„Mąż, zamiast zdobywać szczyty, badał krągłości czekoladowej brunetki. Jego kryzys wieku średniego odebrał mi wszystko”
„Nie podejrzewałam niczego. Dlaczego miałabym zakładać, że brunetka, która tak często przewijała się na zdjęciach, to nie przypadkowa towarzyszka z grupy, tylko jego kochanka? Dowiedziałam się przypadkiem, bo przyjaciółka, która znała kulisy, w końcu pękła i powiedziała mi prawdę. Byłam wdzięczna”.

- listy do redakcji
Mój były partner miał obsesję na punkcie górskich wędrówek. Miał stałą ekipę, z którą znikał w teren przynajmniej raz w miesiącu. Ja natomiast wolałam spokój czterech ścian, bez potu na karku i odmrożonych palców. Cieszyłam się jednak, że Adrian może realizować swoje pasje. Widziałam, jak bardzo go to nakręcało. Zawsze opowiadał z zapałem o trasach, przygodach, atmosferze w schroniskach. Chętnie oglądałam filmiki i zdjęcia z jego wypraw.
Nie podejrzewałam niczego. Naprawdę. Dlaczego miałabym zakładać, że brunetka, która tak często przewijała się na zdjęciach, to nie przypadkowa towarzyszka z grupy, tylko jego kochanka? Dowiedziałam się przypadkiem, bo przyjaciółka, która znała kulisy, w końcu pękła i powiedziała mi prawdę. Byłam jej za to wdzięczna. A w stosunku do Adriana? Miałam ochotę rozerwać go na strzępy. Czy to był kryzys wieku średniego? A może po prostu nie dojrzał nigdy do lojalności? Nieważne. Po niemal trzydziestu latach pod jednym dachem złożyliśmy papiery.
Nie miałam planu na życie
Praca dawała mi rytm dnia, ale poza tym wszystko się rozsypało. Córka już od dawna była na swoim. Kiedy wróciłam z sądu do pustego mieszkania, poczułam, że nic już mnie w życiu nie czeka. Zamknęłam się w sobie. Nie miałam ochoty rozmawiać, odbierać telefonów, wychodzić. Leżałam i gniłam.
– Mamo, musisz coś zmienić. Tak się nie da – powtarzała Kaja, próbując mnie jakoś wyciągnąć z letargu.
– A po co? Świat nie potrzebuje takich jak ja. Ani młoda, ani stara. Ani atrakcyjna, ani brzydka, jakaś taka nijaka.
– Przestań! Po prostu cię to wszystko przygniotło. To normalne, że boli. Ma prawo boleć.
– Mam wrażenie, że nie mam już swojej przestrzeni. Że zawisłam między jakimiś etapami życia i nie umiem ruszyć dalej – odpowiedziałam szczerze.
Ale Kaja była uparta jak osioł. W końcu postawiła na swoim i zabrała mnie wieczorem do knajpki. Na miejscu okazało się, że nie jesteśmy same. Zaprosiła też swoje znajome. W pierwszym odruchu miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec.
– Dziewczyny, to moja mama – rzuciła Kaja bez ceregieli.
No to zostałam. Przywitałam się uprzejmie i chciałam siedzieć cicho, nie robić obciachu córce. Ale one same zaczęły ze mną rozmawiać. I, ku mojemu zdziwieniu, było mi z nimi dobrze. Rozmawiałyśmy o wszystkim. Kultura, muzyka, mężczyźni. I w końcu padło pytanie o mojego byłego męża.
– On musiał mieć coś nie tak z głową – skomentowała bez ogródek Justyna.
– Justyś, daj spokój – próbowała ją uciszyć Kaja.
– Serio, mamo Kai, wyglądasz lepiej niż połowa moich koleżanek po trzydziestce. Inteligencja, styl. A on? Zrezygnował z ciebie dla jakiejś młodej lalki? Frajer.
Nie wiem, czy to było szczere, ale zrobiło mi się ciepło na sercu. Gdy wychodziłyśmy, jedna z dziewczyn rzuciła:
– Jeśli kiedyś będziesz miała ochotę na babski wieczór, daj znać. Zawsze chętnie wyskoczymy gdzieś razem.
Poczułam, że znów jestem sobą
Wracając do domu, uświadomiłam sobie, jak bardzo się zaszyłam. Przestałam żyć. Dlaczego? Bo ktoś mnie porzucił? Bo przestałam być „żoną”? Czy to wystarczy, by się poddać?
– Nie zapominaj, że to ty próbowałaś podtrzymać życie towarzyskie. On się zawsze wymigiwał – przypomniała mi koleżanka z pracy. – To nie twoja porażka.
Ale wewnętrzny głos wciąż podszeptywał, że może byłam za nudna? Może już nie miałam w sobie tego „czegoś”? Postanowiłam to sprawdzić. Stanęłam przed lustrem. Krytycznie. Twarz – zadbana, mimo kilku zmarszczek. Sylwetka – ok, choć biust już nie ten. Ale w oczach znowu było światło.
– A może czas na lifting garderoby? – rzuciłam sama do siebie.
Zamówiłam nową bieliznę. Dobrą. Drogą. Potem umówiłam się do fryzjera, kosmetyczki. Poczułam, że znów jestem... sobą. A może i kimś nowym?
Trzy nieudane randki z apki
Pewnego dnia Kaja znów przyszła z ekipą. Tym razem przyniosły mi karnet na jogę. Piłyśmy wino, śmiałyśmy się. I w końcu padł pomysł, żeby mi założyć konto na portalu randkowym.
– Absolutnie nie – broniłam się.
– Oj, nie bój się, będzie fajnie... – nalegały.
Po kilku lampkach wina skapitulowałam. Kilka fotek, szybki opis, klik i profil był gotowy. Rano miałam potężnego kaca. Wypiłam szybko kawę na ratunek. Potem tabletkę. Odebrałam telefon od Kai.
– Mamo! Już masz wiadomości!
– Daj spokój. Ledwo żyję – jęknęłam.
Wieczorem zajrzałam. Rzeczywiście miałam w skrzynce kilka wiadomości. Żadna nie była obleśna, ani dziwna. Ale nie odpisałam.
– I co? – pytała córka.
– Nie wiem. Nie chcę znów przechodzić przez to samo – odpowiedziałam. – Wolę spokój niż ryzyko kolejnego zawodu.
Ale przekonała mnie w końcu. Zgodziłam się na spotkanie z jednym. Był wulgarny i seksistowski. Drugi był kulturalny, ale nudny jak flaki z olejem. Trzeci... nie przyszedł. To był mój koniec przygody z randkowaniem. Usunęłam konto. Ale nie żałowałam. Zobaczyłam, że potrafię się otworzyć, pokazać. I zrozumiałam jedno, że nie potrzebuję mężczyzny, żeby czuć się wartościowa.
Jestem spełniona i bez faceta
– A co ze sprawami intymnymi? Nie brakuje ci tego? – zapytała kiedyś Kaja.
– Owszem, brakuje. Ale bardziej brakuje mi ciepła, dotyku, obecności. A resztę jakoś ogarniam... sobie sama.
Córka spłonęła rumieńcem, a ja śmiałam się na głos.
– No co? Matka też człowiek. A teraz dopiero uczę się żyć – powiedziałam.
Kilka miesięcy później, na ulicy, natknęłam się na Adriana. Nie poznał mnie. Dopiero jego kolega mnie zatrzymał.
– Monika? To ty?! Wyglądasz rewelacyjnie!
Adrian aż się wyprostował i przyjrzał. Milczał chwilę.
– Chyba rozwód wyszedł ci na dobre – rzucił z przekąsem.
– Oj tak! – odpowiedziałam i ruszyłam dalej.
Tego wieczoru założyłam najbardziej seksowną sukienkę, jaką miałam i pierwszy raz to ja wyciągnęłam córkę na imprezę. Tańczyłam jak szalona. Bez myśli o przeszłości, bez bólu. Tylko ja, muzyka i wolność. Minęło pięć lat od tamtego dnia. I jeśli czegoś się nauczyłam, to tego, że nie potrzebuję nikogo, by czuć się spełnioną kobietą.
Monika, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłam zazdrosna, że własne dzieci wolą babcię ode mnie. Zamiast o nie zadbać, walczyłam z własnymi demonami”
- „Moja ostatnia noc wolności wymknęła się spod kontroli. Nie pamiętałam nawet jego imienia, a rozbił mój świat na kawałki”
- „Od lat czekałam, aż mój kochanek się rozwiedzie. Żyłam jak w klatce, aż pewnego dnia, znalazłam kluczyk do zamka”