„Załatwiłem synowi pracę, a on nie kiwnął palcem. Jak jest taki cwany, to niech sobie teraz w życiu radzi sam”
„W domu robiło się coraz bardziej nieznośnie, a ja z uporem maniaka udawałem, że wszystko mam pod kontrolą. Żona próbowała łagodzić sytuację, ale ja byłem nieugięty. Wiedziałem przecież lepiej, co jest dla niego dobre”.

- Redakcja
Niektórzy twierdzą, że dzieci są naszym największym skarbem. Ja uważam inaczej. Skarbem jest porządna praca, stabilizacja i mądry wybór ścieżki życiowej. Wszystko inne to tylko dodatki, które zbyt często przysłaniają ludziom zdrowy rozsądek. Przez całe życie starałem się nie popełniać błędów, jakie widziałem u innych rodziców – tych wiecznie niezdecydowanych, uległych, ślepo podążających za dziećmi, pozwalających im wybierać własną drogę bez żadnych ograniczeń. Efekt? Rozczarowani, sfrustrowani dorośli, którzy nie radzą sobie w życiu. Ja chciałem inaczej. Uważałem, że dzieciom trzeba pokazać odpowiednią drogę, najlepiej samemu ją wytyczając. Tak wychowywałem swojego syna – konkretnie, stanowczo, z myślą o jego przyszłości. Tylko nikt mi nie powiedział, że najtrudniej jest być ojcem wtedy, gdy twoje dziecko nagle uzna, że wie lepiej od ciebie.
Przeliczyłem się
Kiedy syn był dzieckiem, wszystko szło zgodnie z planem. Uczył się nieźle, nie miał zbyt wielu kolegów, nie włóczył się po nocach. Owszem, czasem zgrywał obrażonego, gdy nie pozwalałem mu grać na komputerze do północy albo gdy kazałem czytać książki, które sam uważałem za wartościowe. Nigdy jednak nie było poważniejszych buntów. Zawsze powtarzałem mu, że życie to nie zabawa, liczy się praca i bezpieczeństwo. Sądziłem naiwnie, że skoro przez tyle lat słuchał moich rad, to i teraz, po studiach, będzie podobnie. Przeliczyłem się. Pamiętam ten wieczór, gdy postanowiłem z nim porozmawiać o jego przyszłości. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, nogi podkurczone, jakby był już gotów do ucieczki.
– Rozmawiałeś już z mamą o tej pracy? – zacząłem spokojnie, choć w środku już mnie nosiło.
– Trochę… – mruknął, bawiąc się kapslem od butelki. – Mówiłem, że na razie nie chcę tam iść.
– Nie chcesz? – powtórzyłem z niedowierzaniem. – Synu, przecież to miejsce w porządnej firmie. Załatwiłem ci robotę, o jakiej inni mogą tylko pomarzyć. Wypłata zawsze na czas, szef do dogadania.
Wzruszył ramionami, ale nie odważył się spojrzeć mi w oczy.
– Tato, to nie jest coś, co chcę robić. Nie widzę siebie w tym biurze. Nie kręci mnie to.
– Ty może nie widzisz, ale ja wiem, co ci potrzeba. W dzisiejszych czasach nikt nie przebiera w ofertach. Za moich czasów człowiek brał, co było i cieszył się, że w ogóle pracuje.
Wreszcie podniósł wzrok.
– Nie jestem tobą. Chciałbym spróbować czegoś własnego, choćby przez chwilę.
– Ty i twoje własne pomysły… Wiesz, ile znam ludzi, którzy „chcieli czegoś innego”? I gdzie dziś są? Na kasie w markecie albo na zmywaku za granicą.
Czułem, że to nie będzie łatwa rozmowa.
Nie mogłem go zrozumieć
Nie znosiłem, gdy ktoś kwestionował moje decyzje – zwłaszcza mój własny syn. W domu zawsze panowały jasne zasady: ja decyduję o tym, co jest dla niego dobre, bo wiem lepiej. Może zabrzmi to złośliwie, ale prawda jest taka, że nikt z naszej rodziny nie zrobił niczego sensownego, idąc za własnym „powołaniem”. A ja miałem dosyć porażek. Dlatego nie zamierzałem ustąpić.
– Posłuchaj mnie, bo nie będę się powtarzał – powiedziałem, opierając łokcie o stół. – Załatwiłem ci tę robotę u znajomego. Chłopak od razu bierze cię na próbę. Masz pewny start, a potem możesz piąć się w górę.
– Nie zamierzam tam pracować – odpowiedział zaskakująco stanowczo. – Nie chcę całe życie gapić się w tabelki. Nie po to się uczyłem.
Poczułem, jak wzbiera we mnie irytacja.
– Ty chyba żartujesz. Całe życie ci pomagałem, dawałem wszystko, co najlepsze, a teraz zamierzasz zmarnować ten wysiłek? Skończysz jak kuzyn Darek, który „też miał pasję”, a teraz układa towar w magazynie.
– Tato, chcę spróbować własnych sił. Może chociaż na rok. Pracować na własny rachunek, robić coś, co mnie kręci.
– Nie rozumiem cię. Ty nie masz pojęcia, jak wygląda dorosłość. Myślisz, że świat tylko czeka, aż młody geniusz przyjdzie i zacznie „rozwijać pasje”? Dorośnij wreszcie.
Chciałem, żeby zrozumiał, jak bardzo się myli. Dla niego to była rozmowa o marzeniach, a dla mnie – o przyszłości, odpowiedzialności i, nie ukrywajmy, własnej dumie. Może to samolubne, ale nie wyobrażałem sobie sytuacji, w której mój syn odrzuca szansę, którą sam mu wydeptałem.
– Przemyśl to jeszcze. Jutro chcę usłyszeć, że zmieniłeś decyzję – rzuciłem lodowato.
Byłem bezsilny
Następnego dnia w domu panowała cisza. Żona chodziła na palcach, udając, że nic się nie dzieje. Syn zamknął się w swoim pokoju, a ja udawałem, że czytam gazetę, choć w rzeczywistości nie mogłem się na niczym skupić. Przez cały dzień czekałem, aż w końcu wyjdzie i powie, że jednak się zastanowił, że zrozumiał swój błąd. Naiwność? Może. Liczyłem na odrobinę rozsądku z jego strony. Wieczorem sam zapukałem do jego drzwi. Otworzył mi niechętnie, z miną jakby właśnie miał zjeść coś wyjątkowo niesmacznego.
– Możemy pogadać? – spytałem, chociaż wcale nie oczekiwałem uprzejmości.
– Jeśli musimy – odpowiedział i opadł z powrotem na łóżko, ze skrzyżowanymi ramionami.
Usiadłem na krześle i spojrzałem na niego długo. W głowie już układałem sobie przemowę, taką, która powinna nim potrząsnąć.
– Synu, ostatnią rzecz, jakiej bym chciał, to żebyś kiedyś obwiniał mnie o swoje niepowodzenia. Wiem, jak wygląda życie. Wiem, co się liczy. Pieniądze, stabilizacja, porządna praca. To nie są czasy, żeby się „realizować”.
– Właśnie dlatego chcę spróbować po swojemu. Nie chcę, żebyś za pięć lat mówił, że zmarnowałem twoje kontakty.
Westchnąłem ciężko, próbując powstrzymać złość.
– I co, zamierzasz postawić na swoim, choćby nie wiem co?
– Tak. Przynajmniej spróbuję. To moje życie.
Poczułem, jak narasta we mnie bezsilność zmieszana z wściekłością. Patrzyłem na tego upartego chłopaka i widziałem w nim trochę siebie sprzed lat, tylko że ja nigdy nie odważyłem się sprzeciwić swojemu ojcu.
– No to rób, co chcesz. Tylko nie licz na moje wsparcie. Nie będę się dokładał do twoich mrzonek – warknąłem w końcu.
Chwilę milczeliśmy.
– Tato… Myślałem, że mnie choć trochę rozumiesz.
– Źle myślałeś.
Powiedziałem o 1 zdanie za dużo
Od tamtej rozmowy nasze relacje właściwie przestały istnieć. W domu robiło się coraz bardziej nieznośnie, a ja z uporem maniaka udawałem, że wszystko mam pod kontrolą. Syn wstawał późno, śniadanie jadł sam, wychodził na długie godziny – nie informując mnie, gdzie się wybiera. Kiedy wracał, zamykał się w swoim pokoju, a na moje próby nawiązania kontaktu reagował krótkim „nie mam czasu”. Żona próbowała łagodzić sytuację, ale ja byłem nieugięty. Wiedziałem przecież lepiej, co jest dla niego dobre. Któregoś dnia wróciłem wcześniej z pracy i zastałem ich w kuchni. Żona siedziała przy stole z czerwonymi oczami, a syn, oparty o blat, wyglądał, jakby rozważał ucieczkę na drugi koniec świata.
– O, jesteś już – mruknął, nawet nie próbując ukryć irytacji.
– Mógłbyś się przywitać – rzuciłem, stając naprzeciwko niego. – Przestań zachowywać się jak dziecko.
– Przestań mnie traktować jak dziecko, to może zacznę się zachowywać inaczej – odciął się natychmiast.
Żona westchnęła cicho, próbując coś powiedzieć.
– Może pogadacie spokojniej? Może... może da się to jakoś rozwiązać?
– Mamo, nie mieszaj się – przerwał jej syn. – I tak nigdy mnie nie słuchasz. Za to tata wszystko wie najlepiej, prawda? – dodał z nutą kpiny w głosie.
Zignorowałem jego złośliwości.
– Przynajmniej nie mam głowy w chmurach. Może ty nie zdajesz sobie sprawy, ale nie będę cię utrzymywał, jeśli wybierzesz „wolność” zamiast pracy. Chcesz, to radź sobie sam.
Syn spojrzał na mnie z pogardą.
– To akurat już ustaliłeś, więc nie musisz powtarzać.
– Dobrze. Nie będę. Od tej pory możesz zapomnieć, że masz ojca, skoro wybrałeś swoje widzimisię nad rodzinę.
Milczał przez dłuższą chwilę, po czym tylko wzruszył ramionami.
– Może to i lepiej.
Wiedziałem, że coś jest nie tak
Mijały tygodnie, a między nami trwała cicha wojna. Unikaliśmy się, jakbyśmy byli sobie całkiem obcy. Żona czasem próbowała mnie przekonać, żebym się przełamał, żebym „dał mu szansę”, ale uważałem, że wtedy tylko go rozpieściłbym do końca. Każdy w domu chodził własnymi ścieżkami, byle się nie spotkać. Mówiłem sobie, że to przecież dla jego dobra – nie chciałem, by skończył jak wielu młodych bez planu i zawodu. Pewnego wieczoru, gdy już myślałem, że nikt nie wróci do domu na czas, usłyszałem skrzypienie drzwi. Syn wszedł, rzucił plecak pod ścianę i, widząc mnie przy stole, zawahał się przez moment.
– Przyszedłem tylko po rzeczy – rzucił chłodno. – Przenoszę się do ciotki. Przynajmniej nikt nie będzie mi tam mówił, jak mam żyć.
– Proszę bardzo. Skoro jesteś taki dorosły, to radź sobie sam – odparłem zgryźliwie, choć w środku ścisnęło mnie na moment.
– Właśnie mam taki zamiar.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Widocznie czekał, aż coś powiem, ale nie miałem najmniejszego zamiaru się tłumaczyć.
– Chciałem, żebyś wiedział, że nie robię tego na złość. Po prostu mam dość twoich wymagań – powiedział ciszej.
– Ty masz dość moich wymagań? A ja mam dość twojego wiecznego użalania się nad sobą. Na świecie nikt cię nie będzie głaskał po głowie za to, że masz „pasję”.
Wzruszył ramionami, jakby już nawet nie chciał walczyć.
– Szkoda, że nie możesz tego zrozumieć. Może kiedyś.
– Nie licz na to.
Podniósł plecak i wyszedł, zamykając za sobą drzwi tak cicho, jakby chciał się całkiem wymazać z mojego życia. I właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem, że coś tu poszło nie tak – tylko nie byłem pewien, co dokładnie.
Nie czułem się z tym dobrze
Dom zrobił się nieznośnie cichy. Żona unikała mnie jeszcze bardziej niż wcześniej, nie próbowała już nawet nawiązywać rozmowy. Każdy posiłek jadłem sam, czasem w pośpiechu, byle nie patrzeć na puste miejsce przy stole. Syn rzeczywiście się wyniósł, zostawiając tylko kilka książek i stertę papierów, których nawet nie chciało mi się przeglądać. Mówiłem sobie, że dobrze się stało – że skoro jest taki dorosły, niech zobaczy, jak to jest radzić sobie bez ojcowskiego wsparcia. Tyle że wcale nie czułem triumfu. Minęły dwa miesiące, zanim odezwał się pierwszy raz. Przyszedł wieczorem, bez zapowiedzi, ledwo wszedł w progu.
– Wróciłem po dokumenty do nowej pracy – rzucił oschle, patrząc na mnie chłodno. – Potrzebuję oryginału dyplomu i kilku papierów.
– Co, już ci się odechciało dorosłego życia? – nie mogłem się powstrzymać od uszczypliwości.
– Nie, tato. Pracuję, ale na własnych zasadach. Mam zlecenia, zarabiam na siebie. Jakoś dałem radę, mimo że nikt mi nie kibicował.
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. Najchętniej wygłosiłbym mu wykład o tym, że prawdziwa praca to tylko na etat, że kontakty ojca zawsze się przydają, ale… coś mnie powstrzymało.
– To, co teraz zamierzasz? – zapytałem w końcu, z trudem panując nad tonem.
– Zamierzam żyć po swojemu. Pracuję, opłacam pokój, daję radę bez układów. Nikt mi nic nie daje, ale przynajmniej nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem.
Stałem w drzwiach i patrzyłem, jak wyciąga z szuflady dokumenty. Przez sekundę chciałem powiedzieć coś, co naprawiłoby wszystko. Jednak nie umiałem. Tylko stałem i słuchałem, jak żegna się z matką, a mnie nawet nie spojrzał w oczy. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy, gdy dziecko wybiera własną drogę – i co znaczy naprawdę stracić syna.
Krystian, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Myślałam, że znam męża na wylot. Gdy zamknęła się jego trumna, otworzyła się za to Puszka Pandory”
- „Zobaczyłam zdjęcia męża z kochanką i zapragnęłam odwetu. W Tatrach z przyjaciółką uknułyśmy zemstę idealną”