atoms.adSlot.adLabel

Sanatorium wybrałem sam. Bez sugestii lekarza, bez nagabywania rodziny. Uznałem, że po sześćdziesiątce człowiek powinien czasem sam zdecydować, co dla niego dobre – a dla mnie dobre było zniknięcie z domu na trzy tygodnie. Potrzebowałem odmiany. Może nie jakiejś radykalnej, nie z kategorii „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”, ale przynajmniej na tyle konkretnej, by nie słyszeć już, jak sąsiad piłą przecina gałęzie, a wnuki rozrzucają klocki.

Z początku wszystko przebiegało zgodnie z przewidywaniami. Nudne śniadania, jeszcze nudniejsze zabiegi, wieczorne wykłady o profilaktyce. Towarzystwo zróżnicowane – od narzekających emerytek po panów, którzy najwyraźniej pomylili sanatorium z klubem towarzyskim. Wśród nich ja – człowiek, który naprawdę chciał tylko odrobiny ciszy i łagodnych spacerów bez towarzystwa.

Tylko że cisza nie przyszła. Nie z takim współlokatorem. Pierwszej nocy myślałem, że ktoś uruchomił w korytarzu jakiś sprzęt ogrodniczy. Drugiej – że mam halucynacje dźwiękowe. Trzeciej – już wiedziałem. Mój współlokator nie oddychał, on warkotał jak traktor. Chrapał z takim rozmachem, że noc przypominała pole bitwy. Byłem bliski rezygnacji, kiedy spotkałem ją. Jadzię. A właściwie – to ona odezwała się pierwsza. I od tamtej chwili wszystko, co wydawało się przewidywalne i mdłe, przestało takie być.

Nawet zatyczki do uszu nie dawały rady

Trzecia noc pod rząd, a ja znów przewracałem się z boku na bok jak karp w wannie przed Wigilią. Mój współlokator, starszy pan z łysiną jak lotnisko i brzuchem, który działał jak pudło rezonansowe, chrapał bez przerwy. Nie takim tam zwykłym „chr… chr…”, tylko pełnym wachlarzem dźwięków – od szlifierki po ruszający traktor. Nawet zatyczki nie dawały rady. Słyszałem go nie tylko uszami, ale i przez kości.

Rano wyglądałem jak męczennik, a nie kuracjusz. W stołówce usiadłem na swoim miejscu, ledwo trafiając łyżką w miskę z czymś, co chyba miało być owsianką. Z lewej odezwał się głos, kobiecy, lekko zachrypnięty:

– Wyglądasz, jakbyś właśnie przegrał bój z nocą.

Uniosłem wzrok. Siedziała tam ona. Jadwiga, jak się później przedstawiła. Oczy ciemne, włosy w nieładzie, ale z miną, która mówiła, że już zna takich jak ja.

– Przegrałem. Z traktorem. Chrapie mi w pokoju. I nie przestaje, nawet jak go szturcham.

– A próbowałeś ucieczki?

Własny pokój? Nie ma szans. Mówią, że wszystko zajęte.

– A ja ci powiem coś ciekawego – mruknęła, pochylając się lekko. – Moje łóżko jest wolne. Jest duże. Pokój jednoosobowy, cisza, żadnych nocnych koncertów.

Spojrzałem na nią uważnie. Była może pięć lat młodsza ode mnie, ale w oczach miała coś młodszego niż metryka.

– I ty tak po prostu proponujesz mi nocleg?

– Proponuję ci spokojny sen. Reszta to już twoja decyzja.

Zamilkłem. Nie wiedziałem jeszcze, co odpowiedzieć. Ale już wtedy czułem, że ta rozmowa się tak nie skończy.

Propozycja nadal aktualna

Spotkałem ją znów następnego popołudnia, kiedy wracałem z okładu borowinowego, pachnący jak pole torfu. Stała na mojej tarasie, oparta o barierkę, z papierosem w dłoni. Na nosie miała okulary przeciwsłoneczne, mimo że słońce ledwo przebijało się przez chmury.

– Jak tam sen? – zapytała, nie patrząc na mnie.

– Jeszcze jedno takie chrapanie i sam się zgłoszę na badania słuchu. – Przysiadłem na ławce obok. – Twój pokój dalej wolny?

– A co? Zdecydowałeś się na nocleg?

– Rozważam. Ale najpierw muszę wiedzieć, czy nie wciągasz ludzi do pokoju, żeby potem coś im zabrać.

Zaśmiała się głośno.

– A twoje łóżko? Naprawdę takie spokojne? – dodałem.

– Cisza, przewietrzone, miękka poduszka. Możesz nawet sam sobie ustawić temperaturę kaloryfera.

– A ty co z tego masz?

– Satysfakcję, że ktoś się wyśpi dzięki mnie. I może trochę towarzystwa wieczorem. Nie lubię tych wszystkich sanatoryjnych tańców – wolę rozmowy.

Spojrzałem na nią podejrzliwie.

– Masz jakąś listę zasad?

– Jedno: jak przyjdziesz, nie rób z tego wydarzenia życiowej zmiany. To tylko nocleg. Bez romantyzmu.

Skinąłem głową.

To brzmi prawie jak kontrakt. Krótki, przejrzysty, bez drobnego druczku.

– W sam raz dla takich jak my – mruknęła i zgasiła papierosa.

Tego wieczoru długo krążyłem po korytarzach. Do swojego pokoju wróciłem niechętnie. Chrapanie już czekało.

Jakby czekała...

Zebrałem się dopiero piątej nocy. Wpakowałem piżamę do reklamówki po sklepie spożywczym i wyszedłem z pokoju, zanim mój współlokator zdążył się rozkręcić. Przed drzwiami jej pokoju zawahałem się może pół minuty. Potem zapukałem, krótko, dwa razy. Otworzyła natychmiast, jakby czekała.

– No proszę, a jednak – powiedziała, opierając się o framugę.

– Masz jeszcze to spokojne łóżko?

– Zawsze. Wchodź, zanim ktoś nas zobaczy i dołoży ci łatkę rozbijacza małżeństw.

Pokój pachniał lawendą i był ciepły, inaczej niż mój, w którym kaloryfer chyba brał urlop. Wszystko było poukładane, ale bez przesady – książka na nocnej szafce, filiżanka po herbacie, cienki szlafrok przewieszony przez oparcie krzesła.

Leżysz po tej stronie – powiedziała, wskazując stronę przy ścianie. – Ja śpię przy oknie. Przynajmniej nie będziesz mógł uciec bez pożegnania.

Położyłem się ostrożnie, jakby to łóżko miało ocenić, czy jestem godny.

– Nie jesteś spięty jak na pierwszą noc w cudzym łóżku?

– Jestem zmęczony jak po tygodniu pracy w kopalni. To inne spięcie.

– No to masz szczęście – powiedziała, gasząc lampkę.

Zapadła cisza. Prawdziwa. Niebo za oknem było czarne, a po chwili wszystko ucichło – nie tylko pokój, ale też moje myśli.

– Dzięki – mruknąłem cicho w ciemności.

– Nie przyzwyczajaj się – odpowiedziała jeszcze ciszej. – To nie hotel z opcją śniadania do łóżka.

Uśmiechnąłem się, zamykając oczy. I pierwszy raz od przyjazdu zasnąłem w ciągu minuty.

Wychodziłem rankiem jak nastolatek

Zostałem. Nie na jedną noc, nie na dwie. Codziennie wracałem do jej pokoju po kolacji i każdego ranka wychodziłem przed śniadaniem, jak nastolatek z domu dziewczyny, której rodzice nie wiedzą, że ktoś spał w salonie. Nikt nic nie mówił, choć spojrzenia niektórych kobiet na korytarzu były bardziej wymowne niż niejedno kazanie.

Ona zdawała się tym bawić. Zwłaszcza podczas wspólnych posiłków, kiedy z premedytacją nie siadała koło mnie, tylko dwa stoliki dalej, i mrugała z rozbawieniem, jakbyśmy grali w jakąś grę.

– Wiesz, że dziś jedna z tych z rehabilitacji spytała mnie, czy ty jesteś tym uciekinierem z „głośnego pokoju”? – zagadnęła wieczorem, kiedy wchodziłem z kubkiem herbaty.

– I co jej odpowiedziałaś?

– Że nic mi o tym niewiadomo – roześmiała się, zadowolona z siebie.

Usiadłem na łóżku, zrzucając kapcie.

– Ty się dobrze bawisz w tej sytuacji, prawda?

– Bawię się dobrze ogólnie. Od lat nikt mnie tak nie rozbawił jak ty tym swoim zmęczonym spojrzeniem.

– No to miło. A ja z kolei zapomniałem już, że można tak szybko zasnąć.

– Tylko nie przywiązuj się za bardzo – powiedziała, odkładając książkę. – To nie romans. To... sanatoryjna umowa o wspólnym używaniu łóżka.

– Bez zobowiązań, tak?

– Bez łez, bez kwiatów, bez wspólnych zdjęć na pamiątkę. Po prostu – ty śpisz, ja śpię i oboje mamy spokój.

– A jak się skończy turnus?

Wzruszyła ramionami.

– Każde wraca do swojej codzienności.

Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Nie przez chrapanie. Przez ciszę, która nagle zaczęła wydawać się podejrzanie komfortowa i której chciałem więcej.

Ostatnia noc

Został tydzień do końca turnusu, kiedy wszystko zaczęło się rozłazić w szwach. Przestała otwierać drzwi od razu. Przestała żartować przy kolacji. Kiedy zapytałem, czy coś się stało, wzruszyła ramionami i powiedziała tylko, że „zmienia się pogoda”. A przecież nie padało.

Pewnego wieczoru zapukałem jak zwykle. Czekałem dłużej niż zwykle, aż w końcu drzwi się uchyliły.

– Coś nie tak? – zapytałem, czując ten znajomy ciężar w żołądku.

– Wejdź, ale nie zdejmuj kapci – rzuciła z przekąsem, wracając na łóżko.

Usiadłem niepewnie na krześle. W pokoju pachniało inaczej. Jakby zniknęła lawenda, a pojawiła się decyzja.

– Mów – powiedziałem w końcu.

– Myślałam, że będzie inaczej – odparła, nie patrząc na mnie. – Że to będzie proste.

– Przepraszam, że chrapię inaczej niż obiecywałem?

– Nie żartuj teraz. Po prostu… miałam nadzieję, że to będzie lekki flirt, trochę ciepła w zimny czas. A ty… ty tu zostałeś.

– Nie tylko ja. Ty też mnie wpuściłaś.

– Bo byłam ciekawa. A teraz jestem zmęczona.

– Mną?

– Nie. Tym, że zrobiło się z tego coś, czego nie chcę. Czuję, że zaraz padnie jakieś „a może byśmy tak…”, a ja nie mam już siły na nic na dłużej.

– To powiedz to wprost.

– Dziś ostatnia noc. Potem wrócisz do swojego traktora. A ja do książek.

Wstałem powoli. Nie rzuciłem żadnym dramatycznym tekstem. Wyszedłem bez słowa, tylko drzwi zamknąłem cicho, bez trzasku. I pierwszy raz od dawna naprawdę nie wiedziałem, gdzie mam pójść.

Nie wróciłem już do jej pokoju

Ostatnie dni turnusu ciągnęły się jak serial, w którym zna się zakończenie, ale i tak ogląda się do końca. Nie wróciłem już do jej pokoju. Mój współlokator wciąż chrapał, może nawet głośniej, jakby wyczuwał moją porażkę. Nie miałem już siły protestować. Spałem w krótkich drzemkach, z głową pod poduszką i wspomnieniem ciszy, która okazała się bardziej ryzykowna niż hałas.

Ona zachowywała się tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Mijała mnie na korytarzu z lekkim skinieniem głowy, czasem rzuciła półuśmiech, który był raczej grzecznościowy niż prawdziwy. Na stołówce usiadła jak zwykle – dwa stoliki dalej. Jakbyśmy znów byli dwojgiem obcych ludzi.

W dzień wyjazdu stałem przy recepcji, czekając na swój autobus. Pojawiła się nagle, z walizką i szalikiem, który znałem z tych spokojnych nocy.

– Nie pożegnasz się? – zapytała.

– A wypada?

– Wypada. Nawet po sanatoryjnym dzieleniu łóżka. – Uśmiechnęła się delikatnie. – I tak ci dziękuję.

– Za co?

– Za to, że przypomniałeś mi, jak to jest, kiedy komuś zależy.

– A ty mi przypomniałaś, jak to jest, kiedy komuś nie zależy aż za bardzo.

– I bardzo dobrze – odpowiedziała. – Bo gdyby zależało, to byłby problem.

– To co teraz?

Teraz jedziemy w swoje strony. I nie szukamy siebie nawzajem.

Skinąłem głową. Patrzyłem, jak wsiada do busa, jak znika za zakrętem, jak jej postać staje się tylko wspomnieniem z katalogu uzdrowiskowych epizodów. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś ją zobaczę. Ale wiem, że przez chwilę spałem w ciszy, której sam bym sobie nie odważył się zaproponować.

Tobiasz, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel