Reklama

Patrzę na jego idealnie wyprasowane koszule, które układam w równą kostkę w walizce, i czuję gulę w gardle. To nie złość, choć pewnie wiele kobiet na moim miejscu by się wściekało. To głęboki, przeszywający smutek. Mój mąż stał się gościem we własnym życiu, obserwatorem, który patrzy na dorastanie naszych dzieci przez ekran smartfona. Myśli, że robi to wszystko dla nas, dla naszej przyszłości, ale nie widzi, że ta przyszłość właśnie mu ucieka – minuta po minucie, w hotelowych pokojach, które wyglądają tak samo w Warszawie, Londynie i Berlinie. Nie nienawidzę jego pracy. Ja po prostu mu współczuję, bo kiedy wreszcie wróci na stałe, może nie mieć już do czego.

Walizka – jedyny stały domownik

W naszym przedpokoju, tuż obok szafki na buty, stoi ona. Czarna, solidna walizka na kółkach. Stała się tak naturalnym elementem wystroju, jak wieszak na kurtki czy lustro. Czasami żartuję gorzko w myślach, że to jedyny członek rodziny, który podróżuje z Robertem wszędzie. Robert jest dyrektorem regionalnym w dużej firmie logistycznej. Brzmi dumnie, wiąże się z prestiżem i pieniędzmi, których nigdy nam nie brakuje. Mamy piękny dom z ogrodem na przedmieściach, dwa samochody i pewność, że stać nas na prywatne szkoły dla dzieci, ale cena, jaką za to płacimy, jest niewidoczna na wyciągach bankowych. Pamiętam ten wtorek, kiedy Robert wrócił z trasy po dwóch tygodniach nieobecności. Wszedł do domu cicho, jakby bał się, że naruszy ustalony przez nas rytm dnia. Była dziewiętnasta. Nasz dziesięcioletni syn, Krzyś, odrabiał lekcje przy kuchennym stole, a czternastoletnia Maja siedziała w salonie ze słuchawkami na uszach, kompletnie odcięta od świata.

– Cześć, rodzinko – powiedział Robert, stawiając walizkę w jej stałym miejscu.

Jego głos był chrapliwy, zmęczony klimatyzacją i godzinami spędzonymi na rozmowach handlowych. Podszedł, by pocałować mnie w policzek. Pachniał tym specyficznym zapachem, który zawsze przywozi ze sobą: mieszanką hotelowego mydła, kawy z automatu i zimnego, lotniskowego powietrza.

– Jak było? – zapytałam, mechanicznie odbierając od niego marynarkę.

– Intensywnie – westchnął, przecierając twarz dłońmi. – Ale domknęliśmy kontrakt z Francuzami. To duża rzecz, Ewa. Premia będzie spora.

Spojrzałam na niego z czułością, ale i z żalem. Oczy miał podkrążone, a siwizna na skroniach, jeszcze rok temu ledwo widoczna, teraz dominowała nad jego ciemnymi włosami. Miał zaledwie czterdzieści dwa lata, a wyglądał na dziesięć więcej. Cieszył się z kontraktu, z cyferek w tabelkach, a nie zauważył nawet, że w kuchni zmieniłam zasłony, a Krzyś ma rękę na temblaku, bo przewrócił się na wf-ie dwa dni temu.

Obcy człowiek w naszym salonie

Kiedy Robert jest w domu, panuje dziwna atmosfera. To my musimy dostosowywać się do niego, a on próbuje na nowo wpasować się w tryby, które kręcą się bez niego doskonale. Przez te kilka dni w miesiącu zachowuje się trochę jak inspektor, a trochę jak zagubiony turysta. Tego wieczoru usiadł przy stole obok Krzysia. Syn podniósł wzrok znad zeszytu do matematyki.

– Cześć, tata – rzucił krótko i wrócił do liczenia ułamków.

– Cześć, młody. Co tam robisz? Może ci pomóc? – zapytał Robert z entuzjazmem, który wydawał się nieco wymuszony. Chciał nadrobić stracony czas w pięć minut.

– Nie trzeba, już kończę. Mama mi wytłumaczyła – odpowiedział Krzyś, nawet nie patrząc na ojca.

Widziałam, jak twarz Roberta tężeje. Chciał być potrzebny. Chciał być autorytetem. Ale jak ma nim być, skoro nie wie nawet, jaki materiał przerabiają w szkole? Wtedy jego wzrok padł na rękę syna.

– Boże, co ci się stało? – zerwał się z krzesła.

– Nic takiego, tata. Przewróciłem się. Już prawie nie boli – Krzyś wzruszył zdrowym ramieniem.

– Byliście u lekarza? Prześwietlenie? Ewa, dlaczego mi nie powiedziałaś? – Robert spojrzał na mnie z wyrzutem.

Westchnęłam cicho, stawiając przed nim talerz z kolacją.

– Dzwoniłam, ale miałeś wyłączony telefon. Potem wysłałam ci wiadomość, ale odpisałeś tylko „OK, jestem na spotkaniu, zadzwonię później”. Nie zadzwoniłeś.

Zamilkł. Wziął widelec i zaczął grzebać w jedzeniu. Wiedziałam, że to nie jest jego wina w sensie celowego zaniedbania. On po prostu żyje w tunelu – spotkań, deadlinów i lotów. Kiedy jest w pracy, świat zewnętrzny przestaje dla niego istnieć. A kiedy wraca, jest zdziwiony, że ten świat toczył się dalej bez jego udziału. Żal mi go było w tej chwili najbardziej. Siedział we własnej kuchni, jedząc ulubione pierogi, a czuł się wykluczony. Nie rozumiał, że my nauczyliśmy się żyć bez niego. Nie z wyboru, ale z konieczności. Staliśmy się samowystarczalną jednostką, w której tata jest postacią niemal mityczną – pojawia się, rozdaje prezenty, wprowadza chwilowe zamieszanie, a potem znika.

Wirtualny tata i pikselowe emocje

Nasze życie rodzinne przeniosło się do sieci. Robert uważa, że technologia rozwiązuje problem rozłąki, więc codziennie wieczorem dzwoni na wideo. Ale te rozmowy to tylko udawanie. Kilka dni przed jego powrotem miałam trudną sytuację z Mają. Złapałam ją na wagarach. Była pyskata, trzasnęła drzwiami, krzyczała, że jej nie rozumiem. Potrzebowałam wsparcia. Męża, który stanie obok mnie i powie: „Poradzimy sobie z tym razem”. Zadzwoniłam do niego. Był w hotelu w Monachium. Na ekranie telefonu widziałam idealnie pościelone łóżko w tle i jego zmęczoną twarz w świetle lampki nocnej.

– Robert, nie radzę sobie z Mają – zaczęłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Ona się oddala. Dziś znowu nie poszła do szkoły.

– Kochanie, spokojnie – powiedział głosem człowieka, który zarządza kryzysem w firmie. – Może kup jej coś? Może potrzebuje nowego laptopa? Albo obiecam jej wyjazd na wakacje, gdzie tylko zechce?

– Jej nie jest potrzebny laptop, Robert! – krzyknęłam, choć rzadko podnoszę głos. – Jej jest potrzebny ojciec. Ona potrzebuje rozmowy, a nie przelewu.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie przez ekrany. Widziałam w jego oczach bezradność. On naprawdę nie wiedział, jak inaczej rozwiązać problem. Jego świat to negocjacje i transakcje. Jeśli coś nie działa, trzeba w to zainwestować pieniądze lub zasoby. Nie rozumiał, że emocji nie da się naprawić budżetem.

– Wrócę w piątek, to z nią pogadam – obiecał.

Ale kiedy wrócił, Maja zamknęła się w pokoju. Zapukał do niej, wszedł na chwilę, a po pięciu minutach wyszedł zrezygnowany.

– Ma słuchawki, udaje, że się uczy. Nie chce gadać – powiedział, opadając na kanapę w salonie.

Patrzyłam na niego i widziałam człowieka, który przegrał, mimo że zawodowo wygrywa wszystko. Maja go nie zna. Dla niej ojciec to ten pan z tabletu, który pyta „jak w szkole” i przelewa kieszonkowe. Nie wie, że ona pisze wiersze, że boi się ciemności, że jej pierwsza miłość właśnie złamała jej serce. On nie ma dostępu do tych danych, a ja nie mam siły być wiecznym tłumaczem między nim a jego własnymi dziećmi.

Samotna matka z alimentami

Często spotykam się z moją przyjaciółką, Anetą. Jej mąż, Paweł, pracuje w warsztacie samochodowym. Nie zarabiają kokosów, jeżdżą dziesięcioletnim autem, a wakacje spędzają na działce pod miastem. Ale kiedy jestem u nich, widzę coś, co sprawia, że serce mi pęka z zazdrości. Widzę Pawła, który wraca o szesnastej w ubrudzonym smarem kombinezonie, a ich dzieci rzucają mu się na szyję. Widzę, jak razem naprawiają cieknący kran, kłócąc się przy tym wesoło. Widzę, jak Paweł obejmuje Anetę, kiedy ona gotuje zupę, i po prostu z nią jest. Fizycznie, psychicznie, tu i teraz. Ostatnio Aneta zapytała mnie wprost:

– Ewa, czy ty jesteś szczęśliwa? Masz wszystko, o czym marzyłyśmy na studiach. Dom, kasę, przystojnego męża na stanowisku.

– Mam wszystko i nie mam nic – odpowiedziałam szczerze. – Mój mąż to duch. Przelew na koncie. Czasem myślę, że jestem samotną matką z bardzo wysokimi alimentami.

To porównanie uderzyło mnie samą. Robert uważa, że jego poświęcenie jest najwyższą formą miłości. Że harując po dwanaście godzin na dobę, zapewniając nam luksus, udowadnia, jak bardzo nas kocha. I ja wiem, że on w to wierzy. To jest tragizm tej sytuacji. On myśli, że buduje nam pałac, a nie widzi, że fundamenty rodziny kruszą się z samotności. Najgorsze są weekendy, kiedy on próbuje „nadrabiać”. Wstaje rano pełen energii, wyciąga listę zadań.

– Dzisiaj kosimy trawę, potem jedziemy na rowery, a wieczorem kino! – zarządza jak na odprawie pracowników.

Dzieci patrzą na niego jak na kosmitę. One mają swoje plany, swoich znajomych, swoje rytuały, w których nie ma miejsca na nagłe zrywy „idealnej rodziny”.

– Tato, umówiłem się z kolegami na piłkę – mówi Krzyś.

– A ja idę do Kaśki – dodaje Maja.

I Robert zostaje sam z tą swoją listą, z tym swoim entuzjazmem, który gaśnie w oczach jak zdmuchnięta świeczka. Wtedy siada na tarasie, otwiera laptopa i wraca do jedynego świata, który go nie odrzuca – do pracy. A ja patrzę na niego przez okno kuchenne i chce mi się wyć. Żal mi go, bo on nie rozumie, że relacji nie da się włączyć i wyłączyć przyciskiem.

Moment, w którym pękło mi serce

Przełom nastąpił w zeszłym miesiącu, w urodziny Krzysia. Robert obiecał, że będzie. Przysiągł na wszystko. Mieliśmy zaplanowane wielkie przyjęcie w ogrodzie. Krzyś od tygodnia skreślał dni w kalendarzu, nie tyle czekając na prezenty, co na to, że tata w końcu zobaczy, jak świetnie gra w nogę z kolegami. W dniu urodzin, o czternastej, zadzwonił telefon. Wiedziałam, zanim odebrałam.

– Ewa... przepraszam – jego głos był cichy. – Mgła w Londynie. Wszystkie loty odwołane. Utknąłem. Będę najwcześniej jutro rano.

Poczułam, jak zimno rozlewa się po moim ciele.

– Robert, nie możesz mu tego zrobić – szepnęłam. – On czeka.

– Wiem, Ewa, wiem! Myślisz, że chcę tu siedzieć? Robię co mogę, szukam połączeń przez Berlin, przez cokolwiek, ale nic nie lata!

– To nie o to chodzi, że ty nie chcesz – powiedziałam z rezygnacją. – Chodzi o to, że ciebie znowu nie ma.

Musiałam to powiedzieć synowi. Krzyś stał w salonie, ubrany w nową koszulkę piłkarską. Spojrzał na moją twarz i od razu zrozumiał.

– Nie przyjedzie, prawda? – zapytał rzeczowo. Bez łez, bez histerii. To było najgorsze. Ten spokój.

– Samoloty nie latają, kochanie. Tata bardzo chciał... – zaczęłam standardową śpiewkę.

– Spoko, mamo. Przyzwyczaiłem się – wzruszył ramionami i wybiegł do ogrodu, gdzie schodzili się już goście.

„Przyzwyczaiłem się”. Te dwa słowa zabolały mnie bardziej niż jakikolwiek krzyk. Mój syn zaakceptował brak ojca jako normę. Wieczorem, kiedy goście już wyszli, a ja sprzątałam papierowe talerzyki, Robert zadzwonił na wideo, by złożyć życzenia. Zawołałam Krzysia. Podszedł niechętnie.

– Cześć, mistrzu! Sto lat! Przepraszam cię strasznie, wynagrodzę ci to! Kupię ci ten zestaw, o którym mówiłeś, ten największy! – Robert mówił szybko, chaotycznie, próbując zagadać swoje poczucie winy.

– Dzięki, tato – powiedział Krzyś. – Ale wujek Paweł już ze mną zagrał mecz. Było fajnie. Muszę iść się kąpać. Pa.

Rozłączył się. Zostałam sama z czarnym ekranem telefonu, na którym przed chwilą była twarz mojego męża. Oddzwoniłam do niego po chwili. Siedział na lotnisku, w tym swoim idealnym garniturze, i płakał. Pierwszy raz od lat widziałam, jak płacze.

– Ewa, on mnie nie potrzebuje – powiedział łamiącym się głosem. – Mój własny syn traktuje mnie jak dalekiego krewnego.

– Bo nim się stajesz – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Pieniądze nie zastąpią czasu. Nie możesz kupić wspomnień. Paweł nie kupił mu nic, ale grał z nim w piłkę przez dwie godziny. I to Krzyś zapamięta.

– Co ja mam zrobić? – zapytał bezradnie. – Mam kredyty, zobowiązania, standard życia...

– Mam gdzieś standard życia – wyrwało mi się. – Mamy oszczędności. Możemy sprzedać ten wielki dom. Możemy żyć skromniej. Ale jeśli czegoś nie zmienisz, stracisz nas. Nie fizycznie, bo ja nie odejdę, nie mam zamiaru się rozwodzić, ale stracisz nas emocjonalnie. Będziemy obcymi ludźmi mieszkającymi pod jednym dachem, kiedy w końcu przejdziesz na emeryturę. Czy tego chcesz?

Milczał długo. W tle słychać było komunikaty z lotniskowych głośników.

– Nie wiem, czy potrafię inaczej żyć. Ja nie wiem, kim jestem bez tej pracy.

– To najwyższy czas się dowiedzieć – odpowiedziałam.

Cisza, która daje nadzieję

Od tamtej rozmowy minął miesiąc. Robert wrócił do domu, ale tym razem coś się zmieniło. Nie przywiózł prezentów. Nie próbował organizować nam czasu. Po prostu był. Widziałam, jak trudno mu to przychodziło. Siedział w fotelu i nie wiedział, co ze sobą zrobić bez laptopa i telefonu, które umówiliśmy się, że będzie zostawiał w gabinecie po osiemnastej. Początki są trudne. Dzieci wciąż podchodzą do niego z dystansem. Maja nadal zamyka drzwi, a Krzyś woli grać na konsoli niż rozmawiać z tatą. Ale widzę małe zmiany. Wczoraj Robert naprawił rower Mai. Nie wezwał serwisu, zrobił to sam. Ubrudził się, klął pod nosem (cicho, żeby dzieci nie słyszały), ale zrobił to. Kiedy Maja zobaczyła naprawiony rower, uśmiechnęła się do niego. Półgębkiem, ale jednak.

– Dzięki – mruknęła.

Dla Roberta to było jak medal olimpijski. Wiem, że przed nami długa droga. Robert wciąż wyjeżdża, ale rzadziej. Zaczął delegować zadania, odmówił awansu, który wiązałby się z przeprowadzką do Chin. W firmie patrzą na niego jak na wariata, który rezygnuje z kariery, ale on po raz pierwszy zaczyna dostrzegać, co jest stawką w tej grze. Patrzę na niego teraz, gdy śpi na kanapie z otwartą książką na piersi. Wygląda na bezbronnego. Nie jest już tym wielkim dyrektorem w garniturze. Jest zmęczonym facetem w średnim wieku, który próbuje odnaleźć drogę do własnej rodziny. Wciąż mi go żal, bo wiem, jak bardzo cierpi, widząc, ile stracił. Ile pierwszych kroków, ile szkolnych przedstawień, ile zwykłych, nudnych wtorków mu uciekło. Tego czasu nie da się odzyskać, ale żal powoli ustępuje miejsca nadziei. Może jeszcze nie jest za późno, by nauczył się, co to znaczy dom. Nie budynek, do którego się wraca, żeby przepakować walizkę, ale miejsce, gdzie się po prostu jest.

Ewa, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama