„Mąż zamiast na grzybobrania, latał na spotkania w klubie seniora. Teraz marynuje swoje grzybki u innej pani domu”
„Andrzej zapisał się do klubu seniora. Na początku chodziłam z nim. Potem zaczęłam się tłumaczyć kręgosłupem, zmęczeniem. Prawda była taka, że nie miałam siły słuchać, jak on nagle jest duszą towarzystwa. Uśmiechnięty, gadatliwy, w nowych koszulach, których nie kupowałam. Czasem wraca późno”.

- Redakcja
Niektórzy mówią, że emerytura to druga młodość. Że wreszcie można odpocząć, spełniać marzenia, zwolnić. Ja raczej powiedziałabym, że to czas, kiedy wszystko się wycisza. Dzieci wyfrunęły z domu, wnuki bywają tylko czasami, głównie wtedy, kiedy rodzicom coś wypadnie. Wstajemy z Andrzejem codziennie o tej samej porze. On pierwszy idzie do łazienki, potem ja. Jemy śniadanie przy kuchennym stole. Kiedyś jeszcze komentowaliśmy coś z radia, teraz już rzadko. Coraz więcej w tej naszej codzienności ciszy. Ale nie tej przyjemnej, pogodnej, a raczej tej, co osiada na barkach jak kurz, którego nikt już nie chce ścierać.
Andrzej zapisał się do klubu seniora. Na początku chodziłam z nim, kilka razy. Potem zaczęłam się tłumaczyć kręgosłupem, zmęczeniem. Prawda była inna, że nie miałam siły słuchać, jak on nagle staje się duszą towarzystwa. Uśmiechnięty, gadatliwy, w nowych koszulach, których nie prasowałam. Czasem wraca późno. Czasem, jak myśli, że nie widzę, sprawdza telefon i się śmieje. Nie pytam. Boję się. A może po prostu nie chcę wiedzieć. Może to tylko kryzys. Może minie. Albo może ja po prostu nie chcę wiedzieć. Czy to też jakiś rodzaj zdrady z mojej strony?
Może on nigdy mnie nie kochał
Siedzieliśmy przy kolacji. Zupa, jak zwykle. Zawsze ją gotowałam na dwa dni, bo tak było wygodniej. Andrzej się spóźnił, nie powiedział, gdzie był. Nie zapytałam. Postawiłam przed nim talerz i usiadłam naprzeciwko. Zupa parowała, a on patrzył w nią, jakby próbował coś tam znaleźć.
– Czasem mam wrażenie, że żyję z obcym człowiekiem – powiedziałam cicho, bez pretensji, bardziej do siebie niż do niego.
Nie podniósł wzroku. Łyżka stuknęła o rant talerza, potem jeszcze raz. Cisza trwała, aż nagle odłożył sztućce i spojrzał na mnie z chłodem, którego się nie spodziewałam.
– Wiesz co, Elżbieta? Ty mnie nigdy nie słuchałaś. Nigdy nie chciałaś wiedzieć, kim jestem naprawdę.
Nie odpowiedziałam. Nie umiałam. Poczułam, jak powietrze w kuchni robi się ciężkie. Patrzyłam na męża i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak naprawdę z nim rozmawiałam. Nie o zakupach, nie o wnukach, nie o piecu. O nim. Te słowa nie dały mi spokoju przez resztę wieczoru. Wróciły, gdy sprzątałam ze stołu, gdy chowałam naczynia do zlewu, nawet gdy zasypiałam. Nigdy nie chciałam wiedzieć? Może i tak. Może wolałam, żeby był tym spokojnym, przewidywalnym mężczyzną, który wiesza firanki na wiosnę i robi herbatę, kiedy boli mnie głowa. Nie chciałam wiedzieć, co go naprawdę boli, co myśli nocą, kiedy ja spałam. Ale teraz bolało mnie coś innego. Złość, że miał czelność mnie oceniać po tylu latach wspólnego życia. Smutek, że może miał rację. I strach. Strach, że to wszystko znaczyło coś więcej. Co, jeśli naprawdę mnie już nie kochał? Co, jeśli nigdy mnie nie kochał?
Przez tyle lat udawałam
Następnego dnia rano siedziałam przy stole z filiżanką herbaty. Andrzej krzątał się po kuchni, jakby nic się nie stało. Miał na sobie jedną z tych nowych koszul, co to pojawiły się w szafie nagle, bez słowa wyjaśnienia. Wyszedł, zanim jeszcze zdążyłam zapytać, choć zdawało mi się, że chciał, żebym właśnie to zrobiła. Długo zwlekałam, zanim usiadłam z nim do rozmowy. Dwa dni chodziłam w ciszy, która wisiała nad nami jak zasłona. A potem, któregoś wieczoru, gdy znowu wrócił późno i pachniał obcym zapachem, zapytałam.
– Andrzej… Chodzi o kogoś innego?
Zamarł w drzwiach, jakby się nie spodziewał, że powiem to na głos. Odwieszał kurtkę, ręce mu zadrżały. Nie odwrócił się, tylko rzucił przez ramię:
– Elżbieta, nie zaczynaj.
– Muszę. Bo nie mogę spać. Bo nie umiem ci patrzeć w oczy. Bo widzę, jak się zmieniłeś i nie wierzę już w przypadek. Więc powiedz. Chodzi o kogoś?
Odwrócił się wolno. Patrzył na mnie długo, a ja próbowałam utrzymać wzrok, choć miałam wrażenie, że całe ciało mam z lodu.
– A co, jeśli tak? Co byś wtedy zrobiła?
Nie odpowiedziałam. Żadne słowo nie przychodziło mi do głowy. Chciałam krzyknąć, że się spakuję, że go wyrzucę, że dam mu to, na co zasłużył. Ale siedziałam. Cicho. Z rękami zaciśniętymi na krawędzi stołu. Wyszłam z kuchni bez słowa. A potem siedziałam w pokoju z wyłączonym światłem i patrzyłam w okno. Czułam się nie tyle zdradzona przez niego, co przez siebie. Przez to, że tyle lat udawałam, że wszystko jest dobrze. Że nie zadawałam pytań. Że nie chciałam wiedzieć. Bo może nie bałam się tego, co powie. Tylko tego, że się nie pomyliłam.
Nie zrobiłam zupełnie nic
Zobaczyłam walizkę w przedpokoju. Leżała obok jego butów, tych nowych, czarnych, eleganckich. Stałam w progu i przez chwilę tylko patrzyłam. Andrzej był w sypialni, pakował coś do środka. Ubrania składał ostrożnie, jakby nie chciał zrobić hałasu.
– Dokąd? – zapytałam.
Odwrócił się. Przez moment wyglądał, jakby szukał w głowie odpowiedzi, której jeszcze sam nie znał. Potem tylko wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Na razie gdzieś, gdzie będę mógł pomyśleć.
– A ja? Ja tu będę tylko sprzątać po tobie?
Uśmiechnął się smutno. Ten uśmiech bolał bardziej niż wszystko inne.
– Zasługuję jeszcze na trochę szczęścia – powiedział.
Stałam oparta o futrynę, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie. Mogłam wtedy coś zrobić, rzucić się na tę walizkę, kazać mu zostać, płakać, krzyczeć. Ale nie zrobiłam nic. Stałam i patrzyłam, jak zamyka zamek i bierze kurtkę.
– I co teraz? – zapytałam, bo nie wiedziałam, co innego mogłabym powiedzieć.
– Nie wiem. Ale wiem, że nie mogę już tak żyć.
Zamknął za sobą drzwi. Nie usłyszałam, jak schodzi po schodach. Tylko ta cisza, co została po nim, była jeszcze bardziej dokuczliwa niż wcześniej. Poszłam do kuchni. Siedziałam przy stole, patrząc na jego pusty kubek. Zrobiłam sobie herbatę i zostawiłam ją na blacie. I tak nie miałam siły jej pić. Nie płakałam. Jeszcze nie. Może dlatego, że nie potrafiłam zdecydować, co czuję bardziej, czy żal, że odszedł, czy gniew, że nie próbował zostać. Może jedno i drugie. Albo żadne. Może to wszystko było we mnie naraz i przez to nie umiałam już nawet oddychać normalnie.
Bałam się, że go spotkam
Nie potrafiłam się odnaleźć w tym mieszkaniu. Wszystko wyglądało tak samo, ale było inne. Cisza miała inny ciężar, ściany odbijały moje kroki jak w pustym domu. Nie potrafiłam zapalić światła w sypialni, wolałam spać w pokoju dziennym, na kanapie, byle dalej od jego rzeczy. Przestałam zupełnie chodzić do klubu seniora. Bałam się, że go spotkam. Że będzie tam siedział przy tym samym stole, otoczony tymi nowymi koleżankami, roześmiany, swobodny, obcy. Nie chciałam widzieć tej wersji Andrzeja. Wolałam go pamiętać takiego, jakim był, kiedy jeszcze wstawał rano i przynosił mi herbatę, zanim się obudziłam. Córka zadzwoniła do mnie któregoś dnia.
– Mama, może przyjedziesz do nas? Wnuki by się ucieszyły.
– Nie teraz. Jeszcze nie. Muszę tu… posiedzieć trochę sama – powiedziałam, choć serce mi się ścisnęło na myśl, że mogłabym choć na chwilę być między ludźmi.
Nie umiałam rozmawiać. O niczym. Nie z nią, nie z sąsiadką z naprzeciwka, która kiedyś zagadywała mnie na klatce. Teraz unikałam jej wzroku, nawet jeśli stałyśmy przy tych samych skrzynkach na listy. Czułam się przezroczysta. Jak duch w swoim własnym domu. Rano długo nie wstawałam z łóżka, a wieczorem kładłam się wcześnie, jakby noc miała mi coś dać. Ale sen przychodził ciężko. W uszach miałam wciąż tamto jedno zdanie: „Zasługuję jeszcze na trochę szczęścia.” A ja? Na co ja zasłużyłam?
Ściskało mnie w środku
Minęło kilka tygodni, zanim się zdecydowałam. Na początku tylko chodziłam wokół szafy, szukając pretekstu, żeby wyjąć coś, co nada się do ludzi. W końcu wyciągnęłam ciemny płaszcz, trochę zmięty, i szal, który lubiłam. Poszłam do klubu seniora jak na egzamin. Miałam wrażenie, że wszyscy będą na mnie patrzeć. A jednak nikt nie pytał. Tylko Jadwiga podeszła do mnie przy stole z herbatą. Zawsze miała dużo do powiedzenia i mówiła głośno.
– O, Elżbieta, dobrze cię widzieć! Myślałam, że już zupełnie zniknęłaś. A ta… no, jak jej tam, co zawsze śpiewa te swoje szlagiery, wiesz która… Tak się ostatnio do Andrzeja przytulała, aż mi się herbata rozlała. Ale co ja tam będę mówić, może mu się należy trochę ciepła, co?
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się, ale nie odpowiedziałam. Słuchałam i czułam, jak ściska mnie w żołądku. Ona nie wiedziała, co mówi. Nie wiedziała, że właśnie wbija mi po cichu nóż między żebra.
– A ty? Ty jakoś zniknęłaś ostatnio – dodała.
– Znikanie mam już opanowane – powiedziałam z uśmiechem, który nie miał nic wspólnego z radością.
Odeszłam od stołu, udając, że muszę iść do łazienki. Umyłam ręce, choć były czyste, i spojrzałam w lustro. Nie poznałam tej twarzy. Była zmęczona, zgaszona. Taka, jakiej nikt nie chce oglądać. Wyszłam wcześniej, nie czekając na koniec spotkania. Na przystanku padał drobny deszcz, a ja nie miałam parasola. Wracałam do domu powoli, żeby nie dotrzeć tam zbyt szybko. Nie miałam po co się spieszyć.
Za długo żyłam w ciszy
Siedzę przy oknie. Od tygodni to moje ulubione miejsce. Widzę kawałek ulicy, drzewo, które zaczyna już żółknąć, i puste miejsce przy stole. Tam zawsze siadał Andrzej. Zawsze z tej samej strony, zawsze z tą samą gazetą, z tym samym kubkiem. Teraz stoi tam samotny talerz, który niepotrzebnie wyciągam co rano. Myślę o nim częściej, niż chciałabym przyznać. O tym, co powiedział, kiedy zamykał walizkę. O tych porankach, kiedy jeszcze był i nie rozumieliśmy, że już od dawna nic do siebie nie mówimy.
Ale nie tylko o tym. Myślę też o wspólnych wakacjach, kiedy dzieci były małe. O jego rękach, które nosiły nasze wnuki. O jego śmiechu, jeszcze takim prawdziwym, zanim stał się ostrożny i cichy. O tym, jak przez lata był obok, nawet jeśli coraz mniej obecny. Może ja też zasługuję na trochę szczęścia. Ale nie wiem, czy umiem jeszcze po nie sięgnąć. Za długo żyłam w ciszy. Za długo uczyłam się, jak być niewidzialna, jak zniknąć, jak trwać bez zadawania pytań. I może już nie potrafię wrócić. Może będę już tylko siedzieć przy tym oknie. I patrzeć. I pamiętać.
Elżbieta, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dałam się wyprowadzić w pole przystojnemu brunetowi. Pięknie mówił o miłości, ale zapomniał wspomnieć o żonie”
- „Odkładałam pół roku na wakacje z córeczkami nad morzem. Już 2 dnia w Mielnie okradli mnie z pieniędzy i godności”
- „Nie będę nazywać teściowej mamą, bo mama jest tylko jedna. Stara jędza wymyśliła perfidny sposób, żeby mnie upokorzyć”