„Moja pomocnica była słodka jak dojrzała brzoskwinka. Miałem ochotę na zakazany owoc, ale los ze mnie zadrwił”
„Coraz częściej łapałem się na tym, że szukam jej wzrokiem, że czekam na jej głos. I coraz trudniej było mi udawać, że to serdeczność. Julia miała w sobie coś ciepłego, prostego i prawdziwego. Czułem się przez nią widziany. Nie jak stary człowiek. Obudziła we mnie coś, co myślałam, że dawno umarło”.

- Redakcja
Po śmierci Marii mój dom zamilkł. Ściany, które kiedyś odbijały jej śmiech, dziś przesiąkły ciszą. Życie na wsi toczyło się rytmicznie – wschody słońca, podlewanie ogrodu, wieczorna herbata przy kuchennym stole. Z czasem wszystko stało się przewidywalne i puste. Kiedyś w tym miejscu tętniło serce, teraz był tylko obowiązek. Zamieściłem ogłoszenie, że szukałem kogoś do pomocy przy zbiorach brzoskwiń, kogoś do pracy, nie do rozmowy. Nie spodziewałem się, że zgłosi się młoda dziewczyna. Nie spodziewałem się, że coś we mnie poruszy. Bo przecież myślałem, że dla mnie już wszystko się skończyło.
Tryskała pełnią życia
Stałem przed bramą, opierając się o metalowy słupek, gdy zobaczyłem kurz wzbijający się z polnej drogi. Słońce świeciło ostro, mrużyłem oczy. Samochód zatrzymał się gwałtownie. Z wnętrza wysiadła drobna postać w dżinsach, z rozwichrzonym kucykiem. Uśmiechnęła się szeroko, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
– Pan to pewnie myślał, że przyjedzie jakaś babcia z gminy? – rzuciła, podsuwając mi dłoń do uścisku.
– Trochę tak – przyznałem zaskoczony.
– A trafił na mnie.
– I chyba dobrze trafiłem – odpowiedziałem, zanim zdążyłem się zastanowić, co właściwie mówię.
Jej śmiech był lekki, bezpretensjonalny. Jakby wszystko wokół przestało na chwilę być takie szare. Poprowadziłem ją do domu, pokazując pokój na piętrze, łazienkę, kuchnię. Przyglądałem się, jak rozgląda się dookoła, jakby wszystko ją ciekawiło – stare kafelki, rzeźbiony stół, nawet moje zasuszone pelargonie.
– Niech pan nie czuje się skrępowany. Ja nie gryzę – powiedziała, rzucając torbę na łóżko.
– Nie czuję się… tylko... dawno nikogo tu nie było.
Skinęła głową, a jej oczy przez chwilę pociemniały. Jakby coś rozumiała. Wieczorem usiedliśmy na tarasie z kubkami herbaty. Julia mówiła dużo – o studiach, o pracy sezonowej, o tym, że lubi ciszę. Słuchałem. I pierwszy raz od bardzo dawna miałem wrażenie, że nie jestem tylko samotnym starcem, który odlicza dni.
Julia miała w sobie lekkość
Z dnia na dzień wszystko zaczęło się zmieniać. Praca, która wcześniej była tylko rutyną – zrywanie brzoskwiń, sortowanie, układanie w skrzynkach – nagle nabrała innego rytmu. Julia miała w sobie lekkość, z jaką opowiadała o rzeczach prostych, jakby każda chwila była ciekawa, nawet ta przy owocach, kiedy słońce grzeje kark, a ręce lepią się od soku.
– Te brzoskwinie mają w sobie coś sentymentalnego – powiedziała któregoś ranka, zerkając na mnie znad kosza.
– Dlaczego?
– Bo pachną jak dzieciństwo. I trochę jak jakaś tęsknota.
Zamyśliłem się. Nigdy nie mówiłem o tym na głos, ale Maria robiła konfitury z brzoskwiń i zawsze w garnkach, garnuszkach i słoiczkach stało to u nas wszędzie. Ten zapach... Po prostu był jej znakiem rozpoznawczym i naszych najlepszych szczęśliwych lat. I nagle ktoś też to tak skojarzył... Po pracy siadała na tarasie. Przynosiłem herbatę – z malinami, czasem miętę. Rozmawialiśmy długo. O jej rodzicach, o tym, że nie znała ojca. O tym, jak mieszkała z matką w wynajętym mieszkaniu nad piekarnią i jak hałas pieców budził ją w nocy.
– Pan się śmieje tak, jakby to robił pierwszy raz od lat – powiedziała pewnego wieczoru, kiedy coś mnie naprawdę rozbawiło.
– Bo może tak właśnie jest – odpowiedziałem.
Zacząłem inaczej się ubierać. Golić się codziennie. Gotowałem obiady, bo Julia lubiła zupy, zwłaszcza pomidorową. Czasem jej coś zostawiałem w lodówce, a ona zostawiała mi karteczki: „Pyszna była, dziękuję”. I nagle ten dom znów miał w sobie życie. Czasem wspominała, że ma bliską relację z kimś „w mieście”. Udawałem, że mnie to nie rusza. Ale czułem, jak w środku coś się we mnie napina.
Bałem się jej powiedzieć
Wstawałem wcześniej niż zwykle. Nie dlatego, że musiałem. Po prostu chciałem. Julia spała jeszcze na górze, a ja w kuchni szykowałem śniadanie tak cicho, jak się dało – jajka, kromki z masłem, czarna kawa. Lubiła, kiedy czekała na nią też herbata z cytryną. I lubiłem ten moment, gdy schodziła po schodach, przecierając oczy, z potarganymi włosami, jakby cały świat był jeszcze nieobudzony.
Ale coś zaczęło mnie męczyć. Coraz częściej łapałem się na tym, że jej szukam wzrokiem, że czekam na jej głos. I coraz trudniej było mi udawać, że to tylko serdeczność. Julia miała w sobie coś ciepłego, prostego i prawdziwego. I ja… czułem się przez nią widziany. Nie jak stary człowiek, tylko jak człowiek w ogóle. Którejś nocy, stojąc przed lustrem, zacząłem mówić do siebie.
– Powiedz to. Najwyżej się zaśmieje. Ale może nie? Może nie uzna cię za dziwaka. Może też coś czuje?
Wiedziałem, że ryzykuję. Ale wiedziałem też, że jeśli nic nie zrobię, coś we mnie zwiędnie. Jak te pelargonie, które zapomniałem podlać, zanim Julia się tu pojawiła. Następnego dnia wszystko przygotowałem – obrus, świeczka, zupa dyniowa, za którą wprost przepadała pasjami. Włożyłem koszulę, tę co dostałem kiedyś od Marii. Nie nosiłem jej od... pogrzebu. Pachniała już tylko szafą, ale i tak drżały mi ręce. Julia wyszła z sadu z naręczem brzoskwiń. Uśmiechnęła się, widząc stół. I wtedy usłyszeliśmy zgrzyt opon na podjeździe. Samochód. Głosy. Dziecięcy śmiech. Julia odwróciła się gwałtownie i w jednej chwili zbladła.
– To Mateusz. I Klara – powiedziała cicho.
Nie chciała mnie ranić
Z samochodu wysiedli wysoki mężczyzna z dzieckiem. Dziewczynka miała może cztery lata – jasne włosy splecione w dwa warkoczyki. Była uśmiechnięta, ufna. Julia wybiegła im na spotkanie. Objęła Mateusza, pocałowała Klarę w czoło. Stałem nieruchomo, z dłonią zawieszoną nad talerzem. Płomień świeczki zadrżał i zgasł.
– To jest Klara, moja córka – powiedziała Julia, podchodząc ze spokojem, jakby chciała wszystko ułożyć w słowa, które nie zranią.
– A to Mateusz… mój... partner.
Nie powiedziała „mąż”, ale i tak wszystko się we mnie osunęło. Czułem, że zrobiło mi się gorąco, potem zimno. Skinąłem głową. Próbowałem się uśmiechnąć. Nie wiem, czy mi wyszło. Przyjechali w odwiedziny. Zaproponowałem, żeby zostali na weekend. Wieczorem, kiedy Mateusz położył Klarę spać, usiedliśmy z Julią w kuchni. Mój stół, mój obrus, moje talerze. Wszystko wyglądało jak scena, która właśnie się rozpadła.
– Pan myślał, że... – zaczęła.
– Myślałem, że znów mogę coś czuć – przerwałem jej.
Nie zaprzeczyła. Tylko spuściła wzrok.
– Nigdy nie mówiłam, że jestem sama. Ale też… nie mówiłam, że jestem z kimś. Nie chciałam pana ranić. Po prostu... tutaj było mi dobrze.
– Mnie też – odpowiedziałem i dopiero wtedy poczułem, jak bardzo mnie to boli. Że to wszystko było tylko ciszą między zdaniami. Że sam sobie to dopowiedziałem.
Julia dotknęła mojej dłoni. Ale to już nie była bliskość. To było pożegnanie.
Coś we mnie drżało i bolało
Rano długo nie schodziłem z piętra. Słyszałem śmiech Klary, stukanie naczyń, odgłosy życia, które nie było już moje. Leżałem na łóżku w tej samej koszuli, nie mając siły jej zdjąć. Kiedy w końcu się odważyłem zejść, dom był pusty. Na stole – zamiast śniadania – leżała karteczka. „Nie wiedziałam, że można się tak bezpiecznie u kogoś czuć. Dziękuję. Julia”. Pod spodem rysunek – dziecinny szkic trzech brzoskwiń i uśmiechniętej postaci z napisem „Pan W.” – domyśliłem się, że to mała Klara. Usiadłem. Trzymałem kartkę długo, jakby coś samo się zaraz miało wyjaśnić. Ale nie wyjaśniło się. Zostało tylko puste krzesło i zupa dyniowa, której nikt nie zjadł.
Przez kolejne dni chodziłem po ogrodzie, bez celu. Dotykałem drzew, liści, gałęzi. Tam, gdzie Julia zrywała owoce, ziemia wciąż nosiła ślady jej kroków. Zostawiła coś po sobie. Coś, co we mnie drżało i bolało. Ale też coś, co przez chwilę tchnęło życie w to martwe miejsce. Wieczorem znalazłem się przy jej pokoju. Drzwi były uchylone. Na parapecie leżała gumka do włosów i stara książka, której nie zabrała. Przejechałem palcem po okładce. W pokoju pachniało jeszcze miętą i brzoskwiniami. Zrozumiałem, że nie była moim początkiem. Ani końcem. Była przypomnieniem, że mimo wszystko nadal jestem człowiekiem. I że to, co myślałem, że umarło, może jeszcze kiedyś zakwitnie. Tylko nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Coś się we mnie zmieniło
Mijały dni, a ja wciąż łapałem się na tym, że nasłuchuję kroków na schodach. Jakbym czekał, że Julia wróci po coś, po książkę, po gumkę do włosów, po... mnie. Ale wracała tylko cisza. Długa, znajoma i zupełnie inna niż wcześniej. Teraz miała echo, jak kropla wody, która spada do pustego kubka i zostawia dźwięk, który nie chce ucichnąć. Zamknąłem list Julii w szufladzie, ale nie na klucz. Czasem do niego wracałem, choć znałem słów na pamięć. Nie była to wiadomość z wyznaniem, nie była też przeprosinami. Była jak ona – cicha, prawdziwa, zostawiająca po sobie ciepło i niedosyt.
Codzienność wracała powoli. Znów podlewałem ogród, przycinałem gałęzie. Ale coś się we mnie zmieniło. Nie byłem już tym samym człowiekiem, który szukał tylko rąk do zbiorów. Teraz wiedziałem, że życie jeszcze się tli, choć już nie krzyczy, nie szarpie. Że może być delikatne, niepewne, ale jednak żywe. Wieczorem usiadłem na tarasie. Powietrze było gęste od zapachu dojrzałych owoc owoców. Słyszałem świerszcze, stukot mojego kubka o stół, a w głowie wciąż miałem jej śmiech.
– Może miłość w tym wieku to nie przywilej, tylko kara. A może właśnie błogosławieństwo. Tyle że krótko trwa – powiedziałem na głos.
I choć zostałem sam, już nie czułem się martwy za życia.
Wiktor, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rzuciłam wszystko dla chłopaka z internetu. Miał mnie nosić na rękach, a zamiast tego do domu wracam na tarczy”
- „Wystroiłam się, by zaimponować mężowi, a on mnie upokorzył. Nie wie, że moja przemiana to nie jest jedyna niespodzianka”
- „Pracuję w korporacji i nie mam czasu dla syna. Gdy chciałam zwolnić tempo, usłyszałam to jedno okropne zdanie”