Reklama

Gdy ktoś pyta mnie o rodzinę męża, zawsze odpowiadam dyplomatycznie, że „wszyscy są bardzo oryginalni”. Co mam powiedzieć? Że po tylu latach nadal nie mogę się zdecydować, czy bardziej mnie bawią, czy irytują? Moja teściowa, od zawsze zgrywająca arystokratkę z blokowiska, z miną osoby, która przyjaźniła się z księżną Dianą. Szwagier wiecznie niezadowolony, szwagierka nieustannie nadąsana. No i mój mąż – złote dziecko tej rodziny, ulubieniec tatusia do momentu, aż okazało się, że nie jest tak łatwy do ustawiania, jak reszta rodziny.

Do tej pory myślałam, że już mnie nic nie zaskoczy. Do czasu, gdy teść postanowił podzielić majątek. Mój mąż z tej szopki wyniósł tylko żałobę, rachunek za garnitur i kilka pretensji, których nigdy nie miał odwagi wygarnąć ojcu za życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta historia dopiero się rozkręci, a ja będę musiała wysłuchiwać narzekań i domysłów. Tak, oczywiście. Jakby poczucie bycia najgłupszym w rodzinie były czymś, o czym marzy każda żona.

Nie tego się spodziewałam

Nie zapomnę tamtego popołudnia, kiedy mąż wrócił z pogrzebu swojego ojca. Ja zostałam w domu – ktoś musiał pilnować dzieci.

– Co się stało? – zapytałam, choć przecież wiedziałam, że nie o śmierć ojca chodzi, tylko o coś dużo bardziej przyziemnego.

– Nic. Wszystko w porządku – odpowiedział i ściągnął buty z miną, jakby ważyły po dziesięć kilo każdy.

– No już, powiedz mi, co tam się wydarzyło. Matka znowu płakała tak, żeby wszyscy widzieli? Szwagier się popisał swoim nowym zegarkiem?

Mąż spojrzał na mnie z takim rozgoryczeniem, jakbym to ja mu coś zrobiła.

– Podzielili majątek, rozumiesz? Tata to wszystko już dawno ustalił, miał gotowy testament. Wszystko. Każdy dostał, co miał dostać.

– A ty? – próbowałam zachować spokój, choć czułam, jak zaczynam się gotować w środku.

Westchnął i rzucił kluczami na komodę.

– A ja nic. Kompletnie nic. Ojciec… napisał, że „wystarczająco już mi pomógł za życia”.

– Ty chyba żartujesz? Przecież pomagałeś mu całe lata. Jeździłeś do niego co niedziela, woziłeś na badania, remontowałeś mieszkanie!

Mąż wzruszył ramionami.

– Tak wyszło. Może sobie nie zasłużyłem.

Patrzyłam na niego i nie wiedziałam, co powiedzieć. W tym momencie wszedł nasz syn, cały ubrudzony czekoladą.

– Tato, a dziadek naprawdę nie zostawił ci żadnego skarbu?

Mąż tylko spojrzał na niego i uśmiechnął się blado.

– Nie, synku. Dziadek był bardzo oszczędny…

– To głupio – podsumował nasz syn. I wyszedł z kuchni.

– Widzisz? Nawet dziecko wie, kiedy coś jest niesprawiedliwe – rzuciłam przez zęby, nalewając sobie herbaty. – I co teraz?

Mąż tylko pokręcił głową.

Byłam zniesmaczona

Następnego dnia rano atmosfera w domu była ciężka. Mąż snuł się po kuchni, zaglądał w lodówkę, zamykał ją bez słowa i znowu siadał przy stole, gapiąc się w okno, jakby miał tam zobaczyć odpowiedzi na wszystkie pytania.

Dzwoniła twoja siostra – powiedziałam niby od niechcenia, choć czułam, że ta rozmowa nie będzie łatwa. – Chce przyjechać na kawę.

Mąż przewrócił oczami.

– Po co? Żeby pochwalić się, ile dostała?

– Zapewne. Przecież cała twoja rodzina uwielbia pokazywać, kto ma lepiej – odparłam z przekąsem. – Może i ja jej w końcu powiem, ile kosztował twój garnitur na pogrzeb.

Ledwo skończyłam zdanie, już dzwonek do drzwi. Otworzyłam i oczywiście – stała tam jego siostra, w nowym płaszczu, z uśmiechem godnym Miss Powiatu.

– Cześć, kochani! – wparowała do salonu, zostawiając za sobą zapach perfum, od których bolała mnie głowa. – No, jak się trzymacie?

– Normalnie – odpowiedział mąż, nawet na nią nie patrząc.

– Ja to wczoraj do trzeciej w nocy nie mogłam zasnąć, tak się wzruszyłam. Tata był cudownym człowiekiem. I taki sprawiedliwy… Każdy dostał, co powinien. No i wszystko załatwione na tip-top.

Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem.

– Ty, brat, to chyba już przywykłeś do tego, że zawsze sam sobie musisz radzić, co? – powiedziała nagle, z tym swoim słodkim głosikiem.

Mąż podniósł głowę i spojrzał na nią spokojnie.

– Jakoś mnie życie nauczyło, że na cudzą pomoc nie ma co liczyć.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż ona wyciągnęła kopertę i rzuciła na stół.

To od taty. Chciał, żebyś miał coś na pamiątkę.

Mąż otworzył kopertę, wyjął ze środka stare zdjęcie i pokwitowanie za ubezpieczenie auta sprzed dziesięciu lat.

– Wzruszające – mruknęłam pod nosem. – Naprawdę, rodzinna fortuna.

Rosła we mnie złość

Godzinę później siedziałam z mężem przy stole, patrząc na to nieszczęsne zdjęcie. Cisza była aż gęsta. Wiedziałam, że coś w nim wrze, choć próbował udawać, że wszystko go bawi.

– Wiesz co? – odezwałam się w końcu. – Twój ojciec mógłby ci samochód zostawić. Albo ten jego zegarek, co wiecznie mówił, że to „rodzinna pamiątka”.

– Zegarek?! – parsknął mąż. – Raz miał być dla mnie, raz dla brata, a w końcu zabrała go matka, bo „przecież nie będzie się marnował”.

– W sumie co ci z zegarka – rzuciłam, próbując go rozruszać. – I tak zawsze się spóźniasz.

Uśmiechnął się blado, ale po chwili znowu spoważniał.

– Wiesz, co mnie najbardziej boli? – zapytał cicho. – Że cała rodzina uważa, że nic mi się nie należało tylko dlatego, że byłem najstarszy. A prawda jest taka, że zawsze byłem od czarnej roboty. Tata potrafił zadzwonić o siódmej rano w sobotę: „Przyjedź, bo cieknie mi kran”. I ja jechałem, bo przecież jak się odmówi, to potem całe życie będą wypominać.

– No właśnie. Jesteś za dobry. Za porządny. – Skrzyżowałam ręce, czując, jak rośnie we mnie złość na całą jego rodzinę. – A teraz co masz z tego?

Nie zdążył odpowiedzieć, bo rozległo się pukanie do drzwi. Spojrzałam przez wizjer – na progu stał jego brat.

– No to pięknie – mruknęłam. – Ciekawe, co tym razem chce pochwalić się nowym samochodem?

Wpuściłam go do środka, zerkając na męża. Szwagier od razu przeszedł do rzeczy.

– Słuchaj, stary, mam taki temat… Może byśmy się dogadali, bo teraz trochę gotówki mam, a widzę, że ty ostatnio raczej pod kreską?

Mąż spojrzał na mnie, potem na brata.

– Aha. I co, chcesz mi pożyczyć pieniądze, żeby mi potem wypominać, jak tata?

– Oj nie przesadzaj, przecież jesteśmy rodziną – rzucił jego brat z szerokim uśmiechem.

Spojrzałam na obu, a potem sięgnęłam po kubek z kawą. Czułam, że ta rozmowa dopiero się rozkręca.

Nie mogłam tego słuchać

Nie wiem, czy jest coś gorszego niż patrzeć, jak szwagier wyciąga z portfela plik banknotów i układa je ostentacyjnie na stole, jakby w ten sposób chciał kupić cały twój smutek. Patrzyłam na to przedstawienie z kwaśną miną, bo znałam już te jego numery.

– No i co, po ile teraz rodzina stoi? – rzuciłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Szwagier spojrzał na mnie z udawaną troską.

– Ty się nie śmiej, bo można dobrze ulokować pieniądze. Trzeba tylko mieć łeb na karku i nie dać się wyrolować. – Po czym popatrzył na męża. – No powiedz, co zamierzasz teraz robić? Bez spadku, bez mieszkania po ojcu, bez… no wiesz.

Mąż się skrzywił, jakby połknął cytrynę.

– Zamierzam żyć tak jak dotąd, czyli pracować, odkładać i nie liczyć na cudzą łaskę. Przynajmniej wiem, na czym stoję.

– Oj, nie rób z siebie męczennika – zaśmiał się brat, obracając w palcach złoty łańcuszek. – Tata zawsze powtarzał, że jak ktoś nie potrafi sobie radzić, to sam jest sobie winien.

Nie mogłam już tego słuchać.

– O, cudownie, filozofia rodem z poradnika dla egoistów. A powiedz, jak ty byś się czuł, gdybyś po tylu latach pomocy ojcu dostał w spadku kopertę ze zdjęciem i starym rachunkiem?

Szwagier spojrzał na mnie i uśmiechnął się głupkowato, ale przynajmniej na chwilę zamilkł.

Po co się rozczulać, co było, to było. Słuchaj – zwrócił się znowu do męża – jakbyś chciał pożyczyć parę złotych, to wiesz, gdzie mnie szukać. Bez żadnych odsetek… na rodzinę zawsze można liczyć.

– Dzięki – odpowiedział mój mąż, patrząc gdzieś ponad jego głową. – Dam sobie radę. Wiesz, zawsze byłem dobry w radzeniu sobie bez niczyjej pomocy.

Brat znowu się zaśmiał, rzucił jeszcze kilka złotych uwag o tym, jak dobrze mu się powodzi, i wyszedł.

Po co on w ogóle tu przyszedł? – zapytałam, zamykając drzwi. – Żeby ci przypomnieć, że jesteś „gorszy”?

Mąż tylko wzruszył ramionami. Było w tym coś smutnego, ale i trochę… dumy.

– Cóż, może właśnie o to chodziło – powiedział cicho. – Może zawsze chodziło tylko o to.

Wieczorem, kiedy dzieci już spały, a ja zmywałam ostatnie naczynia, mąż przysiadł się do mnie w kuchni. Trzymał w ręku tę nieszczęsną kopertę.

– Może trzeba to wszystko po prostu zostawić, co? – rzuciłam, wycierając ręce w ręcznik. – Przeszłość, rodzinę, te ich chore zasady.

Mąż milczał chwilę, patrzył w blat stołu, jakby szukał tam odpowiedzi.

– Myślisz, że ja o tym nie myślałem? Wiesz, co jest najgorsze? Że nawet jak się starasz być lepszy, uczciwszy, oddany, to i tak na końcu zostajesz z niczym. A wszyscy wokół udają, że to normalne.

Usiadłam naprzeciwko, popijając zimną herbatę.

– Normalne? To chyba tylko u was w rodzinie. Mój ojciec mówił zawsze: „Jak masz dwie ręce i rozum, to nie musisz się nikomu kłaniać”. I miał rację, bo nigdy na nikogo nie liczył, a jednak wszyscy go szanowali.

Mąż uśmiechnął się z lekką ironią.

– A widzisz, mój ojciec wolał zostawić mi rachunek za ubezpieczenie. Może to jego sposób na pokazanie, że byłem tylko kosztem?

Przez chwilę patrzyłam na niego w ciszy.

On po prostu cię nie docenił – bo byłeś jedynym, który mu się nigdy nie podlizywał.

Mąż spojrzał na mnie z jakimś dziwnym ciepłem.

– Wiesz, chyba pierwszy raz naprawdę się cieszę, że mam was, rodzinę, a nie tę ich fortunę.

Zaśmiałam się.

– No, wiesz, z fortuną byłoby łatwiej się cieszyć, ale doceniam komplement. Może, zamiast myśleć spadku, powinniśmy wybrać nową kanapę, co? Ta już chyba pamięta twój pierwszy warkot na teścia.

– Umowa stoi – odpowiedział i pierwszy przytulił mnie.

A potem usiedliśmy razem na tej starej, skrzypiącej kanapie i przez moment wszystko było na swoim miejscu – bez spadku, bez żalu, bez wielkich słów.

Zrozumiałam, co jest ważne

O dziwo, życie wróciło do normy szybciej, niż się spodziewałam. Rodzina męża oczywiście nie zawiodła – jeszcze przez długie tygodnie dostawaliśmy telefony i wiadomości o tym, jak to świetnie im się powodzi dzięki hojności ojca. Teściowa zadzwoniła nawet, żeby pochwalić się nowymi zasłonami, jakby to było wyznacznikiem sukcesu życiowego.

– No, dzieci się cieszą, że mogą w końcu zrobić remont – perorowała przez telefon, a ja słuchałam jej, popijając kawę. – A wy? Co u was? Słyszałam, że Piotr znowu dostał awans?

– Tak, tak, wszystko w porządku – odpowiedziałam, udając entuzjazm, bo przecież nie zamierzałam się żalić.

– No, to dobrze. Najważniejsze to nie zazdrościć – dorzuciła z przekąsem. – Twój mąż zawsze taki był, niezależny… Może nawet za bardzo. Może dlatego ojciec uznał, że nie potrzebuje pieniędzy.

Po rozmowie weszłam do salonu, gdzie mąż właśnie montował nowe półki.

– Twoja mama znowu prawi kazania – powiedziałam, kręcąc głową. – Tym razem o tym, że szczęście nie leży w pieniądzach.

Mąż spojrzał na mnie, wciąż trzymając śrubokręt.

– Dziwne, jakoś nigdy nie zauważyłem, żeby wzgardziła choćby złotówką. – Uśmiechnął się z tym swoim przekornym błyskiem w oku. – Wiesz co? Może to i dobrze, że nie musimy z nimi o nic walczyć. Przynajmniej mamy święty spokój.

Usiadłam obok, opierając głowę o jego ramię.

– Wiesz, gdybym mogła wybierać jeszcze raz, wybrałabym nasze życie. Bez żadnych spadków, fortun, cudzych zegarków. Bo przynajmniej wiem, że zawsze łączy nas coś więcej niż pieniądze.

Mąż spojrzał na mnie z błyskiem w ok.

– Czyli jednak coś w życiu wygrałem. Może nie majątek, ale… ciebie. To się liczy.

Roześmiałam się.

– Z tym się nie kłóć. W końcu ja tu jestem największym skarbem tej rodziny.

I wtedy naprawdę poczułam, że tak jest. Nawet jeśli świat czasem próbuje wmówić, że szczęście to suma zer na koncie – czasem wystarczy skrzypiąca kanapa i ktoś, z kim można na niej usiąść.

Monika, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama