„Mój mąż pracował na nocne zmiany, więc w zimne noce ogrzewałam się inaczej. Nie moja wina, że zrobiło się gorąco”
„Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie przytulił. Kiedy ostatnio zapytał, jak się czuję. Myślę, że przestaliśmy być dla siebie ludźmi. Zostaliśmy funkcjami: on zarabiał, ja dbałam o dom. Żadne z nas już nie patrzyło na drugie. Nie słuchało. Nie czuło”.

Nie wiem, kiedy dokładnie nasze małżeństwo się skończyło. Nie było wybuchu, kłótni, zdrady. Po prostu pewnego dnia zorientowałam się, że jestem sama. Paweł wracał z pracy, kładł się spać, a ja chodziłam na palcach, żeby go nie obudzić. Potem wychodził, zanim zdążyłam się odezwać. Jego rytm życia przesunął się na noc. Mój został w ciągu dnia. Minęliśmy się – najpierw w czasie, potem w sercach.
Dzień wyglądał zawsze tak samo. Budziłam się w pustym łóżku, robiłam kawę, której ze mną nikt nie pił. Sprzątałam mieszkanie, jakby od tego miało się coś zmienić. O 14:00 podgrzewałam dla niego obiad. O 18:00 znikał za drzwiami bez słowa.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie przytulił. Kiedy ostatnio zapytał: „Jak się czujesz?”. Myślę, że przestaliśmy być dla siebie ludźmi. Zostaliśmy funkcjami: on zarabiał, ja dbałam o dom. Żadne z nas już nie patrzyło. Nie słuchało. Nie czuło.
Czasem mówiłam coś sama do siebie – byle usłyszeć ludzki głos.
– Jeszcze tylko pranie, potem kolacja. I znowu ten sam dzień – szepnęłam kiedyś w kuchni.
– Zgasisz światło? – wymamrotał Paweł przez sen.
Zgasiłam. Jak zwykle. I zrozumiałam, że dla niego mogłoby mnie wcale nie być. Wtedy pojawił się Wiktor.
Każdy dzień był taki sam
Słońce wpadało do kuchni bladym klinem. Cicho stawiałam czajnik, przesuwałam krzesło biodrem. Nie chciałam obudzić Pawła – wiedziałam, że jeszcze śpi. Spał długo, głęboko, z twarzą wciśniętą w poduszkę, z rękami pod kołdrą jak dziecko. Tyle że nie był dzieckiem. Był moim mężem. Kiedyś.
Zamiotłam podłogę jak co rano. Ścierką przetarłam blat, choć był czysty. Z lodówki wyjęłam obiad, który przygotowałam dzień wcześniej – duszone mięso i ziemniaki. Zawsze to samo, bo zawsze tylko on jadł. Ja zazwyczaj zapominałam, że też powinnam coś zjeść. Czasem tylko gryzłam kromkę chleba w biegu albo jakąś sałatkę.
– Co dziś na obiad? – zapytał Paweł, wchodząc do kuchni w piżamie.
– To, co zwykle. Nie miałam czasu, żeby wymyślić coś innego – odpowiedziałam, choć przecież miałam cały dzień. Po prostu nie widziałam sensu.
– Nie szkodzi. I tak zjem to później – rzucił, zamykając za sobą drzwi sypialni.
Nie zapytał, co u mnie. Nie usiadł. Nie spojrzał. Po prostu zniknął znowu za ścianą. Znów zostałam sama z ciszą i zapachem duszonej cebuli.
Późnym popołudniem usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam lekko zaskoczona. Na progu stał Wiktor – sąsiad z naprzeciwka z kubkiem w ręku.
– Cześć, Kasia. Przepraszam, że przeszkadzam, ale… nie masz może odrobiny tymianku? Zaczynam gotować, a zapomniałem kupić.
Uśmiechnął się lekko zakłopotany. Przez sekundę pomyślałam, że pierwszy raz ktoś spojrzał na mnie naprawdę. Nie przeze mnie. Nie obok. Na mnie.
– Jasne, poczekaj chwilę – odpowiedziałam i weszłam do kuchni.
Zaczęło się od herbaty
Na początku to były tylko przyprawy. Raz tymianek, innym razem liść laurowy albo ziele angielskie. Czasem pożyczał rondelek, bo „ten jego zaginął gdzieś w czeluściach kuchni”. Zawsze stał w drzwiach z tym samym lekko przepraszającym uśmiechem, jakby nie chciał być kłopotem. Nigdy nie przekraczał progu bez zaproszenia. Ale pewnego dnia zapytał:
– Może napijesz się herbaty? W zamian za to ziele – uśmiechnął się. – Mam taką imbirową z cynamonem. Podobno dobrze robi na duszę.
Poszłam. Może dlatego, że nikt mnie o nic nie prosił od dawna. Może dlatego, że jego mieszkanie pachniało czymś więcej niż samotnością. Siedzieliśmy przy oknie z widokiem na osiedlowe drzewa. Milczeliśmy. Ale to było dobre milczenie, takie bez napięcia. Tylko radio cicho grało, a Wiktor mieszał herbatę bez pośpiechu.
– Znasz ten zapach? To cynamon i imbir. Kojarzy mi się z dzieciństwem – powiedział, spoglądając na mnie.
– Zazdroszczę ci tych skojarzeń. Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio coś czułam – odpowiedziałam bez zastanowienia. Gdy wypowiedziałam te słowa, zamarłam. Zbyt szczere. Za szybko.
On jednak tylko skinął głową, jakby wszystko rozumiał. Nie oceniał. Nie dopytywał. Zaczęłam wracać częściej. Najpierw z jakimś pretekstem. Potem już bez. Gotowaliśmy razem. Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się. O Pawle nic nie mówiłam. Coraz mniej o nim myślałam. Aż przestałam mówić cokolwiek. Wszystko, co chciałam, działo się między słowami – w ciepłej herbacie i tym cichym, spokojnym byciu razem.
Zrobiło się gorąco
To był zwykły wieczór. Taki jak wiele innych. Wiktor gotował makaron, ja kroiłam cukinię. Radio grało coś leniwego, pachniało czosnkiem i bazylią. Było ciepło, spokojnie, znajomo. W pewnym momencie sięgnęłam po łyżkę, nasze dłonie się zetknęły – i nie cofnął swojej. Jego palce zostały na mojej dłoni. Delikatnie. Cicho. Jakby sprawdzały, czy mogą tam być. Spojrzałam na niego. Nie uśmiechał się. Był poważny. Uważny. Jakby chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że słowa by to zniszczyły. Przez chwilę nie oddychałam. Nie powiedzieliśmy nic. Nie musieliśmy.
Jeszcze tego samego wieczoru wróciłam do niego. Bez zaproszenia. Bez pretekstu. Wiktor otworzył drzwi i tylko się cofnął, robiąc miejsce. Jego mieszkanie wyglądało tak samo, ale czułam, że wszystko się zmieniło. Usiadłam na kanapie, a on usiadł obok. Nie dotknęliśmy się. Nie od razu. Najpierw tylko patrzyliśmy.
Potem położył dłoń na moim policzku. Tak miękko, jakby chciał mnie ulepić od nowa. Zbliżenie było czułe. Powolne. Nie było w nim pożądania – raczej głód obecności. Głód bycia zobaczoną, dotkniętą, chcianą. Zasnęłam w jego ramionach. A kiedy się obudziłam, płakałam. Nie z winy. Z ulgi.
– Nie chcę cię skrzywdzić, Kasia – powiedział cicho, gładząc moje włosy.
– Za późno. Od dawna jestem zniszczona. Ty tylko pokazałeś mi, gdzie – odpowiedziałam, wtulona w jego ramiona.
Nagle sobie przypomniał
Wracałam jak zwykle – spokojnie, z cichym uśmiechem na ustach. Na klatce pachniało smażonym mięsem z któregoś mieszkania. Niosłam ze sobą jego zapach – cynamon, herbata, zapieczony ser z kolacji. I coś jeszcze – czułość, której nie znałam od lat.
Otworzyłam drzwi. W mieszkaniu było ciemno. Pusto. Tak, jak zawsze. Zdjęłam buty, odwiesiłam płaszcz. Z kuchni dochodziło światło. Zaskoczyło mnie – zwykle Paweł był już wtedy w pracy. Albo spał. Weszłam. Siedział przy stole w piżamie z kubkiem herbaty. Patrzył na mnie. Zamarłam. Ręce mi zadrżały. Poczułam, jak serce wali mi w piersi.
– Byłaś u niego? – zapytał cicho.
Nie zapytał, kim jest „on”. Nie musiał.
– Nie chciałam, żeby to tak wyszło – odpowiedziałam bezbronnie. Jak dziecko złapane na kłamstwie.
– To jak miało wyjść? Z karteczką na lodówce? „Zostawiam cię, bo mnie nie widzisz”? – jego głos był spokojny. Spod tej ciszy sączyło się coś ciężkiego.
Chciałam coś powiedzieć, ale nie miałam słów. W tej kuchni, w której przez tyle lat gotowałam dla nas obiady, czułam się jak intruz.
– Wróciłem wcześniej – dodał. – Bo poczułem, że może nie mam już do czego wracać.
Usiadłam naprzeciwko niego. Ręce miałam splecione na stole. Wreszcie zaczęliśmy rozmawiać – pierwszy raz od bardzo dawna. Tyle że nie byliśmy już parą. Tylko dwójką obcych ludzi, którzy musieli sobie opowiedzieć, jak się zgubili.
Zrobiłam rachunek sumienia
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Stół pomiędzy nami był jak mur – zbudowany z lat milczenia, nieprzespanych nocy i wszystkiego, czego nie powiedzieliśmy sobie na czas. Paweł patrzył gdzieś poza mnie. Ja z trudem trzymałam spojrzenie.
– Kiedy to się zaczęło? – zapytał w końcu.
– Nie wiem. Może wtedy, kiedy przestałeś mówić do mnie po imieniu – odpowiedziałam. – Może wtedy, kiedy zgasiłeś światło, zanim zdążyłam się położyć.
– To miałem się domyślić? – jego głos zadrżał. – Że coś się psuje? Że znikasz?
– A ja? Miałam się domyślić, że przestałam być ważna? – wstałam, zaczęłam chodzić po kuchni. – Zostawiłeś mnie tu. Dzień po dniu. Zmywałam twoje talerze, słuchałam, jak chrapiesz. Jak mam z tobą rozmawiać, skoro cię nie ma?
– A z nim było łatwiej? – zapytał gorzko.
Zamilkłam. Wiedziałam, że odpowiedź byłaby ciosem.
– Nie zdradziłam cię, żeby cię zranić. Zdradziłam cię, bo już mnie nie było w tym małżeństwie – powiedziałam w końcu.
– Ja też zniknąłem. Tylko wcześniej niż ty – Paweł oparł się o framugę. – Nie potrafię ci wybaczyć, Kasia. Ale... nawet nie jestem pewien, czy jeszcze cię kocham.
Nie płakałam. Nie miałam już łez. Nie prosiłam o wybaczenie. On nie krzyczał. Po prostu dotarło do nas obojga, że to, co mieliśmy, już się skończyło. Wiktor nie przyszedł. Nie zadzwonił. Ta rozmowa była o nas. Tylko o tym, czego nie uratowaliśmy.
Muszę najpierw znaleźć siebie
Spakowałam się cicho. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy – ubrania, książki, kilka zdjęć, których Paweł i tak pewnie nie chciałby już oglądać. W kuchni zostawiłam wszystko: przyprawy, garnki, kalendarz z magnesem na lodówce. Nawet herbatę imbirową, którą kiedyś przyniósł Wiktor. Wszystko miało zostać tak, jak było. To już nie było moje miejsce.
Nie wiem jeszcze, gdzie pójdę. Może do matki. Może do hotelu. Po prostu gdzieś, gdzie będę mogła się zatrzymać i… pomyśleć. Nie chcę już innego ciepła – ani Pawła, ani Wiktora. Chcę odzyskać coś, co zgubiłam dawno temu – siebie.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Wiktora: „Myślę o Tobie. Jeśli chcesz, jestem”. Nie odpisałam. Nie teraz. Może nigdy. Jeszcze nie wiem, czy chcę znów być „czyjaś”, zanim znów stanę się sobą. Stanęłam w progu kuchni po raz ostatni. Spojrzałam na zdjęcie ślubne stojące na półce. Uśmiechnięci, zakochani. Zamknęłam oczy. Nie jestem już tą kobietą.
Zamknęłam drzwi. Klucz zostawiłam w skrzynce. Na zewnątrz było zimno, ale powietrze pachniało inaczej. Jakby świeżością. Jakby czymś nowym. Nie jestem żoną. Nie jestem kochanką. Może teraz wreszcie będę sobą. Cokolwiek to znaczy.
Katarzyna, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W mroźny poranek na przystanku poznałam mężczyznę jak ze snu. Po roku okazało się, że to raczej koszmarny bałwan”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Liczyłam na chwilę oddechu po świętach, ale nie mogłam odmówić sąsiadce. A ona bez litości zrobiła mnie w balona”