„Mój syn bał się chodzić do szkoły przez jedną osobę. Jego nauczycielka matematyki powinna brać korepetycje z empatii”
„Przez pierwsze lata szkoły nauczyciele syna mówili, że to bystre i energiczne dziecko, które potrzebuje trochę więcej uwagi. Niestety, wszystko zmieniło się w czwartej klasie, kiedy trafił do wychowawczyni, mającej zupełnie inne podejście do uczniów. Zaczęło się od uwag, potem były wezwania do dyrektora. W końcu nie poznawałam własnego syna”.

- Redakcja
Mój syn Kacper zawsze był dzieckiem żywym, ciekawskim i trochę niecierpliwym. Nigdy nie sprawiał poważnych problemów wychowawczych, choć wiadomo – jak to dzieciak – czasem coś palnął, czasem zapomniał zeszytu. Gdy w czwartej klasie trafił do nowej wychowawczyni, nauczycielki matematyki, zaczął się nasz koszmar.
Niechęć od pierwszego dnia
Już po pierwszym zebraniu miałam mieszane uczucia. Pani D. – wychowawczyni Kacpra – patrzyła na dzieci z góry, jakby każdy z nich był potencjalnym kłopotem. Mówiła twardym tonem, z surową miną, bez cienia ciepła. Wtedy pomyślałam, że może to tylko pierwsze wrażenie. Że się mylę. Że to stres, nowy rok, nowi uczniowie. W domu zapytałam Kacpra, jak mu się podoba pani.
– Trochę się jej boję – odpowiedział, nie odrywając wzroku od klocków lego. – Krzyczy, nawet jak nic się nie zrobi.
Nie zareagowałam od razu. Myślałam, że przesadza. Że może pani D. jest wymagająca, a mój syn po prostu musi się przyzwyczaić do nowej dyscypliny. Ale kilka dni później przyszła pierwsza uwaga: „Kacper przeszkadza na lekcji”. Kiedy zapytałam syna, co się wydarzyło, wzruszył ramionami.
– Powiedziałem tylko, że nie rozumiem zadania. A ona się zdenerwowała.
Kolejne tygodnie przynosiły następne skargi. Ołówki, które spadły z ławki, kartka, którą podał koledze, wycieranie nosa nie w tym momencie. Wszystko było problemem. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy to faktycznie mój syn sprawia problemy… czy może pani wychowawczyni ma problem z moim synem.
Każda drobnostka była powodem do uwagi
Z czasem zaczęłam zauważać, że Kacper wraca ze szkoły coraz bardziej przygaszony. Już nie opowiadał z ekscytacją o tym, co było na lekcji. Coraz częściej mówił tylko: „Było okej” albo „Nie chce mi się gadać”. Gdy próbowałam dopytać, wzruszał ramionami i znikał w swoim pokoju.
Dzienniczek puchł od uwag: „Nieodpowiednie zachowanie”, „Nie wykonał polecenia”, „Zachowanie nieakceptowalne”. Zawsze bez konkretów. Gdy raz zapytałam przez dziennik elektroniczny, co dokładnie zrobił, odpisała: „Uczeń musi nauczyć się funkcjonowania w grupie”. Aż ścisnęło mnie w środku. Kacper miał kolegów, lubił szkołę. Co się zmieniło?
– Mamo, dzisiaj powiedziała, że jak jeszcze raz się odezwę bez pozwolenia, to mnie wyprosi z klasy – powiedział pewnego dnia z rozczarowaniem. – Ale ja tylko chciałem zapytać, czy mogę do toalety.
Zrobiło mi się niedobrze. Zaczęłam notować wszystko. Każdy komentarz Kacpra, każdą uwagę, każdą rozmowę z nauczycielką. Czułam, że muszę mieć dowody, bo ta sytuacja wymykała się spod kontroli. Kacper przestał się uczyć z entuzjazmem. Bał się zabrać głos. I choć starałam się go pocieszać, coraz częściej sama zaczynałam wątpić, czy jestem dobrą matką.
Dostałam wezwanie do dyrektora
Telefon z sekretariatu szkoły zaskoczył mnie w pracy. Pani w słuchawce powiedziała, że mam się stawić u dyrektora „w sprawie zachowania syna”. Serca zabiło mi mocniej. Przez resztę dnia nie mogłam się skupić. Kacper nigdy nie był idealny, ale wizyty u dyrektora? Co się takiego wydarzyło?
Po pracy poszłam prosto do szkoły. W sekretariacie kazali mi poczekać. Przez uchylone drzwi widziałam, jak pani D. mówi coś do dyrektora cicho, ale z wielką emfazą. Jej mina była poważna, jakby omawiała jakieś wykroczenie karalne. Gdy mnie wpuszczono, poczułam się jak przed sądem.
– Pani syn po raz kolejny zakłócał przebieg lekcji – zaczęła wychowawczyni z powagą. – Rozmawia z kolegami, nie słucha poleceń. Dziś przewrócił krzesło.
– To był wypadek – wtrącił cicho Kacper, który siedział skulony w kącie gabinetu.
– Przecież to dziecko – powiedziałam spokojnie. – Nie rozumiem, dlaczego takie rzeczy kończą się od razu u dyrektora.
– U nas panują zasady. Jeśli ktoś ich nie przestrzega, musi ponieść konsekwencje – odparła szorstko.
Dyrektor tylko przytakiwał, jakby bał się jej sprzeciwić. Wyszliśmy stamtąd oboje z poczuciem upokorzenia. Wiedziałam, że tak dalej być nie może.
Próbowałam rozmawiać z nauczycielką
Postanowiłam, że nie mogę tego tak zostawić. Umówiłam się z panią D. na rozmowę po lekcjach. Przyjęła mnie w klasie, stojąc za biurkiem z rękami skrzyżowanymi na piersi. Już na wstępie poczułam chłód i dystans. Chciałam wierzyć, że to tylko obrona, że pod tą surowością kryje się zatroskana nauczycielka, ale szybko zrozumiałam, że się myliłam.
– Przyszłam porozmawiać o Kacprze. Mam wrażenie, że coś między wami nie gra – zaczęłam ostrożnie.
– Proszę pani – weszła mi w słowo. – Nie mam żadnego osobistego stosunku do uczniów. Obowiązują mnie zasady. Pani syn niestety notorycznie ich nie przestrzega.
– Czy może pani powiedzieć konkretnie, co on takiego robi?
– Rozmawia, przeszkadza, wstaje z miejsca. Dzieci muszą znać swoje miejsce. To szkoła, a nie plac zabaw.
– Ale to dziesięciolatek. Nie robot. Czy naprawdę każde jego zachowanie to wykroczenie?
– Proszę pani, jeżeli pani syn czuje się niezrozumiany, to może potrzebuje innego środowiska.
Zatkało mnie. Czy właśnie zasugerowała, że powinnam przenieść dziecko do innej szkoły? Wyszłam z klasy, czując, że nie rozmawiałam z nauczycielką, tylko z kimś, kto po prostu nie chce mojego dziecka w swojej klasie.
Następnego dnia byłam u dyrektora
Wiedziałam, że coś się w Kacprze zmienia. Coraz częściej udawał rano, że boli go brzuch. Siedział po cichu przy śniadaniu, a wieczorami długo nie mógł zasnąć. Pewnego dnia powiedział wprost:
– Mamo, ja nie chcę tam już chodzić. Pani mówi, że jestem najgorszy.
Wstrzymałam oddech.
– Co dokładnie ci powiedziała?
– Że jak jeszcze raz coś zmaluję, to już nikt mnie nie będzie chciał uczyć. Że jestem niegrzeczny i przeszkadzam wszystkim. A potem przy całej klasie powiedziała, że przez takich jak ja nauczyciele rezygnują z pracy.
Nie umiałam tego przełknąć. Już nie chodziło o uwagi, o krzesło czy rozgadanie. Tu został złamany szacunek. Dorosły człowiek poniżył dziecko przy rówieśnikach. Kacper miał dziesięć lat. Jeszcze wczoraj bawił się figurkami dinozaurów. A dziś słyszał, że jest kulą u nogi.
Następnego dnia byłam u dyrektora. Mówiłam spokojnie, rzeczowo, z dokumentacją, z datami, z konkretnymi cytatami. Poprosiłam o przeniesienie syna do innej klasy. Tym razem nie usłyszałam, że przesadzam. Patrzył na mnie długo, w milczeniu, po czym westchnął.
– Dobrze. Zrobimy to. I… przepraszam.
Wyszłam stamtąd z ulgą, ale też z żalem, że musiało dojść aż do tego.
Już po kilku dniach zauważyłam różnicę
Kacper trafił do nowej klasy dwa tygodnie później. Już po kilku dniach zauważyłam różnicę. Zaczął opowiadać, co było na lekcjach, śmiał się przy kolacji, pytał, czy może zaprosić kolegę z nowej klasy. Odżył. A ja dopiero wtedy zrozumiałam, jak głęboko był zraniony.
Pani D. dalej pracuje w tej samej szkole. Nigdy nie przeprosiła, nigdy nie próbowała nawet porozmawiać. Wiem, że nie jestem jedyną matką, która miała z nią problem. Słyszałam szepty innych rodziców na zebraniach, ale nikt nie chciał się wychylać. Może bali się, że ich dzieci zapłacą za ich odwagę. Ja się nie bałam, bo widziałam, co może się stać, gdy się milczy.
Szkoła to nie zawsze bezpieczne miejsce. Czasem to przestrzeń, w której dzieci uczą się strachu i wstydu, zamiast ciekawości i odwagi. I choć chciałabym wierzyć, że to był tylko jeden przypadek, to wiem, że takich historii jak nasza jest więcej.
Dziś Kacper wraca z lekcji z błyskiem w oku. Znowu zadaje pytania, znowu się uczy, znowu wierzy, że dorośli są po to, by pomagać, nie ranić. I tylko ja patrzę uważniej. Bo już wiem, że nie wystarczy ufać – trzeba też mieć odwagę reagować.
Agnieszka, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój współlokator w sanatorium chrapał jak traktor. Ciszy szukałem u sąsiadki, ale dostałem tam coś lepszego”
- „Moje dzieci nie chciały spędzać czasu z dziadkiem. Córka w końcu przyznała, jakie bzdury im wmawiał”
- „Złowiłam bogatego wdowca i czekałam na pierścionek. Miałam nosić markowe szpilki, a skończyłam w znoszonych trampkach”