„Mój mąż to takie lelum polelum, że nawet zupy nie umie odgrzać. Zaskoczył mnie, gdy został sam na tydzień z dziećmi”
„Zbliżała się konferencja w Trójmieście. Tydzień, który spędzę z dala od domu. Tydzień, którego bałam się od miesięcy. Niby tylko kilka dni, ale kto przypilnuje lekcji? Kto upomni o wyłączenie tableta po trzydziestu minutach?”.

- Redakcja
Codziennie rano wstawałam pierwsza. Budzik dzwonił o 5:45, ale tak naprawdę budziło mnie napięcie. Miałam w głowie całą mapę porannej logistyki. Najpierw śniadanie – najlepiej ciepłe, pożywne i bez cukru. Potem budzenie dzieci, kontrola ubrań, spakowane plecaki, pudełka z przekąskami. Jeszcze tylko przypomnienie o sprawdzianie z przyrody i podpisaniu zgody na wycieczkę. Wszystko musiało grać jak w szwajcarskim zegarku.
Musiałam ich pilnować
– Zostaw tego batonika, Mikołaj. Ile razy mam mówić: nie jemy słodyczy przed szkołą! – zawołałam do młodszego, który z jakiegoś zaklętego miejsca znów wyciągnął czekoladowy batonik.
– Ale mamaaa… tata mówił, że jeden nie zaszkodzi – burknął z wyrzutem.
Spojrzałam na męża.
– Naprawdę? – rzuciłam przez zęby. – Może jeszcze daj mu colę do śniadaniówki?
– Kochanie, przecież nie jestem wrogiem zdrowia… Chciałem tylko uniknąć awantury o jednego batona.
Westchnęłam ciężko. Tak właśnie wyglądał nasz podział obowiązków. Ja – ta od zasad, harmonogramów, czystych skarpet i szczotkowania zębów. On – ten od „nie psujmy dzieciństwa”.
Zbliżała się konferencja w Trójmieście. Tydzień, który spędzę z dala od domu. Tydzień, którego bałam się od miesięcy. Niby tylko kilka dni, ale kto przypilnuje lekcji? Kto upomni o wyłączenie tableta po trzydziestu minutach? Rozmowa z mężem przed wyjazdem wyglądała dokładnie tak, jak się spodziewałam:
– Spokojnie, dawaliśmy radę, damy i teraz – powiedział.
Czułam, że się cieszą. Dzieci liczą na „wolne” od matki, a mąż odetchnie. A ja miałam wrażenie, że wyskakuję z pędzącego pociągu, zostawiając ludzi, którzy i tak już machają mi z uśmiechem na pożegnanie.
Miałam obawy
Hotel był elegancki, choć bez przesady. Pierwszy telefon wykonałam jeszcze zanim na dobre weszłam do pokoju.
– Hej, wszystko gra, serio. Zajmij się sobą, dobrze ci to zrobi – powiedział mój mąż beztroskim tonem.
– Ale dzieci zjadły coś konkretnego? Przypilnowałeś, żeby Mikołaj nie siedział cały wieczór przed tabletem?
– Nie panikuj. Zrobiliśmy spaghetti, obejrzeliśmy film. Nie bój się, nikt tu nie umrze z głodu ani od nadmiaru bajek.
Wieczorem zadzwoniłam ponownie. Tym razem odebrał starszy syn.
– Spoko, mama, radzimy sobie. Tata pozwolił nam zjeść pizzę dwa dni pod rząd! – zaśmiał się, jakby to była najwspanialsza wiadomość świata.
Nie to chciałam słyszeć.
– A zadania domowe? Pamiętasz, że masz sprawdzian z matematyki?
– No tak, ale jeszcze mamy czas, nie panikuj.
Kontrolowałam ich
Kolejne dni wyglądały podobnie. Ja biegałam między spotkaniami, kolacjami i prezentacjami, a oni po prostu żyli. Nie dzwonili pierwsi. Gdy ja dzwoniłam wieczorem, słyszałam: „Mama, teraz nie mogę, oglądamy coś z tatą”. Innym razem: „Mama, możemy pogadać jutro?”.
Nie wiedziałam, co mnie bardziej niepokoiło – to, że radzą sobie beze mnie, czy to, że ja sama czuję się, jakbym im zniknęła z pola widzenia. Miałam wrażenie, że mój głos z tych rozmów telefonicznych nie przebija się przez ekran telewizora, pizzę i śmiech dochodzący z salonu.
Wróciłam wieczorem, po tygodniu. Czekałam na ten moment, wyobrażając sobie, jak wpadną na mnie w drzwiach, jak Mikołaj rzuci się z okrzykiem „mama”, a starszy przytuli mnie mocno i opowie o całym tygodniu. Takie obrazki miałam przed oczami. Gdy jednak weszłam, w mieszkaniu panował półmrok. Przeszłam przez przedpokój i omal nie potknęłam się o plecak.
– Halo? Jest tu kto? – zawołałam, zdejmując płaszcz.
Nikt nie wyszedł. Zajrzałam do salonu. Pusty. W pokoju dzieci paliła się lampka. Starszy siedział z telefonem, a młodszy układał coś na podłodze. Obaj nawet nie podnieśli głowy.
– O, mama. Już wróciłaś? – rzucił starszy, jakby widział mnie godzinę temu.
– Tak, właśnie weszłam – powiedziałam, próbując nie dać po sobie poznać rozczarowania.
Zaskoczyli mnie
Wyciągnęłam z torby paczki. Położyłam na łóżku. Mikołaj spojrzał z zainteresowaniem.
– A co to?
– Upominki. Pomyślałam o was.
Rozdarł papier, jakby to była paczka chipsów.
– Fajnie było bez ciebie. Tata dawał pizzę i nie mówił, że bajki szkodzą – wypalił mój młodszy syn.
Zamarłam. Serce mi się zsunęło do brzucha.
– To miał być żart? – zapytałam, patrząc na męża, który właśnie wszedł.
– Nie przejmuj się… Fajnie się bawiliśmy, ale cieszymy się, że jesteś – dodał, podchodząc bliżej.
– Naprawdę? To ma być żart? Czuję się jak intruz we własnym domu – powiedziałam cicho.
Mąż spojrzał na mnie z niepokojem. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Wszystko wyglądało jak zawsze, ale nie czułam się częścią tego obrazu. Dom przetrwał beze mnie. Nie runął. Nic się nie rozpadło. A jednak to ja czułam się jak ktoś obcy.
Od rana próbowałam wrócić do starych porządków. Zaczęłam od kuchni – przestawiłam przyprawy, wyrzuciłam resztki pizzy, które leżały w lodówce obok jakiejś dziwnej zupy w plastikowym pojemniku. Włączyłam zmywarkę, przetarłam blaty. Ale to nie był zwykły porządek. To było coś w rodzaju odzyskiwania terytorium. Chciałam poczuć, że to znów mój dom.
Pozwalał im za dużo
Dzieci zjadły śniadanie w milczeniu. Tylko Mikołaj zapytał, czy może obejrzeć bajkę po jedzeniu.
– Rano nie ma bajek – odpowiedziałam. – Zawsze tak było.
– Ale tata pozwalał – powiedział cicho, nie podnosząc wzroku znad płatków.
To jedno zdanie wystarczyło, żeby obudzić we mnie całą frustrację. Przez cały dzień próbowałam odnaleźć rytm, ale dzieci jakby przestawiły się na inną melodię. Starszy nie włączał komputera dopiero po pytaniu, tylko sam podejmował decyzję. Mikołaj nie reagował na moje „czas do kąpieli” z tym samym posłuszeństwem, co kiedyś. Nie buntowali się wprost. Raczej omijali mnie, jakby istniało teraz inne centrum dowodzenia.
Wieczorem usiadłam obok męża na kanapie.
– Musimy wrócić do wcześniejszego planu dnia – powiedziałam. – Dzieci są rozkojarzone, śpią za późno, cały rytm im się rozjechał.
– Może czas trochę odpuścić? – zapytał. – Przecież widzisz, że też działa. Jakoś przeżyli.
– Działa? Co to znaczy: działa? To nie pralka. To dzieci.
– No właśnie – odparł. – Dzieci. Nie masz wrażenia, że lepiej im się oddycha?
Milczałam przez chwilę. Nie dlatego, że nie miałam odpowiedzi. Po prostu bałam się ją wypowiedzieć na głos.
Próbował mnie przekonać
Zebrałam się na rozmowę z synem po kilku dniach. Usiedliśmy razem przy jego biurku. Zamiast od razu przejść do sedna, zaczęłam od pytania o szkołę. Dopiero po chwili przeszłam do tematu, który od tygodnia nie dawał mi spokoju.
– Chciałam cię o coś zapytać. I chciałabym, żebyś był szczery, dobrze?
Wzruszył ramionami.
– Jak ci się żyło, kiedy mnie nie było?
– Było inaczej. Lżej. Ale ciebie też lubię, mamo.
Nie umiałam się uśmiechnąć. Zamiast tego wpatrywałam się w niego, czekając, aż powie coś jeszcze. Przez chwilę milczeliśmy. Potem dodał:
– Tata się nie przejmował, jak rozlaliśmy sok na dywan. Ty byś się złościła.
– Bo chcę, żeby było czysto. Żebyście byli zdrowi – odparłam.
– Ale czasem można się pobrudzić.
Nie powiedział tego z wyrzutem. Raczej spokojnie, jak coś, co po prostu jest. Tak czy inaczej – uderzyło mnie to bardziej, niż przypuszczałam.
Przez tyle lat uważałam, że to, co robię, to był wyraz miłości. A teraz nagle miałam wrażenie, że dzieci pamiętają głównie zakazy, przypomnienia, uniesiony głos. Nie wiedziałam, jak pogodzić potrzebę troski z luzem, którego oni najwyraźniej chcieli. Wszystko, co wydawało mi się dotąd słuszne, zaczęło się chwiać.
Anna, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam, by nasz ślub był niezapomniany, a dziś nie chcę o nim pamiętać. Wszystko przez to, co stało się po oczepinach”
- „Córka miała być moją wizytówką, więc chodziła jak w zegarku. Smarkula zamiast dziękować, wywinęła mi taki numer”
- „Ciotka postawiła mi ultimatum. Miałam wybierać między biedą, a kiszeniem się w małżeństwie ze starym grzybem”