Reklama

To miał być zwykły wtorek, kolejny dzień z życia zmęczonej matki i jej idealnego męża, który wraca z pracy i przejmuje opiekę nad dzieckiem. Czułam się jak w bajce, bo moje przyjaciółki narzekały na facetów, którzy po powrocie do domu zalegają na kanapie z pilotem w ręku. Mój Paweł był inny. Zakładał sportowe buty, brał naszego trzyletniego Antosia za rękę i maszerował na plac zabaw, bym ja mogła wziąć długą kąpiel albo po prostu gapić się w sufit w ciszy.

Byłam mu za to tak wdzięczna, że niemal całowałam go po rękach. Nie miałam pojęcia, że ta jego ofiarność to tylko maska, a ja w jego opowieściach wcale nie jestem zmęczoną żoną, która została w domu. W jego wersji rzeczywistości ja w ogóle nie istniałam.

Wszyscy mi go zazdrościli

Początki macierzyństwa były dla mnie trudne. Antoś był wymagającym dzieckiem, mało spał, dużo płakał, a ja czułam, że moja tożsamość powoli rozpuszcza się w morzu brudnych pieluch i niedopitych kaw. Kiedy Paweł wracał z biura, byłam zazwyczaj padnięta, z włosami spiętymi w niedbały kok i w dresie, który widział już lepsze czasy. Czułam się nieatrakcyjna i nudna.

Dlatego, gdy Paweł pewnego wiosennego popołudnia zaproponował, że zacznie regularnie zabierać małego na pobliski, nowo wybudowany plac zabaw, przyjęłam to z ulgą graniczącą z euforią.

– Kochanie, ty musisz mieć czas dla siebie – mówił, głaszcząc mnie po policzku. – Odpocznij, zrób sobie maseczkę, poczytaj książkę. Ja zajmę się młodym, dotlenimy się trochę. Faceci też muszą mieć swoje męskie sprawy w piaskownicy.

Brzmiało to tak cudownie, że aż nierealnie. Przez pierwsze miesiące system działał bez zarzutu. Paweł wychodził z Antosiem trzy, czasem cztery razy w tygodniu. Znikali na dwie, a nawet trzy godziny. Wracał zawsze w świetnym humorze, czasem z piaskiem we włosach, ale z takim błyskiem w oku, jakiego nie widziałam u niego od dawna. Antoś też był zachwycony, bo tata pozwalał mu na więcej niż ja.

Moje koleżanki pękały z zazdrości. Kiedy spotykałyśmy się na kawie, a ja wspominałam, że mąż właśnie wziął dziecko na spacer, żeby dać mi pospać, patrzyły na mnie jak na kogoś, kto wygrał na loterii.

– Masz skarb, nie chłopa – mówiła Kaśka. – Mój to nawet nie wie, gdzie w wózku jest hamulec.

Czułam się wyróżniona. Dbałam o to, żeby po powrocie czekała na niego ciepła kolacja. Starałam się być miła, nie narzekać, doceniać ten jego wkład. Wydawało mi się, że tworzymy idealny duet. Dopiero po pewnym czasie zaczęłam dostrzegać drobne rysy na tym obrazku, ale moja naiwność skutecznie zamazywała te ostrzeżenia.

Coś nie dawało mi spokoju

Pierwszym sygnałem, który zignorowałam, był jego strój. Paweł nigdy nie przywiązywał wielkiej wagi do mody, zwłaszcza w weekendy. Lubił stare, wyciągnięte t-shirty. Jednak od kiedy zaczął regularnie bywać na placu zabaw, coś się zmieniło. Przed wyjściem z synem spędzał w łazience więcej czasu niż zwykle. Układał włosy, używał swoich najlepszych perfum, a stare dresy zamienił na modne jeansy i dopasowane koszulki polo.

Kiedyś zapytałam go o to żartem, stojąc w progu kuchni z brudnym talerzem w ręku.

– Stroisz się tak do piaskownicy? Przecież Antoś i tak cię ubrudzi błotem.

Paweł nawet nie mrugnął okiem, zapinając zegarek.

– Wiesz, tam przychodzi sporo ludzi z osiedla. Głupio tak wyglądać byle jak. Poza tym, chcę dawać młodemu dobry przykład, że mężczyzna powinien o siebie dbać.

Brzmiało to logicznie. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Przełknęłam to wyjaśnienie, choć gdzieś z tyłu głowy zapaliła się maleńka, czerwona lampka. Zaczęłam zwracać uwagę na inne detale. Wracał z placu zabaw dziwnie pobudzony, często z telefonem w ręku, odpisując na wiadomości z uśmiechem, który znikał, gdy tylko podchodziłam bliżej. Tłumaczył, że to koledzy z pracy, że memy, że polityka.

Pewnego razu, gdy wytrzepywałam piasek z kieszeni spodenek Antosia, znalazłam małą, różową spinkę do włosów w kształcie motylka. Nie mieliśmy córki, a ja nie nosiłam takich ozdób.

– Paweł, skąd to się wzięło? – zapytałam, pokazując mu znalezisko.

Spojrzał na spinkę obojętnie.

– A, pewnie Antoś zabrał jakiejś dziewczynce w piaskownicy. Wiesz, jak to dzieci, wymieniają się łopatkami i wszystkim, co wpadnie w ręce. Jutro oddamy.

Wrzuciłam spinkę do szuflady i zapomniałam o niej. Wierzyłam mu. Bo dlaczego miałabym nie wierzyć? Przecież zajmował się naszym dzieckiem. Jaki facet miałby czas na romanse, pilnując trzylatka, który w każdej sekundzie może zjeść piasek albo spaść z drabinki? Wydawało mi się, że obecność dziecka jest najlepszym zabezpieczeniem przed zdradą. Jak bardzo się myliłam.

Spotkanie w sklepie otworzyło mi oczy

Prawda zaczęła do mnie docierać w najbardziej prozaicznych okolicznościach. Była sobota, Paweł jak zwykle zabrał Antka na ich męską wyprawę. Ja miałam wolne popołudnie, ale okazało się, że zabrakło nam tabletek do zmywarki. Niechętnie ubrałam się i poszłam do osiedlowej drogerii, tej samej, która znajduje się niedaleko placu zabaw, choć zazwyczaj unikam tamtych okolic, gdy oni tam są, żeby nie psuć im zabawy.

Stałam przy półce z chemią gospodarczą, analizując składy, gdy poczułam na sobie czyjś wzrok. Obok mnie stała kobieta, może parę lat młodsza, z wózkiem, w którym spało niemowlę. Uśmiechała się do mnie niepewnie.

– Przepraszam, czy pani zna tatę Antosia? – zapytała cicho.

Zdziwiłam się. Nie znałam jej, ale na naszym osiedlu wieści rozchodzą się szybko, a dzieci często są bardziej rozpoznawalne niż dorośli.

– Tak – odpowiedziałam z uśmiechem.

Kobieta pokiwała głową z uznaniem, ale w jej oczach było coś dziwnego. Jakieś współczucie zmieszane z podziwem, którego kompletnie nie rozumiałam.

– Wie pani... – zawahała się, poprawiając kocyk swojemu dziecku. – Muszę to powiedzieć. Podziwiam pana Pawła. To niesamowite, jak on sobie radzi. W dzisiejszych czasach rzadko się zdarza, żeby mężczyzna samotnie angażował się w wychowanie. To znaczy, widać, że jest mu ciężko, ale daje radę. Jak bohater.

Zmarszczyłam brwi. Słowo samotnie zgrzytnęło mi w uszach jak piasek w zębach.

– Samotnie? – powtórzyłam powoli. – Paweł nie wychowuje go samotnie. Jesteśmy małżeństwem, a Antoś to też mój syn. Mąż po prostu lubi z nim wychodzić.

Kobieta zrobiła wielkie oczy, a na jej twarzy pojawił się rumieniec zażenowania.

– Ojej, przepraszam najmocniej! – zasłoniła usta dłonią. – Ja... ja byłam przekonana... To znaczy, z tego co mówił innym mamom, zrozumiałam, że... że mama Antosia odeszła. Albo że nie żyje. Boże, jak mi głupio.

Zamarłam. Pudełko z tabletkami prawie wypadło mi z rąk.

– Co pani powiedziała? Że ja nie żyję?

– Nie, nie wprost! – kobieta zaczęła się wycofywać, wyraźnie przerażona tym, co chlapnęła. – Ale on zawsze tak mówi, że to tylko oni dwaj przeciwko światu, że musi być dla małego matką i ojcem... Wszystkie dziewczyny na placu tak myślą. Że on jest takim biednym, samotnym tatą z wyboru albo z losu.

Patrzyłam na nią, a w mojej głowie układały się puzzle, których wcześniej nie chciałam widzieć. Perfumy. Nowe ciuchy. Godziny spędzane na placu. Uśmieszki do telefonu.

– Dziękuję, że mi pani to powiedziała – wycedziłam przez zaciśnięte gardło. Kobieta przeprosiła jeszcze raz i pospiesznie odeszła, a ja zostałam sama w alejce z proszkami do prania, czując, jak mój świat zaczyna wirować.

Musiałam zobaczyć to na własne oczy

Nie wróciłam do domu. Nie byłam w stanie. Wściekłość mieszała się we mnie z niedowierzaniem. Mój mąż, mój idealny Paweł, robił z siebie wdowca albo porzuconego męża, żeby wzbudzać litość i zainteresowanie obcych kobiet? To brzmiało jak scenariusz taniej komedii, a nie moje życie.

Musiałam to sprawdzić. Musiałam zobaczyć ten teatr na własne oczy. Wróciłam do samochodu, wzięłam z bagażnika ciemną czapkę z daszkiem, którą zazwyczaj wożę na działkę, i duże okulary przeciwsłoneczne. Wyglądałam pewnie podejrzanie, ale nie dbałam o to.

Plac zabaw na naszym osiedlu jest ogromny, otoczony gęstym żywopłotem i ławkami. Wiedziałam, w którym sektorze zazwyczaj urzędują – tam, gdzie jest największa piaskownica i zjeżdżalnia w kształcie statku. Podeszłam od strony parku, kryjąc się za pniem starego dębu.

Zobaczyłam ich prawie od razu. Antoś bawił się grzecznie foremkami, a Paweł... Paweł siedział na ławce. Nie był sam. Obok niego siedziała atrakcyjna blondynka w sportowym stroju, która wpatrywała się w niego jak w obrazek. Serce waliło mi jak młot. Podeszłam bliżej, udając, że wiążę buta przy sąsiedniej ławce, odwrócona do nich plecami. Byłam na tyle blisko, by słyszeć strzępki rozmowy, niesione przez wiatr.

– ...no wiesz, nie jest łatwo – mówił Paweł tym swoim niskim, radiowym głosem, który rezerwował na specjalne okazje. – Czasem brakuje mi kogoś, kto by po prostu był. Ale dla Antka zrobię wszystko. On jest moim całym światem, odkąd zostaliśmy sami.

Blondynka położyła mu rękę na ramieniu.

– Jesteś niesamowity, Paweł. Naprawdę. Niewielu facetów by to udźwignęło. A co z... no wiesz, z nią? Ma jakiś kontakt z małym?

Paweł westchnął głęboko. To było westchnienie męczennika.

Wolałbym o tym nie mówić. To zamknięty rozdział. Wybrała inne życie, karierę za granicą. Zostawiła nas, gdy mały miał pół roku. Nie oceniam jej, ale... boli.

Słuchałam tego i czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Wybrała karierę? Zostawiła? Ja, która rezygnowałam ze wszystkiego, która wstawałam w nocy, która prałam, gotowałam i martwiłam się każdym jego kaszlnięciem? On w tym czasie budował sobie legendę cierpiącego herosa, żeby wyrywać laski na litość. To było tak perfidne, tak niskie, że aż zaparło mi dech.

Miałam swój plan, bez awantury

Widziałam, jak blondynka wyciąga z torebki pojemnik z ciasteczkami i częstuje Pawła. Widziałam, jak on się uśmiecha – tym czarującym, nieco smutnym uśmiechem.

– Musisz o siebie dbać – mówiła. – Może kiedyś wpadniesz do mnie na kawę? Antoś pobawi się z moją Julką, a my... pogadamy. Żebyś nie czuł się taki samotny.

– Bardzo chętnie – odpowiedział Paweł. – Brakuje mi dorosłego towarzystwa. Wieczory są najgorsze. Kiedy mały zaśnie, dom jest taki pusty.

Tego było już za wiele. Każde jego słowo było jak policzek wymierzony w naszą dziesięcioletnią relację. On nie szukał przygody, on budował alternatywną rzeczywistość, w której ja byłam czarnym charakterem, nieczułą matką, która porzuciła rodzinę. Robił ze mnie potwora, żeby samemu wyjść na anioła.

Wstałam. Poprawiłam okulary, choć i tak wiedziałam, że zaraz spadną. Nie zamierzałam robić awantury z krzykami i wyzwiskami. To byłoby poniżej mojej godności. Miałam inny plan. Chciałam, żeby poczuł ten sam wstyd, który ja czułam, słuchając go z ukrycia. Ruszyłam pewnym krokiem w ich stronę.

Nie mogłam dłużej milczeć

Gdy byłam kilka metrów od ławki, zdjęłam okulary i czapkę. Blondynka pierwsza mnie zauważyła. Spojrzała na mnie z ciekawością, nie wiedząc, kim jestem. Paweł był odwrócony bokiem, wciąż wpatrzony w swoją nową zdobycz.

– Cześć, kochanie – powiedziałam głośno i wyraźnie, stając tuż nad nimi.

Paweł drgnął, jakby poraził go prąd. Odwrócił się gwałtownie, a na jego twarzy malowała się mieszanka przerażenia, szoku i paniki. Był blady jak ściana.

– Daria? – wykrztusił. – Co ty tu robisz? Miałaś być w domu.

Uśmiechnęłam się szeroko, choć w środku cała się trzęsłam.

– Skończyły się tabletki do zmywarki, więc wyskoczyłam do sklepu. Pomyślałam, że wpadnę i zobaczę, jak się bawicie. – Przeniosłam wzrok na blondynkę, która patrzyła to na mnie, to na niego, z rosnącą konsternacją.

– Dzień dobry – powiedziałam do niej uprzejmie. – Jestem Daria. Żona tego tutaj samotnego bohatera i matka Antosia. Tego samego, którego podobno porzuciłam dla kariery za granicą.

Kobieta zamrugała gwałtownie. Spojrzała na Pawła, szukając wyjaśnienia, ale on wyglądał, jakby chciał zapaść się pod ziemię. Otwierał usta i zamykał je jak ryba wyrzucona na brzeg.

– Żona? – zapytała cicho blondynka. – Ale przecież ty mówiłeś... mówiłeś, że ona wyjechała. Że jesteś sam.

Paweł wstał gwałtownie, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją, ale było już za późno.

– To nie tak, źle mnie zrozumiałaś... – zaczął bełkotać w stronę kobiety. – To skomplikowane, my mamy... kryzys.

– Kryzys? – przerwałam mu zimno. – O, to ciekawe. Jeszcze godzinę temu, kiedy wychodziłeś z domu, całowałeś mnie w policzek i mówiłeś, żebym odpoczęła. To ten kryzys? Czy może kryzysem jest to, że musisz kłamać obcym kobietom, żeby poczuć się ważny?

Blondynka wstała. Była wściekła, i to nie na mnie.

– Jesteś żałosny – rzuciła w stronę Pawła. Złapała swoją torebkę i zawołała córkę z piaskownicy. Odchodząc, rzuciła mi tylko krótkie: – Współczuję pani. Naprawdę.

Zostaliśmy sami. Antoś, nieświadomy niczego, podbiegł do mnie z foremką pełną piasku.

– Mamusiu! Zobacz, zrobiłem babkę!

Wzięłam go na ręce i przytuliłam mocno, wdychając zapach jego włosów, żeby uspokoić łomotanie serca. Paweł stał obok, ze spuszczoną głową. Jego idealny wizerunek pękł jak mydlana bańka.

Powrót do domu w ciszy

Nie krzyczałam na placu zabaw. Nie chciałam robić sceny przy dziecku. Powiedziałam tylko:

– Idziemy do domu. A ty zastanów się po drodze, czy masz jeszcze po co wracać.

Droga powrotna była koszmarem. Paweł szedł dwa kroki za mną, próbując coś tłumaczyć. Że to tylko taka gra, że to nic nie znaczyło, że chciał się tylko dowartościować, bo czuł się przytłoczony rutyną. Że nigdy by mnie nie zdradził fizycznie, że to tylko „niewinne bajerowanie”.

– Niewinne? – zatrzymałam się przed klatką schodową i spojrzałam mu prosto w oczy. – Uśmierciłeś nasze małżeństwo w oczach tych ludzi. Zrobiłeś ze mnie wyrodną matkę. To jest dla ciebie niewinne? Budowałeś swoje ego moim kosztem.

Tego wieczoru Paweł spał na kanapie. Ja leżałam w sypialni, patrząc w ciemność i zastanawiając się, z kim tak naprawdę spędziłam ostatnie lata. Czy każdy jego gest był teatrem? Czy jego miłość do syna też jest pozą, czy chociaż to jest prawdziwe?

Dowiedziałam się później, że ta „metoda na samotnego ojca” jest znana. Że mężczyźni wiedzą, jak bardzo kobiety reagują na faceta czule opiekującego się dzieckiem. To działa jak afrodyzjak. I mój mąż, mój najbliższy człowiek, cynicznie to wykorzystywał. Chodził na plac zabaw nie po to, by syn miał frajdę, ale po to, by łowić komplementy i spojrzenia, karmiąc się litością i podziwem, na które nie zasłużył.

Minęły dwa miesiące. Nadal jesteśmy razem, ale to już nie jest to samo małżeństwo. Paweł chodzi do specjalisty, stara się odzyskać moje zaufanie, ale ja nie potrafię zapomnieć tamtego dnia. Za każdym razem, gdy wychodzi z domu, zastanawiam się, jaką maskę tym razem zakłada. Plac zabaw, który miał być miejscem radości naszego syna, dla mnie stał się symbolem największego kłamstwa w moim życiu. Już nigdy nie uwierzę w jego „poświęcenie”. Bo teraz wiem, że najgłośniej o swojej ofiarności krzyczą ci, którzy robią to tylko dla braw.

Daria, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama