„Moja matka dzwoni do mnie tylko wtedy, gdy ma kłopoty. Mam dość bycia chłopcem na posyłki”
„Kiedy widziałem jej numer na ekranie, czułem ucisk w żołądku. To nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Albo chciała pożyczyć pieniądze, albo załatwić jakąś sprawę, albo wypłakać się, że świat jest przeciwko niej. Byłem jej całodobowym pogotowiem”.

- Redakcja
Od zawsze miałem wrażenie, że nie jestem jej synem, tylko... pracownikiem. Albo gorzej – ostatnią deską ratunku. Nigdy nie zapytała, co u mnie. Nigdy nie zadzwoniła, żeby po prostu pogadać, pośmiać się czy usłyszeć mój głos. Kiedy widziałem jej numer na ekranie, czułem ucisk w żołądku. To nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Albo chciała pożyczyć pieniądze, albo załatwić jakąś sprawę, albo wypłakać się, że świat jest przeciwko niej. Byłem jej całodobowym pogotowiem. Tylko że ja już nie mam siły. Mam swoje życie. Mam swoje problemy. A mimo to, gdy dzwoniła, odbierałem. Bo przecież to moja matka. Tylko czy ona o mnie też tak myślała?
Zacisnąłem zęby
Telefon zadzwonił tuż po dziewiątej. Spojrzałem na ekran – „mama”. Przez kilka sekund tylko patrzyłem, jakby ten telefon mógł sam zdecydować, czy go odbiorę. Westchnąłem i przesunąłem palcem.
– No cześć – rzuciłem bez entuzjazmu.
– Mateuszku, ty żyjesz! – zaczęła od razu dramatycznie. – Już myślałam, że ci się coś stało, bo się nie odzywasz.
– Mamo, ostatni raz rozmawialiśmy tydzień temu. I wtedy ty do mnie dzwoniłaś.
– No i co z tego? Matka musi się dopraszać, żeby syn zadzwonił? – nabrała tonu. – Wiesz, ile ja się o ciebie martwię?
– A może ty po prostu czegoś potrzebujesz? – zapytałem z przekąsem.
Zapadła chwila ciszy. Wiedziałem, że się skrzywiła. Takie pytanie zawsze ją wybijało z rytmu.
– Nieprawda – burknęła w końcu. – Ale skoro już pytasz… Mam mały problem. Wiesz, znowu ten stary samochód. Stanął mi na światłach, akurat jak wracałam z apteki. Zimno jest, a ja sama, bez pomocy...
– Mamo, mam dzisiaj spotkanie. I naprawdę nie mogę rzucić wszystkiego i biec ci na pomoc.
– No jasne. Zawsze jesteś taki zajęty – rzuciła z wyrzutem. – A ja? Twoja matka? To co mam teraz zrobić, umierać na mrozie?
Zacisnąłem zęby. Nie mogłem się nie odezwać.
– Może zadzwoń po pomoc drogową. Albo po wujka. Albo... po kogokolwiek innego, kto nie jest twoim chłopcem na posyłki.
Zapadła cisza. Groźna. Czekałem, aż wybuchnie.
Czułem się winny
– Chłopcem na posyłki?! – w końcu wybuchła. – Jak możesz tak mówić do własnej matki?! Ja cię wychowałam, Mateusz! Sama! Bez ojca!
– Wiem, mamo. Przypominasz mi to za każdym razem, jak czegoś chcesz.
– Jesteś niewdzięczny. Inni synowie pomagają swoim matkom, a ty? Ty tylko mi wypominasz, ile razy zadzwoniłam i z czym. Żałosne!
– A może inni synowie mają matki, które potrafią zapytać, co u nich? – parsknąłem. – Kiedy ostatni raz zapytałaś, czy jestem szczęśliwy? Czy wszystko u mnie dobrze?
– No przepraszam, że mam swoje problemy! Ty to masz tylko te swoje kawki z koleżankami i kino! A ja co? Żyję sama, nikomu niepotrzebna, samochód się psuje, sąsiadka donosi na mnie do wspólnoty, że niby śmieci wyrzucam nie do tego kubła, co trzeba!
– Mamo, błagam cię – jęknąłem, przecierając oczy. – Nie jestem twoim terapeutą. I nie muszę rozwiązywać każdego twojego kryzysu. Masz wokół siebie ludzi, ale zawsze dzwonisz do mnie.
– Bo tylko ciebie mam! – powiedziała już ciszej. – Myślałam, że chociaż ty nie odwrócisz się ode mnie.
Zamilkłem. Jak zwykle. Ten numer znałem na pamięć. Emocjonalny szantaż. Pojawiło się poczucie winy.
– Dobra – westchnąłem. – Gdzie stoisz?
– Na światłach przy tym markecie, co kiedyś był kiosk z zapiekankami. Pamiętasz?
– Pamiętam. Jadę.
Znowu przegrałem.
Zatkało mnie
Na miejscu byłem po dwudziestu minutach. Samochód stał na awaryjnych. Matka siedziała w środku w kurtce z futerkiem. Gdy tylko mnie zobaczyła, otworzyła drzwi.
– Wiedziałam, że przyjedziesz. Ty zawsze przyjeżdżasz.
– Wiesz, to nie jest komplement, mamo – mruknąłem, zaglądając pod maskę. – Co się dzieje?
– No jak to co? Przestał jechać. Zgasł. Kręci, ale nie odpala. Może akumulator?
– Raczej nie. Jak kręci, to znaczy, że ma prąd. Kiedy ostatnio go serwisowałaś?
– Mateusz, ja się nie znam na tych twoich mądrościach – machnęła ręką. – Po prostu napraw.
– A może zamiast „napraw” powiesz: „dziękuję, że przyjechałeś w sobotę rano, kiedy miałeś wolne”?
– No przecież wiem, że jesteś zmęczony… – zaczęła tonem jakby z przedszkola. – Tylko jakbyś był porządnym synem, to sam byś do mnie zadzwonił, zapytał, czy mi czegoś nie potrzeba.
– Mamo, ja nie jestem twoim mężem, sąsiadem ani Złotą Rączką. Jestem twoim synem. Od tego, żebyś pytała, co u mnie. Nie odwrotnie.
Zamilkła. Rzadko jej się to zdarzało. Stała obok, trzymając ten termos jak broń.
– Ja po prostu… nie wiem, jak być matką dorosłego syna – powiedziała cicho. – Gdy byłeś dzieckiem, wiedziałam, co robić. Teraz... jakoś nie ogarniam.
Pierwszy raz od dawna nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć.
Robiła mi wyrzuty
Staliśmy chwilę w milczeniu.
– To może... spróbuj się nauczyć – powiedziałem w końcu, trochę spokojniej. – Nie jestem już dzieciakiem. Mam swoje życie. Partnerkę, pracę, plany. Nie mogę być na każde twoje zawołanie.
– Myślisz, że mi łatwo? – zapytała. – Jak się przez dwadzieścia lat wszystko robiło samemu, to trudno potem odpuścić. Nagle oddać syna w świat. Jeszcze któraś mi cię zabierze...
– Nikt mnie nie zabrał – odparłem twardo. – Po prostu dorosłem. Ty też powinnaś mieć swoje życie.
– A co ty myślisz, że ja nie próbowałam? Umawiałam się z tym jednym, z tej strony randkowej. Co się okazało? Że ma dwie córki i szuka kucharki, a nie partnerki. A drugi? Nawet nie chciał zapłacić za herbatę! Więc już mi się odechciało.
– Może dlatego, że cały czas liczysz na mnie. Że jak coś pójdzie nie tak, to przyjadę i wszystko załatwię.
– Bo ty zawsze wszystko ogarniałeś – szepnęła. – Od małego. Byłeś rozsądniejszy niż ja. Nawet jako siedmiolatek potrafiłeś mnie pocieszyć, jak nie miałam na czynsz.
Zamarłem. Pamiętałem tamten dzień. Tamtego dnia usiadłem przy niej na wersalce i podałem rysunek z napisem „nie martw się, mamo, jesteśmy drużyną”.
– No właśnie. I nadal jestem częścią drużyny, ale nie jestem jej kapitanem. Nie teraz.
Spojrzała na mnie uważnie. Może pierwszy raz naprawdę słuchała.
Uśmiechnąłem się lekko
Usiadła z powrotem w samochodzie i westchnęła ciężko.
– A co, jak tej drużyny już nikt nie chce? – rzuciła bardziej do siebie niż do mnie. – Ojciec odszedł, zanim zdążyłam mu powiedzieć, że jestem w ciąży. Ty... odchodzisz inaczej. Kawałek po kawałku.
Oparłem się o drzwi i spojrzałem w niebo. Szaro. Beznadziejnie. Typowa sobota w tym mieście.
– Mamo, ja nie odchodzę. Tylko... chcę żyć swoim życiem. Nie jestem twoim życiowym planem B.
– A ja? Co mam robić? Pójść na jogę? – prychnęła. – Albo do klubu seniora? Przecież tam są same Grażyny, które zbierają znaczki i mówią o wnukach.
– To może znajdź coś, co cię naprawdę interesuje. Cokolwiek. Tylko przestań traktować mnie jak jedyny kontakt ze światem.
– Wiesz, że masz taką samą minę jak twój ojciec, kiedy chciał uniknąć kłótni? Taka zacięta, jakby cię wszystko bolało. Tyle że on od razu szedł do drzwi. Ty przynajmniej zostajesz.
– Wiesz co? – odpowiedziałem spokojnie. – Wezwijmy pomoc drogową. Nie zamierzam teraz grzebać w silniku. Nie jestem mechanikiem. Ani cudotwórcą.
Zadzwoniła bez słowa. Patrzyła przed siebie, jakby nagle zobaczyła coś więcej niż parking.
– Może zrobię kurs komputerowy. W urzędzie mówili, że są jakieś dla takich jak ja. Może... nauczę się maila wysyłać.
Uśmiechnąłem się lekko.
– To dopiero będzie szok. Moja matka pisząca do mnie maila.
– Lepiej niż SMS-y z błaganiem o pomoc, nie?
– Dużo lepiej.
Poczułem ulgę
Pomoc drogowa przyjechała po trzydziestu minutach. Mechanik był młody, wygadany, w skórzanych rękawiczkach i z miną człowieka, który widział już wszystko. Matka od razu przeszła w tryb „biednej wdowy”.
– I co, panie kochany, da się coś z tym zrobić? Bo mnie ten samochód do grobu wpędzi, a syn to już nawet patrzeć na niego nie chce...
Mechanik rzucił okiem pod maskę, pogmerał, coś przykręcił, coś stuknął. Po piętnastu minutach odpalił silnik i z dumą zamknął maskę.
– I po krzyku. Cewka zapłonowa. Zimno, wilgoć, zdarza się. Na razie będzie jeździć, ale niech pani podjedzie do warsztatu w tygodniu.
– Dziękuję, naprawdę! – ucieszyła się matka, patrząc na mnie z ukosa.
Ruszyła powoli, wystawiając rękę przez okno i machając mi jak dzieciakowi z kolonii. Patrzyłem za nią przez chwilę, aż zniknęła w ulicznym zgiełku. Telefon zadzwonił dwie godziny później. Magda.
– I co, twoja mama znów urządziła dramat?
– Tym razem raczej... krótkie kino familijne, ale chyba z nowym zakończeniem.
– To brzmi obiecująco.
– Sama nie wiem. Może w końcu oboje zrozumieliśmy, że nie jesteśmy sobie wszystkiego winni.
– I że nie musisz być jej superbohaterem?
– No. Od dziś mam nową rolę. Syn. Po prostu syn.
– W końcu – zaśmiała się Magda. – To co, idziemy dziś na to kino?
– Jak najbardziej. I tym razem... nie będę odbierał telefonu. Obiecuję.
Mateusz, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż był duszą towarzystwa, a teraz tylko siedzi w domu i narzeka. Nie chcę tracić kolejnych lat u boku tego zrzędy”
- „W Dzień Babci pojechałam odpocząć sama nad morzem. Rodzina ma pretensje, ale przecież w końcu to ma być moje święto”
- „Babcia krótko przed odejściem dała mi klucz do skrytki. Ukryła złoto, pieniądze i rodzinne tajemnice”