. Wystarczy, żeby było… inne. Wieczorem podał mi niewielką torebkę, dokładnie taką samą jak rok wcześniej. Nawet kolor się zgadzał. Serce zabiło mi szybciej, a zaraz potem zwolniło, jakby samo zrozumiało, co zobaczę w środku.

– Proszę – powiedział z lekkim uśmiechem. – Wszystkiego dobrego.

Wyjęłam perfumy, identyczne jak z ubiegłego roku i dwa lata wcześniej. Ten sam schemat, ten sam bezpieczny wybór. Przez chwilę patrzyłam na niego w milczeniu, czując, jak policzki zaczynają mnie piec. Nie z radości.

– Dzięki – rzuciłam po chwili, bardziej do siebie niż do niego.

– Wiedziałem, że ci się spodoba – odpowiedział od razu, jakby odhaczył punkt z listy.

Zrobiło mi się wstyd. Nie przed nim, przed sobą. Za to, że jeszcze kilka godzin wcześniej wierzyłam, że może tym razem będzie inaczej. Że może zapamiętał, co mówiłam, co lubię, co mnie cieszy. Że choć przez jeden dzień w roku spróbuje wyjść poza wygodny schemat. Usiadłam na kanapie i nagle poczułam, jak bardzo jestem zmęczona udawaniem, że to wystarczy. Ten prezent nie był problemem samym w sobie. Był dowodem. Cichym, powtarzalnym sygnałem, że nie jestem kimś, kogo trzeba poznawać na nowo. Jestem kimś, kogo można obsłużyć jednym, sprawdzonym gestem. Olek włączył telewizor, jak zawsze. Ja siedziałam obok, ściskając w dłoni symbol kolejnego roku, w którym udawałam, że mnie to nie boli.

Zawsze znajdowałam jakieś wytłumaczenie

Leżąc tamtego wieczoru w łóżku, długo nie mogłam zasnąć. Olek spał odwrócony plecami, jakby dzień był zupełnie zwyczajny. A ja przewracałam się z boku na bok, cofając się myślami do początku, do momentów, które kiedyś uznawałam za drobnostki. Przypomniałam sobie, jak mówiłam mu, że lubię długie rozmowy, nawet o niczym. Kiwał wtedy głową, ale po chwili sięgał po telefon. Jak opowiadałam o pracy, o ludziach, którzy mnie męczyli albo cieszyli, a on odpowiadał krótkim „rozumiem”, nie odrywając wzroku od ekranu. Tłumaczyłam to zmęczeniem. Zawsze znajdowałam jakieś wytłumaczenie. Były też te sytuacje, kiedy próbowałam delikatnie zaznaczyć swoje potrzeby.

– Moglibyśmy gdzieś wyjść w weekend? – pytałam ostrożnie.

– Zobaczymy – słyszałam, a potem weekend znikał pod ciężarem spraw do załatwienia i seriali.

Pamiętam dzień, w którym zrezygnowałam z czegoś ważnego dla siebie, bo on nie miał na to nastroju. Powiedział wtedy:

– Przecież nic się nie stanie, jak raz odpuścisz.

Odpuściłam. Potem jeszcze raz. I kolejny. Aż przestałam zauważać, że to zawsze ja odpuszczam. Z czasem nauczyłam się nie zadawać pytań, na które odpowiedzi mogłyby mnie zaboleć. Nie mówiłam, że jest mi przykro. Uśmiechałam się, kiedy trzeba było. Wmawiałam sobie, że dojrzały związek to spokój, a nie ciągłe rozmowy o emocjach. Że tak właśnie wygląda stabilność. Dopiero teraz zobaczyłam wyraźnie, jak bardzo się myliłam. Te wszystkie drobne momenty układały się w jeden schemat.

Ja – czekająca, dopasowująca się, usprawiedliwiająca. On – obecny fizycznie, ale nie tam, gdzie najbardziej go potrzebowałam. Walentynkowy prezent był tylko kolejnym elementem tej układanki. Nie początkiem problemu, ale dowodem na to, jak długo trwał. Leżąc w ciemności, poczułam ciężar lat, w których powoli znikałam, krok po kroku, w imię spokoju, który okazał się pusty.

Napięcie rosło z każdym dniem

Po walentynkach w mieszkaniu zrobiło się chłodno, choć kaloryfery grzały jak zawsze. Rozmawialiśmy mało, jeszcze mniej niż zwykle. Zdania urywały się w połowie, nasze spojrzenia unikały. Olek zdawał się tego nie zauważać albo udawał, że wszystko jest w porządku. Ja czułam, że jestem jak napięta struna, która lada moment pęknie. Każdy drobiazg zaczynał mnie drażnić. Sposób, w jaki odkładał klucze nie na swoje miejsce. To, że pytał, co będzie na obiad, choć dobrze wiedział, że nie mam dziś siły ani ochoty o tym myśleć. Milczałam, ale to milczenie było głośniejsze niż jakakolwiek kłótnia. Pewnego wieczoru siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole. Jedliśmy w ciszy. W pewnym momencie podniosłam wzrok i zobaczyłam, że Olek patrzy w telefon. Znowu. Coś we mnie drgnęło.

– Mógłbyś na mnie spojrzeć? – zapytałam spokojniej, niż się czułam.

Podniósł głowę z wyraźnym zdziwieniem.

– Przecież patrzę. Co się dzieje?

Chciałam powiedzieć wszystko naraz. O latach niedopowiedzeń, o tym, jak bardzo czuję się niewidzialna. Zamiast tego tylko westchnęłam.

– Nic. Nieważne.

Wiedziałam już wtedy, że to kłamstwo. Że to bardzo ważne. Ale bałam się tej rozmowy bardziej niż dalszego milczenia. Bałam się, że usłyszę coś, czego nie będę mogła cofnąć. Napięcie rosło z każdym dniem. Z drobnych nieporozumień robiły się pretensje. Z pretensji – cisza. Przestałam udawać, że wszystko jest w porządku, choć wciąż nie potrafiłam nazwać tego na głos. Czułam złość, ale pod nią krył się smutek i ogromne rozczarowanie. Pewnego popołudnia wróciłam wcześniej do domu. Olek siedział na kanapie, jak zwykle. Coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że jeśli teraz znowu zamilknę, już zawsze będę milczeć. A ja nie chciałam dłużej znikać.

Czuję się pomijana

To zaczęło się niewinnie, od pytania, dlaczego od kilku dni wszystko między nami jest takie sztywne. Olek mówił, że przesadzam, że szukam problemów tam, gdzie ich nie ma. Słuchałam go i czułam, jak we mnie narasta potrzeba, by w końcu przestać owijać w bawełnę.

– Olek, czuję się pomijana, od dawna mam wrażenie, iż jestem w tym związku sama – oznajmiłam.

– Znowu przesadzasz, ile można.

Czułam, że walentynki były tylko kroplą, a nie przyczyną. Im więcej mówiłam, tym bardziej on się irytował. Zarzucał mi, że dramatyzuję, że zawsze było dobrze, więc nie rozumie, o co mi chodzi. W jego głosie nie było ciekawości ani próby zrozumienia, tylko zmęczenie rozmową, która burzyła mu spokój. W pewnym momencie przestał nawet udawać cierpliwość.

Powiedział, że przecież jesteśmy razem od lat, mamy wspólne mieszkanie, poukładane życie. Że to powinno mi wystarczyć. A potem padły słowa, które zapadły we mnie głębiej niż wszystkie wcześniejsze. Przyznał, że nie zastanawiał się nad nami od dawna. Że tak jest po prostu wygodnie. Że nie widzi sensu rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze, skoro działa. Słuchałam go w ciszy, czując, jak coś we mnie opada. Nie było krzyku ani teatralnych gestów. Była za to brutalna jasność. Nagle wszystkie sytuacje z przeszłości nabrały sensu. To nie było niezrozumienie, brak czasu ani charakter. To był wybór. Świadomy brak potrzeby, by się starać.

Chciałam jeszcze coś powiedzieć, zapytać, czy kiedykolwiek było inaczej, ale wiedziałam, że odpowiedź niczego już nie zmieni. W tej jednej chwili zobaczyłam całą naszą relację taką, jaka była naprawdę. Bez złudzeń, bez usprawiedliwień. Kłótnia ucichła tak samo nagle, jak się zaczęła. Olek wyszedł do drugiego pokoju, a ja zostałam sama z ciszą, która tym razem nie była pusta. Była pełna zrozumienia, na które czekałam latami.

Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię

Zostałam sama w salonie, słuchając tykania zegara, które nagle stało się natarczywe. Cisza po jego wyjściu nie bolała tak jak wcześniej. Była ciężka, ale uczciwa. Po raz pierwszy od dawna nie próbowałam jej wypełniać myślami o tym, co mogłabym zrobić lepiej, inaczej, ciszej. Usiadłam na kanapie i spojrzałam na walentynkowy prezent leżący na stoliku. Przez lata nadawałam mu znaczenie, jakiego nigdy nie miał. Teraz widziałam w nim symbol wszystkiego, co powtarzało się bez refleksji. Tego, że byłam stałym elementem jego życia, ale nie kimś, o kogo trzeba dbać. I nagle poczułam ulgę. Smutną, spokojną ulgę.

Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię następnego dnia ani gdzie to wszystko mnie zaprowadzi. Wiedziałam tylko jedno: nie chcę już być czyjąś wygodą. Nie chcę prosić o uwagę ani tłumaczyć, dlaczego jest mi źle. Zrozumienie przyszło cicho, bez fanfar, ale było wyraźniejsze niż wszystkie wcześniejsze nadzieje. Wstałam, zgasiłam światło i pomyślałam, że ta noc jest początkiem czegoś nowego. Nie dlatego, że coś się skończyło, ale dlatego, że w końcu przestałam siebie ignorować.

Justyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama