Reklama

Po ślubie byłam przekonana, że najtrudniejsze mamy za sobą: stres, organizację, te wszystkie decyzje o kwiatach i winietkach. Marzyłam o spokojnym życiu w naszym nowym mieszkaniu, o wspólnych planach i poczuciu, że jesteśmy drużyną. Szybko jednak okazało się, że w tej drużynie ja gram w ataku, obronie i jeszcze prowadzę doping. Mój mąż, Adrian, potrafił wzruszyć mnie czułością, ale w sprawach zwyczajnie… życiowych był jak dziecko, co czyta instrukcję po chińsku. Każdy gwóźdź i każda wiertarka były testem nie do przejścia.

Poczułam ukłucie niepokoju

Pierwszą sobotę po przeprowadzce zaplanowałam jak małe święto. Kartony stały jak szare wieże, a ja chciałam wreszcie powiesić obraz po babci i zasłony, które kupiłam jeszcze przed ślubem. Adrian kręcił się po mieszkaniu z miną człowieka, który właśnie wchodzi do muzeum i boi się, że dotknie niechcący eksponatu.

– To ja się tym zajmę – powiedział z dumą, kiedy podałam mu młotek.

Poczułam ulgę. Myślałam, że wreszcie zobaczę go w tej roli: męża, który ogarnia, który robi te wszystkie przynależne mężom rzeczy. Stałam przy futrynie i patrzyłam, jak przykłada gwóźdź do ściany, jakby prowadził negocjacje.

– Wiesz, ja nie chcę tego zepsuć – mruknął.

– Adrian, to tylko gwóźdź.

– No właśnie. Tylko gwóźdź się mówi, a potem będzie dziura.

Wbił. Tyle że trafił obok, ześlizgnął się, a młotek zahaczył o ścianę tak niefortunnie, że farba odpadła w małym płatku. Zrobiło mi się gorąco, bo w mojej głowie powstał obraz: my, młodzi, mieszkanie, wszystko piękne… a tu już pierwsza obdarta dziura na ścianie.

– Ojej… – powiedział, wpatrując się w uszczerbek. – To chyba ta twoja farba jest słaba.

Nie odpowiedziałam od razu, bo miałam ochotę powiedzieć coś niemiłego. Zamiast tego wzięłam młotek, przytrzymałam gwóźdź i wbiłam go pewnie, jednym ruchem.

Adrian patrzył na mnie, jakbym właśnie uratowała komuś życie.

– Ty to masz rękę – stwierdził z zachwytem. – To super, że nie muszę się znać na takich rzeczach.

Wtedy pierwszy raz poczułam ukłucie niepokoju. To miało brzmieć jak komplement, a zabrzmiało jak wymówka.

Nie chciałam być wredną zołzą

W kolejny weekend postanowiliśmy zamontować półki w kuchni. Kupiliśmy je w pakiecie z obietnicą „łatwego montażu”. Adrian przyniósł z piwnicy wiertarkę po poprzednim właścicielu i od razu zachowywał się tak, jakby trzymał w ręku urządzenie z filmu akcji.

– Tego się nie dotyka bez przeszkolenia – oznajmił.

– Adrian, to wiertarka, nie rakieta.

– No właśnie. Wiertarka robi dziury. A dziury są nieodwracalne.

Próbował włączyć ją kilka razy. Wiertarka pisnęła, potem zgasła. Przestawił pokrętło. Znowu zapiszczała. W końcu oddał mi ją z ulgą, tak jak oddaje się komuś gorący talerz.

– Może ty spróbuj, bo ja mam jakiegoś pecha do elektroniki.

Wzięłam ją w ręce i poczułam, że brzmię jak moja matka, kiedy mówiła o moim ojcu: „on to by nawet żarówki nie umiał wkręcić”. Tyle że mój ojciec przynajmniej próbował. Adrian wolał udawać, że on „jest od innych rzeczy”.

– Trzymaj mi poziomicę – poprosiłam.

– Ja? A jak krzywo przytrzymam?

– To po prostu trzymaj prosto.

– Prosto… no tak. Prosto. To względne.

Zacisnęłam zęby. Przewierciłam ścianę, a pył poleciał na moją bluzę. Adrian odsunął się, jakby pył mógł mu zrobić krzywdę.

Uważaj, bo się pobrudzisz – rzucił zatroskanym tonem.

– Już jestem brudna.

– To ja ci przyniosę chusteczkę.

Półki wisiały. Cieszyłam się przez minutę. Potem zobaczyłam jego minę pełną dumy, jakby to on wykonał całą robotę tylko dlatego, że stał obok.

– Widzisz? Razem zrobiliśmy – uśmiechnął się.

Coś we mnie drgnęło. „Razem” brzmiało jak słowo, którym przykrywa się cudzą pracę. Chciałam powiedzieć, że to ja walczyłam z wiertarką, a on walczył z własnym stresem. Milczałam jednak, bo nie chciałam być tą żoną, która jest zołzą.

Czułam, że coś nam się wymyka

Wszystko urosło do rangi problemu w dniu, kiedy odwiedził nas mój tata. Wpadł na kawę, zobaczył mieszkanie i od razu zaczął się rozglądać po ścianach.

– O, półki. Kto montował? – zapytał zwyczajnie.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Adrian wypalił:

– My. W sensie… ja ogarniałem, a Iga robiła te precyzyjne rzeczy.

Mój tata uniósł brwi. Znałam ten gest. To było takie jego „nie żartuj”.

– Precyzyjne rzeczy? A jakież to? – dopytał.

Adrian, zamiast się w porę zreflektować, zaczął opowiadać, jak to „wiertarki są zdradliwe” i że „nie każdy musi mieć do tego talent”. Tata patrzył na niego coraz uważniej, a ja czułam, jakbym siedziała między dwoma światami. Z jednej strony mój mąż, którego kochałam za ciepło, za to, że pamiętał o herbacie, kiedy miałam gorszy dzień. Z drugiej strony mężczyzna, który przy obcym człowieku, przed moim własnym ojcem, próbował udowodnić, że jest męski… opowiadając o tym, jak się boi wiertarki. Tata wstał i podszedł do krzywo zawieszonego karnisza, który czekał na poprawkę od tygodni.

– Adrian, podasz mi śrubokręt? – zapytał spokojnie.

Adrian zbladł.

– Ja… ja nie wiem, gdzie jest.

– W szufladzie, podpisany – powiedziałam, zanim tata zdążył cokolwiek skomentować.

Mój tata poprawił karnisz w trzy minuty. Adrian stał obok jak obserwator w galerii sztuki.

– Widzisz? – tata powiedział do niego cicho, bez złośliwości. – To się robi, a nie rozważa.

I wtedy Adrian nagle się spiął.

– Ja po prostu nie chcę zrobić źle – odparł. – Iga jest perfekcyjna, więc ja… nie chcę być oceniany.

To mnie uderzyło. Nie pamiętałam, żebym go kiedykolwiek oceniała. Pamiętałam za to, że nie chciał nawet spróbować. Tata wyszedł, a w mieszkaniu zrobiło się cicho.

– Twojemu ojcu nigdy nie dogodzę – powiedział Adrian, jakby to była moja wina.

Nie odpowiedziałam. Czułam tylko, że coś nam się wymyka, albo usuwa spod nóg.

Chodziło nie tylko o śrubki

Następnego dnia chciałam naprawić uchwyt w szafce łazienkowej. Drobnostka. Jedna śrubka. Adrian siedział na kanapie i oglądał film, jakby w tym mieszkaniu nie było nic do zrobienia.

– Podasz mi wkrętak krzyżak? – zawołałam.

– A nie lepiej poczekać na weekend? – zapytał z taką miną, jakbym prosiła o remont dachu.

– To minuta.

– Minuta… i potem druga minuta, i trzecia, a życie ucieka.

Weszłam do salonu z wkrętakiem w ręku.

– Adrian, czy ty serio uważasz, że normalne życie to omijanie każdej śrubki? I gapienie się w telewizor, kiedy jest tyle roboty?

– Ja uważam, że życie to nie tylko śrubki – odparł. – Ty ciągle coś naprawiasz, jakbyś się bała usiąść.

– Usiąść? Ja bym chętnie usiadła, tylko wtedy wszystko się rozleci!

– Przesadzasz.

– Nie przesadzam. Chcę po prostu, żebyśmy byli partnerami.

– Jesteśmy – wzruszył ramionami. – Ty robisz te techniczne rzeczy, ja robię… inne.

– Jakie inne?

Zawahał się, jakby pierwszy raz w życiu musiał to nazwać.

– Ja dbam, żeby była dobra atmosfera.

Parsknęłam śmiechem, który zabrzmiał okrutnie nawet dla mnie.

– Dobra atmosfera? Adrian, ja nie potrzebuję atmosfery do wieszania półek. Ja potrzebuję człowieka, na którego mogę liczyć.

Zrobił się czerwony.

– To może znajdź sobie kogoś od półek, skoro ja cię nie zadowalam.

To zdanie było jak policzek. Nie powiedziałam, że chcę innego męża. Powiedziałam, że chcę go w realnym życiu, nie tylko w miękkich słówkach. Mimo to on od razu poszedł w dramat.

– Nie rób ze mnie dziecka – dodał.

– To przestań się tak zachowywać.

Widziałam, jak mu drgnęła szczęka. Wyszedł z mieszkania bez słowa. Zostałam sama z tą jedną śrubką i z uczuciem, że kłócimy się o coś większego niż uchwyt.

Nie taki diabeł straszny

Wieczorem wrócił późno. Pachniał chłodnym powietrzem i jakąś tanią kawą z automatu. Usiadł przy stole i przez chwilę tylko bawił się kluczami.

– Ja nie chcę, żebyś myślała, że jestem bezużyteczny – powiedział w końcu.

Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że powiem za dużo albo za mało.

– Adrian, ja nie myślę, że jesteś bezużyteczny. Ja myślę, że uciekasz.

– Uciekam, bo się boję, że się ośmieszę. Wiesz, jak mój ojciec się ze mnie śmiał, jak próbowałem coś naprawić? On mówił, że mam dwie lewe ręce i że lepiej, żebym niczego nie dotykał. Potem już nie dotykałem.

To mnie zmiękczyło, chociaż czułam też złość, że dopiero teraz mi to mówi.

– Tylko że ja nie jestem twoim ojcem – odpowiedziałam ciszej. – Ja nie chcę cię wyśmiać.

Kiwnął głową, a potem wstał i podszedł do szafki w łazience, tej nieszczęsnej.

– Pokażesz mi? – zapytał.

Pokazałam. Trzymał wkrętak niepewnie, ale nie uciekł. Śrubka wpadła mu do zlewu i musiał ją wyławiać, klął pod nosem, a potem parsknął śmiechem, bo sytuacja była po prostu głupia.

– To jest bez sensu, ta śrubka ma jakąś osobowość – mruknął.

– Trzymaj ją mocniej.

– Ty zawsze wiesz, co powiedzieć.

To był pierwszy raz od dawna, kiedy poczułam, że nie jestem w tym sama. Uchwyt wrócił na miejsce. Krzywo. Poprawiliśmy. Drugi raz wyszło prosto. Adrian popatrzył na swoje dłonie, jakby nie dowierzał, że one coś zrobiły.

– Widzisz? – powiedziałam.

– Widzę. I… to wcale nie było takie straszne.

Pomyślałam, że może to początek zmiany. Potem jednak usłyszałam jego kolejne zdanie:

– Tylko ty musisz przestać patrzeć, jakbyś sprawdzała.

Zrozumiałam, że w jego głowie nadal jestem sędzią, nie partnerką. Poczułam ciężar. Poprawiliśmy śrubkę, lecz nie poprawiliśmy jeszcze tego, co było między nami.

Czasem miłość to za mało

Przez następne tygodnie Adrian próbował. To słowo najlepiej opisuje tamten czas. Próbował wkręcić żarówkę i udało mu się dopiero za trzecim razem, bo trzymał ją jak coś kruchego. Próbował złożyć szafkę i pomylił śruby, więc jedna półka zawsze lekko skrzypiała. Próbował też nie uciekać od drobnych napraw, choć widziałam, jak spina się, kiedy musiał wyjąć narzędzia. Doceniałam to. Naprawdę. Mimo to w środku narastała we mnie dziwna gorycz, bo zrozumiałam, że ja też mam swoje granice. Lubiłam być zaradna, potrafiłam wiele rzeczy ogarnąć i nawet dawało mi to satysfakcję. Tyle że nie chciałam być jedyną osobą, która dźwiga „życie” na swoich barkach.

Zdarzały się dni, gdy wracałam zmęczona z pracy i widziałam krzywo ustawiony stolik, odklejoną listwę, znowu coś. Wtedy w mojej głowie pojawiała się myśl: „zanim odpoczniesz, musisz to naprawić”. Adrian pytał, czy zrobić mi herbatę. Chciałam tej herbaty, ale chciałam też, żeby ktoś wziął w ręce ten cholerny śrubokręt. Pewnego wieczoru, kiedy naprawiałam zawias w kuchennej szafce, Adrian stanął za mną i położył mi dłoń na ramieniu.

– Mogę? – zapytał.

Oddałam mu śrubokręt. Patrzyłam, jak walczy. Chciałam mu pomóc, poprawić, przyspieszyć, zrobić to po swojemu. Ugryzłam się w język. W końcu zawias wskoczył na miejsce. Adrian odetchnął, jakby przebiegł maraton.

– Zrobiłem – powiedział z dumą. – Iga, ja naprawdę chcę być lepszy.

Popatrzyłam na niego i poczułam, że kocham go… oraz że ta miłość nie rozwiązuje wszystkiego. Czasem miłość to za mało, kiedy wciąż musisz być tą silniejszą. Uśmiechnęłam się, ale w środku miałam świadomość, że przede mną jeszcze długa droga: nauczyć się nie kontrolować, a jego nauczyć się nie uciekać. Dom stał, półki wisiały, gwóźdź trzymał obraz. Nie byłam pewna, czy nasze „razem” też będzie trzymało równie mocno.

Iga, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama