Reklama

Wyszłam za mąż zaledwie pół roku temu. Wszystko jeszcze pachniało nowością – obrączki błyszczały na palcach, a lodówka w nowym mieszkaniu była wciąż niemal pusta, jakbyśmy dopiero zaczynali układać wspólne życie. Patryk był moim przeciwieństwem – pełen energii, odważny, wiecznie w ruchu. Ja – cicha, spokojna, lubiąca planować. To on namówił mnie na podróż do Egiptu, choć panicznie bałam się wody. Śmiał się wtedy i obiecywał, że będzie mnie trzymał za rękę. Teraz został po nim tylko paszport i akt zgonu. A ja wciąż budzę się w nocy, z nadzieją, że to był tylko zły sen.

Reklama

Tak wyglądał początek końca

– Zobacz, Kamila! Błękit jak z katalogu! – Patryk wskazał na morze, zakładając maskę do nurkowania. – Musisz to zobaczyć z bliska, choćby raz! Obiecuję, że ci się spodoba.

– Ty wiesz, że ja i woda to średnio... – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem, splatając ramiona na piersi.

– Ale przecież mamy instruktora, będzie bezpiecznie! – przekonywał mnie, z tym swoim dziecinnym entuzjazmem. – No chociaż spróbuj!

Patryk zawsze był tym odważnym. Ja wolałam książki i bezpieczne spacery po plaży. On szukał adrenaliny, mówił, że życie jest za krótkie, żeby się bać. Więc zostałam na łodzi. Pocałował mnie szybko i zniknął w wodzie razem z instruktorem. Obserwowałam falującą taflę morza i czekałam, aż wynurzy się z tym swoim triumfalnym uśmiechem.

Zamiast tego wynurzył się tylko instruktor. Po chwili za nim – dwóch Egipcjan ciągnących bezwładne ciało Patryka. Jego ciało.

– Patryk! – wrzasnęłam, biegnąc na skraj łodzi. – Co się stało?! Co się dzieje?!

Instruktor coś mówił, gestykulował, ale ja nie rozumiałam ani słowa. Ktoś mnie złapał za ramię, odciągał, próbował uspokoić. Patryk leżał nieruchomo, z sinymi ustami i rozszerzonymi źrenicami. Ktoś zaczął reanimację. Ktoś inny dzwonił. Ja tylko patrzyłam, jak z mojego życia wycieka powietrze. On umarł. Jego ciało trafiło do chłodni. Konsul mówił coś o procedurach, dokumentach, przewozie zwłok. A ja tylko siedziałam na łóżku, wpatrzona w plecak Patryka. Jeszcze rano był w nim krem z filtrem i portfel. Teraz była cisza. Potworna, dławiąca cisza.

Powrót do Polski z trumną

– Proszę pani, potrzebujemy podpisu na tym formularzu. Potem jeszcze akt zgonu w dwóch egzemplarzach i wniosek o transport ciała – urzędnik konsularny mówił spokojnym, monotonnym tonem, jakby chodziło o zgubiony paszport, a nie o zwłoki mojego męża.

Kiwnęłam głową, nie mając siły protestować. Ręce mi się trzęsły, długopis wyślizgiwał się z palców. Wszystko było zbyt ciche, zbyt chłodne. Jakby ten świat nie należał już do mnie. Po kilku dniach wyruszyłam w drogę powrotną. Samolot opóźniony, bagaż specjalny. Nie byłam w stanie znieść spojrzeń ludzi na lotnisku, gdy szeptali za moimi plecami. „To ta z trumną...”. Czułam się, jakby to była moja wina. Jakby śmierć Patryka była czymś wstydliwym.

– Kamila? – głos Anity przez telefon był ciepły, ale nie potrafił mnie ogrzać. – Kochana, jesteś już w Polsce? Jak się trzymasz?

– Nie wiem... – wyszeptałam. – Mam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę.

– Przyjadę po ciebie. Nie będziesz sama, dobrze?

Ale byłam sama. Nawet kiedy trumna została przewieziona do zakładu pogrzebowego. Nawet kiedy media rozpisywały się o „tragedii młodego małżeństwa podczas egzotycznych wakacji”. Nikt z rodziny Patryka nie zadzwonił. Może obwiniali mnie. Może ja też się obwiniałam. Wieczorami przesiadywałam nad kartką papieru, próbując napisać mowę pogrzebową. Ale każde zdanie kończyło się łzami. Jak mówić o kimś, z kim dopiero co planowało się dzieci? Przywiozłam trumnę. Miał być magnes z piramid. Przywiozłam jego śmierć.

Winili mnie na jego śmierć

Kościół był przepełniony ciszą, która dudniła w uszach bardziej niż jakiekolwiek słowa. Siedziałam w pierwszej ławce, tuż obok urny z prochami Patryka, niezdolna oderwać wzroku od wygrawerowanego napisu. „Patryk N., 31 lat”. Tyle mu dano. Nam dano mniej. Rodzice Patryka weszli do kościoła ostatni. Matka, w czerni, teatralnie przyciskała chusteczkę do nosa, jakby grała w jakimś spektaklu o żałobie. Ojciec nie spojrzał na mnie nawet raz. Usiedli z boku, jak obcy. Jakby nie byli częścią tej samej historii.

Po mszy podeszłam do nich niepewnie.

– Dzień dobry... Przykro mi...

Matka Patryka spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła robaka.

– Przykro? – jej głos był ostry, pełen jadu. – Czemu mu pozwoliłaś nurkować? Czemu ty zostałaś na łodzi?!

Zamarłam. Ludzie stali wokół, niektórzy udawali, że nie słyszą.

– Ja... on chciał...

– To powinnaś była go zatrzymać! – przerwała mi. – Gdyby nie ty, Patryk by żył!

Nogi się pode mną ugięły. Wtedy podszedł Tomek, brat Patryka. Spojrzał na mnie z góry, bez uśmiechu.

Coś się nie klei w tej wersji wydarzeń.

– Co masz na myśli? – zapytałam drżącym głosem.

– Nie wiem. Ale dziwne to wszystko, nie sądzisz?

Kiedy odszedł, coś we mnie pękło. Zaczęłam się zastanawiać. Może to nie był tylko nieszczęśliwy wypadek. Może coś przede mną ukrywano. A może... może wcale nie znałam Patryka tak dobrze, jak myślałam.

Wróciłam na miejsce wypadku

– Kamila, błagam cię, nie rób tego – Anita siedziała na mojej kanapie z kubkiem herbaty, patrząc na mnie z troską. – Co ci to da? To nie wróci Patrykowi życia. Grzebanie w tym wszystkim tylko cię zrani.

– Ale ja muszę to zrozumieć – odpowiedziałam cicho. – Coś jest nie tak. Jego rodzice mnie nienawidzą, a instruktor... on był dziwny, Anita. Tak, jakby czegoś nie powiedział.

– To Egipt. Inny świat. A ty jesteś tam nikim. Przecież oni cię zignorują.

– Nie, jeśli będę zadawać właściwe pytania.

I z takim zamiarem wróciłam. Ten sam hotel. Te same upały, zapach przypraw, szum morza. Ale ja już nie byłam tą samą Kamilą. Teraz miałam twarz wdowy, której nikt nie rozpoznawał, ale wszyscy omijali. Znalazłam instruktora na plaży. Siedział sam, paląc papierosa.

Pamięta mnie pan? – zapytałam.

Podniósł wzrok. Zbladł.

– Pani mąż... bardzo mi przykro. To był wypadek.

– Czy na pewno? – usiadłam obok. – Bo mam wrażenie, że coś pan przede mną ukrywa.

– Nie, nie... Po prostu... – nerwowo potarł czoło. – On się zdenerwował. Chciał głębiej, szybciej... Nie słuchał mnie. Wyrywał się. Nagle odpiął maskę, jakby... jakby chciał się wynurzyć bez niczego.

– Czy on... zrobił to celowo?

Instruktor milczał, wpatrzony w wodę.

– Nie wiem. Przepraszam.

Wyszłam stamtąd z duszą w strzępach.

Nie znalazłam odpowiedzi

Minęły trzy miesiące od pogrzebu. Czas nie leczy ran – tylko przyzwyczaja do ich obecności. Uczę się żyć z pustką. Z ciszą po jego śmiechu, z miejscem w łóżku, które nigdy nie jest ciepłe. Nie zadaję już pytań. Pogodziłam się z tym, że nie poznam odpowiedzi. Patryk umarł, bo życie czasem łamie nawet tych najsilniejszych. Czasem jest po prostu seria niefortunnych decyzji, zbiegów okoliczności, których nie da się zatrzymać. Szukałam winy, przyczyny, sensu – ale nie znalazłam. Zostało tylko to, co było między nami. I to, co zostało po nim.

Wróciłam do pracy. Na początku wszyscy patrzyli na mnie z tą wymuszoną troską. Teraz już prawie nikt nie pyta. I dobrze. Nie umiem opowiadać o Patryku bez zaciśniętego gardła. Ale też nie chcę o nim zapomnieć. Zaczęłam chodzić na terapię. Robię listy rzeczy do zrobienia, na przekór tej bezwładnej rozpaczy. Nie wyrzuciłam jego rzeczy. Są jak znaki, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Ale zdjęcia przestawiłam do innego pokoju. Nie chcę, żeby był wszędzie. Chcę móc wrócić do życia, do siebie.

Przywiozłam z Egiptu trumnę, ale też coś jeszcze – świadomość, że nie mam już nic do stracenia. Że mogę zacząć od nowa. Sama, ale silniejsza. On był początkiem mojego dorosłego życia. A jego koniec... był początkiem kolejnego. Nadal tęsknię. Ale już nie czekam, że wróci. Wiem, że nie wróci. Teraz to ja muszę wrócić – do siebie.

Reklama

Kamila, 31 lat

Reklama
Reklama
Reklama