Reklama

Nie wiem, gdzie popełniłam błąd. A może wiem, tylko nie chcę się do tego przyznać – nawet sama przed sobą. Przez całe życie powtarzałam sobie, że robię wszystko, co w mojej mocy, żeby wychować dzieci na porządnych ludzi. Takich, co wstaną rano, umyją zęby, robią kawę i ruszą do pracy, a nie siedzą z nogami na kanapie i debatują, kto kogo zabił w czwartym odcinku jakiegoś skandynawskiego serialu. Zawsze miałam zasady, choć nie byłam surowa. Moje dzieci miały wszystko: ciepły dom, obiady na czas i matkę, która brała nadgodziny, żeby na wakacje starczyło. Chciałam, żeby zrozumiały, że pieniądze nie rosną na drzewach, tylko trzeba się o nie napracować. I że nikt nie będzie cię głaskał po głowie, jeśli siedzisz bezczynnie. A teraz? Teraz muszę ugryźć się w język, żeby nie rzucić złośliwości, kiedy słyszę: „Zaraz, jeszcze tylko dokończę odcinek”. Wstyd się przyznać znajomym. Jeszcze pomyślą, że to moja wina. Może mają rację?

Odpowiedziało mi westchnięcie

– Wstawaj – powiedziałam, wchodząc do pokoju. – Jest dziesiąta.

– Mamo, przecież mam wolne – wymamrotała spod kołdry.

– Wolne? Od czego niby? Od nicnierobienia? – zapytałam z przekąsem.

Odpowiedziało mi tylko westchnięcie. Stałam przez chwilę w drzwiach, obserwując, jak przewraca się na drugi bok. Zasłony wciąż zaciągnięte, na biurku kubek po wczorajszej herbacie, a na łóżku – ona. Dorosła kobieta. Moja córka. Dwudziestopięcioletnia amatorka skandynawskich kryminałów i mistrzyni w udawaniu, że „jeszcze się zastanawia, co chce robić w życiu”.

– Planowałaś coś dzisiaj w ogóle? – spytałam, siadając na krześle obok. – Jakąś rozmowę o pracę, może?

– Wczoraj przeglądałam ogłoszenia – mruknęła, nie otwierając oczu.

– I co, zmęczyłaś się od tego przeglądania, że musisz odsypiać do południa?

Znowu zaczynasz?

– Bo ile można? Inni w twoim wieku są po studiach, pracują, zakładają rodziny. A ty? Ty znów siedzisz cały dzień w piżamie i analizujesz morderstwo z jakiegoś serialu.

– To był świetny odcinek, wiesz? Ten inspektor z Malmö... – zaczęła, ożywiona.

– Wiesz, co byłoby świetne? Gdybyś wyszła z domu. Do ludzi, do pracy.

Wtedy usiadła. Popatrzyła na mnie tak, jakby pierwszy raz naprawdę mnie słuchała.

– A może ja po prostu nie wiem, kim chcę być? – powiedziała cicho. – Może nie chcę być taka jak ty.

Zatkało mnie.

Wiedziałam, że przesadziłam

Zaparzyłam sobie kawę i siadłam przy kuchennym stole, ale zamiast ją wypić, wpatrywałam się w parę unoszącą się znad kubka. „Może nie chcę być taka jak ty” – wciąż dźwięczało mi w uszach. Włożyłam w nią całe życie. A teraz dowiaduję się, że to był błąd?

– O co ci chodziło z tym „taka jak ty”? – zapytałam, gdy córka przyszła do kuchni, nadal w piżamie, z rozwichrzonym koczkiem i telefonem w ręce.

– Oj, mamo… nie dramatyzuj – westchnęła, nalewając sobie mleka. – Chodziło mi o to, że ty całe życie tylko praca, obowiązki, rachunki, zakupy, sprzątanie, znowu praca… Nigdy nie robiłaś nic dla siebie.

– A niby co ja miałam robić? Zająć się origami w przerwach między zmianami w sklepie?

– Można było coś zmienić – odparła spokojnie. – Nie trzeba żyć tak, jak wszyscy każą. Nie chcę skończyć ze zmęczeniem wypisanym na twarzy. Jak ty.

Poczułam, że zaraz trzasnę kubkiem o blat.

– Ty w ogóle masz pojęcie, jak się żyje? Jak wygląda rachunek za prąd? Co to znaczy być zmęczonym nie serialem, tylko próbą utrzymania się na powierzchni?

– Mamo, ja cię nie atakuję. Po prostu nie chcę tak żyć. Szukam innej drogi.

– No to szukaj – syknęłam. – Tylko szkoda, że twoje „szukanie” to leżenie na kanapie i przeglądanie internetu.

Milczała. Wiedziałam, że przesadziłam.

Chciałam ją zrozumieć

Wieczorem usłyszałam, jak skrada się do kuchni. Myślała, że śpię. Stałam w ciemnym korytarzu i patrzyłam, jak otwiera lodówkę i wyjada ser żółty prosto z opakowania.

– Rozmowy o przyszłości ci nie wychodzą, ale podjadanie masz opanowane do perfekcji – rzuciłam złośliwie.

Podskoczyła jak oparzona.

– Matko, przestraszyłaś mnie! – jęknęła. – Czemu się tak skradasz?

– A czemu ty jesz po ciemku jak włamywacz?

Usiadła przy stole z talerzem i popatrzyła na mnie spod oka.

– Wiem, że nie masz o mnie najlepszego zdania – powiedziała cicho. – Może na to zasłużyłam.

Usiadłam naprzeciwko niej. Zmęczona. Już nie zła, tylko zmęczona.

– Chciałabym mieć po prostu poczucie, że coś próbujesz. Cokolwiek. Że nie tylko siedzisz i narzekasz, że świat cię nie rozumie.

– A może ty mnie nie rozumiesz? – odparła. – Cały czas porównujesz mnie do siebie. Albo do innych dzieci znajomych. A ja nie chcę być kimś, kim nie jestem.

– No dobrze – westchnęłam. – To powiedz mi, kim jesteś. Co byś chciała robić, tak naprawdę?

– Może pisać? Albo tłumaczyć... – wzruszyła ramionami. – Lubię języki. Przez te seriale całkiem dobrze rozumiem po szwedzku.

Parsknęłam.

– Czyli jednak coś więcej niż morderstwa z Malmö?

– Wbrew pozorom człowiek się uczy, nawet jak ogląda – odpowiedziała, uśmiechając się lekko. – Przynajmniej ja.

Pierwszy raz od dawna nie chciałam jej zgasić ripostą.

Uniosłam brwi ze zdziwienia

Dwa dni później zastałam ją przy komputerze. Pochylona, w dresie, z kubkiem kawy obok. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że miała otwartą zakładkę z ofertami pracy. I coś pisała.

– Co robisz? – spytałam ostrożnie, opierając się o framugę.

Piszę list motywacyjny – burknęła, nie odwracając się.

– Gdzie aplikujesz?

– Do biura tłumaczeń. Szukają kogoś do pracy zdalnej, przy przekładach scenariuszy. Z angielskiego i szwedzkiego.

Uniosłam brwi ze zdziwienia.

Szwedzkiego?

– Mówiłam ci, że się uczę. Sama. Od ponad roku. Są seriale z napisami, są słowniki online, są kursy.

– A czemu nic nie mówiłaś?

– Bo i tak byś skwitowała, że marnuję czas. Więc wolałam milczeć, dopóki coś z tego nie wyniknie.

Podeszłam bliżej i zerknęłam na ekran. Faktycznie – ładnie sformułowane zdania, bez błędów, całkiem sensownie.

Pomóc ci coś poprawić? – zapytałam niepewnie.

Spojrzała na mnie. Przez sekundę miałam wrażenie, że zaraz się roześmieje, ale tylko skinęła głową.

Możesz rzucić okiem. Tylko nie jak „pani od polskiego”, dobra?

– Postaram się – odpowiedziałam i usiadłam obok.

Przez chwilę było między nami zaskakująco normalnie. Jakbym siedziała obok kogoś dorosłego, a nie mojej wiecznie oburzonej córki.

A jak cię nie przyjmą? – zapytałam po chwili.

– To trudno. Spróbuję gdzieś indziej. Po prostu już mam dość siedzenia w miejscu.

Pierwszy raz od dawna miałam ochotę powiedzieć: „Jestem z ciebie dumna”.

Zaskoczyła mnie

Kilka dni później znalazłam ją w salonie, siedzącą w tej samej pozycji co zwykle – z kocem, laptopem i kubkiem herbaty. Niby to samo, ale coś było inaczej. Nie gapiła się w ekran bezmyślnie. Pisała. Skupiona, z zaciśniętymi ustami. Podkradłam się bezszelestnie.

– Co tam? – zapytałam.

Zatrzasnęła laptopa tak gwałtownie, że aż herbata się rozlała.

Nic! – pisnęła nerwowo. – Znaczy... piszę. Artykuł. Bloga.

– Masz bloga?

– Od tygodnia – przyznała niechętnie. – Piszę o tłumaczeniach, o językach, czasem o serialach. Wrzuciłam też tekst o tym, jak szwedzki kryminał może pomóc w nauce gramatyki.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– No proszę, czyli nie zmarnowały się te wszystkie godziny na kanapie.

– Wiesz, to wcale nie tak, że nie robiłam nic. Po prostu nienawidziłam myśli o etacie w biurze, o garniturze i słuchawce na uchu. A wszyscy wokół mówili, że jak nie mam pracy, to znaczy, że jestem leniwa. Nawet ty.

– Może dlatego, że bałam się, że ci się nie uda. Albo, że nigdy nie ruszysz z miejsca.

– A może dlatego, że ty sama nigdy nie mogłaś wybrać.

Zamilkłam. Trafiła.

– I jak ci idzie z tym blogiem?

– Mam już pięć tekstów. Jeden udostępniło jakieś małe wydawnictwo. Dostałam też wiadomość od kobiety, która chce ze mną pogadać o współpracy. Ma stronę z e-bookami. Może coś z tego będzie.

– A jak nie?

Wzruszyła ramionami.

– To trudno. Przynajmniej coś próbuję. Już nie tylko oglądam seriale. Chociaż dzisiaj wieczorem mam nowy odcinek... z napisami oczywiście.

I znowu się uśmiechnęła. Tak normalnie. Jakbyśmy znowu były po tej samej stronie.

Przytuliłam ją

Minął miesiąc. Moja córka dalej siedziała godzinami przed komputerem, piła hektolitry kawy i potrafiła przez pół dnia chodzić w piżamie. Różnica była taka, że teraz przynajmniej wiedziałam, co robi. I że robi to serio.

– Mamo, dostałam pierwsze zlecenie! – krzyknęła pewnego ranka, wpadając do kuchni z rozczochranymi włosami i uśmiechem do uszu.

– Tłumaczenie? – spytałam, odkładając ścierkę.

– Tak! Fragment książki. Dziesięć stron na próbę, a potem może całość. Jeśli się spodobam.

Przytuliłam ją, choć jeszcze chwilę wcześniej chciałam ją pogonić za niepozmywane talerze. Jakoś nie miałam już serca.

– No proszę. I kto by pomyślał, że z tej twojej serialowej pasji coś wyjdzie.

– Ty na pewno nie – rzuciła z uśmiechem.

– Racja. Myślałam, że wyhodowałam bumelantkę.

– Trochę wyhodowałaś – mrugnęła. – Ale z kreatywnym zacięciem.

Wtedy roześmiałyśmy się obie. Tego śmiechu brakowało mi najbardziej. Dziś wciąż nie wychodzi codziennie do pracy. Wciąż ogląda seriale. Ma bloga, współpracę, tłumaczenia i tabelkę, w której zapisuje każde zlecenie. Nadal nie wiem, czy to jest „prawdziwa praca”, ale widzę, że ona w końcu coś robi – dla siebie. Nie tak, jak ja bym zrobiła. Inaczej. Po swojemu. A ja? Staram się nie komentować. Czasem tylko pytam:

– Zabiła go żona czy kochanka?

– Mamo! – śmieje się. – Sprawdź sama, obejrzysz z napisami.

I włączamy razem.

Maria, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama