„Gdy facet mnie zostawił, desperacko pragnęłam pocieszenia. Pech chciał, że pod ręką miałam tylko zakazany owoc”
„Pojawił się w jej życiu 6 lat temu. Był ucieleśnieniem marzeń. Inżynier, spokojny, z tym rodzajem ciepła, które sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Pamiętam ich ślub. Stałam obok niej jako świadkowa, poprawiałam jej welon i z całego serca, życzyłam im szczęścia. Piotr był dla mnie nietykalny”.

- Redakcja
Nigdy nie sądziłam, że będę tą kobietą. Tą, o której szepczą sąsiedzi, tą, którą obsmarowują na forach internetowych, nazywając „złodziejką mężów”. Przez trzydzieści lat mojego życia wierzyłam w kodeks honorowy, w kobiecą solidarność, a przede wszystkim w to, że Ewa jest dla mnie nietykalna. Była moją siostrą, nie z krwi, ale z wyboru. Dzieliłyśmy ubrania, sekrety, nawet pieniądze, gdy któraś z nas miała gorszy miesiąc. Ale granica między „nasze” a „twoje” zatarła się w mojej głowie w najgorszy możliwy sposób. To nie była chwila zapomnienia. To była lawina, której pozwoliłam ruszyć, choć widziałam, że na dole stoi najważniejsza osoba w moim życiu.
Piotr był dla mnie nietykalny
Z Ewą znałyśmy się od piaskownicy. Dosłownie. Nasze matki sadzały nas obok siebie w wózkach, a my – jak głosi rodzinna legenda – zamiast płakać, trzymałyśmy się za rączki. Dorastałyśmy w małym mieście, gdzie każda inność była wytykana palcami, więc trzymałyśmy sztamę przeciwko całemu światu. W liceum wymieniałyśmy się ciuchami do tego stopnia, że nauczyciele mylili nas na korytarzu.
Nasza relacja była symbiotyczna. Kiedy Ewa płakała po swoim pierwszym chłopaku, ja płakałam razem z nią, czując jej ból fizycznie w klatce piersiowej. Kiedy ja dostałam się na wymarzone studia w Warszawie, ona cieszyła się głośniej ode mnie. Nie było między nami zazdrości. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Ewa zawsze była tą „dobrą”. Poukładaną, rozsądną, tą, która pamięta o urodzinach cioci i o tym, żeby zapłacić rachunek za prąd przed terminem. Ja byłam chaosem. Artystyczną duszą, która wiecznie gubi klucze i zakochuje się w niewłaściwych facetach. Ewa dawała mi stabilizację, ja jej odrobinę szaleństwa. To był układ idealny.
Piotr pojawił się w jej życiu sześć lat temu. Był ucieleśnieniem marzeń Ewy – inżynier, spokojny, z tym rodzajem męskiego ciepła, które sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Pamiętam ich ślub. Stałam tuż obok niej jako świadkowa, poprawiałam jej welon i szczerze, z całego serca, życzyłam im szczęścia. Wtedy Piotr był dla mnie nietykalny. Był „mężem Ewy”. Równie dobrze mógłby być meblem w jej salonie – cennym, ładnym, ale całkowicie poza moim zasięgiem i zainteresowaniem.
Wpadłam w czarną dziurę
Wszystko zmieniło się zeszłej jesieni. Mój trzyletni związek z Markiem rozpadł się z hukiem. Zostawił mnie dla młodszej stażystki, bez zbędnych wyjaśnień, pakując swoje rzeczy do worków na śmieci. Zostałam sama w wynajmowanym mieszkaniu, z poczuciem bycia bezwartościową, starzejącą się i nikomu niepotrzebną kobietą. Wpadłam w czarną dziurę. Nie jadłam, nie spałam, snułam się po domu w dresie, nie odbierając telefonów. I wtedy wkroczyła Ewa. Jak zawsze.
– Nie ma mowy, żebyś siedziała tu sama i gniła w tym smrodzie smutku – zarządziła, wchodząc do mojego mieszkania z własnym kompletem kluczy. – Pakuj się. Jedziesz do nas na kilka tygodni, dopóki nie staniesz na nogi.
Protestowałam. Czułam, że będę intruzem. Oni mieli swoje życie, swoje rytuały, planowali dziecko. Ale Ewa była nieustępliwa. Piotr, ku moim zaskoczeniu, również nalegał. Powiedział, że mają wolny pokój gościnny i że „rodziny się nie zostawia”. To słowo – „rodzina” – złamało mnie wtedy ostatecznie. Spakowałam walizkę i przeniosłam się do ich pięknego, idealnego domu pod miastem. Początkowo czułam się jak piąte koło u wozu, ale oni robili wszystko, bym czuła się swobodnie. Ewa biegała wokół mnie, gotowała moje ulubione zupy, wyciągała na spacery. Piotr był po prostu... obecny. Naprawił mi laptopa, dolewał wina podczas wieczornych rozmów, pytał o moje samopoczucie z autentyczną troską w oczach.
Serce podeszło mi do gardła
Ewa dostała awans. Wiązało się to z nowymi obowiązkami, zostawała w biurze do późna, wracała wykończona i często kładła się spać zaraz po kolacji. Ja pracowałam zdalnie z ich salonu. Siłą rzeczy, zaczęłam spędzać coraz więcej czasu z Piotrem. Zaczęło się niewinnie. Banalnie. Wspólne oglądanie seriali, kiedy Ewa już spała. Poranna kawa w kuchni, kiedy oboje wstawaliśmy wcześniej niż ona. Rozmowy o niczym, które powoli zamieniały się w rozmowy o wszystkim.
Zauważyłam, że Piotr jest inny, niż mi się wydawało. Miał specyficzne poczucie humoru, którego przy Ewie rzadko używał, bo ona go nie łapała. Lubił tę samą niszową muzykę co ja. Był... intrygujący. Zaczęłam łapać się na tym, że rano robię makijaż nie dlatego, że mam wideokonferencję, ale dlatego, że Piotr zejdzie na śniadanie. Pierwszy sygnał alarmowy zignorowałam. To był wieczór, kiedy Ewa miała wyjazd integracyjny. Piotr i ja siedzieliśmy na tarasie, owinięci kocami. Było zimno. Rozmawialiśmy o moich nieudanych związkach.
– Marek był idiotą – powiedział nagle Piotr, patrząc mi prosto w oczy. – Nie widział, jaki skarb ma obok siebie. Jesteś niesamowitą kobietą, Magda. Pełną pasji, ognia. Ewa jest wspaniała, ale... ty jesteś jak burza.
Serce podeszło mi do gardła. To był komplement, który przekraczał granice zwykłej uprzejmości. Powinnam była wtedy wstać, obrócić to w żart i pójść spać. Ale ja byłam... głodna. Wygłodniała męskiej uwagi, adoracji, potwierdzenia własnej wartości. Uśmiechnęłam się tylko i spuściłam wzrok. To milczące przyzwolenie było pierwszym krokiem w przepaść.
Karmiłam się tą zdradą
Przez kolejne dni atmosfera w domu zgęstniała. Ewa, zajęta pracą i zmęczona staraniami o dziecko, które nie przynosiły efektów, niczego nie zauważała. Ufała mi bezgranicznie. To bolało najbardziej. Kiedy przytulała mnie rano i dziękowała, że „opiekuję się Piotrem”, gdy jej nie ma, czułam, jakbym była najgorszym człowiekiem na świecie. A mimo to, nie potrafiłam się zatrzymać. Zaczęliśmy grać w niebezpieczną grę. Przypadkowe dotknięcia dłoni przy podawaniu soli. Długie spojrzenia, gdy Ewa odwracała się plecami. SMS-y wysyłane z pokoju do pokoju, mimo że byliśmy w jednym domu. „Ładnie dziś wyglądasz w tej sukience” – pisał Piotr, siedząc na kanapie obok swojej żony. „Uważaj, bo się zarumienię” – odpisywałam, czując ten chory dreszcz emocji, mieszankę strachu i podniecenia.
Czułam się, jakbym kradła fragmenty życia Ewy. Zawsze jej zazdrościłam tego spokoju, tego idealnego domu, tego męża. Teraz, w jakiś pokrętny sposób, czułam, że wreszcie wyrównuję rachunki. Że ja też zasługuję na to, by ktoś patrzył na mnie z takim uwielbieniem. Moje ego karmiło się zdradą przyjaciółki. To brzmi potwornie, wiem. Ale wtedy racjonalizowałam to sobie na tysiąc sposobów: „Ewa go zaniedbuje”, „To tylko niewinny flirt”, „Potrzebuję tego, żeby się uleczyć”.
Zrobiło mi się niedobrze
To stało się mimo wszystko niespodziewanie. Ewa pojechała do rodziców na weekend, jej mama miała operację biodra. Piotr nie mógł jechać ze względu na pilny projekt w pracy. Zostałam z nim sama w tym wielkim domu. Wiedziałam, co się stanie. Oboje wiedzieliśmy. Powietrze między nami było tak naelektryzowane, że można było je ciąć nożem. Wieczorem otworzyliśmy wino. Jedną butelkę, potem drugą. Muzyka grała cicho w tle. Rozmowa zeszła na temat ich małżeństwa. Piotr narzekał, że czuje się przytłoczony presją bycia idealnym, że Ewa wszystko planuje, że w ich alkowie wieje nudą.
Słuchałam tego jak zahipnotyzowana. Byłam powierniczką, ale w mojej głowie już układałam scenariusz, w którym ja jestem tą, która go rozumie lepiej. Tą, która da mu to, czego Ewa nie potrafi. Kiedy mnie pocałował, nie odepchnęłam go. Wręcz przeciwnie. Wbiłam palce w jego włosy, jakbym chciała się w nim zakotwiczyć. W tym momencie przestała istnieć Ewa, przestała istnieć lojalność, przestało istnieć 30 lat przyjaźni. Liczyło się tylko to, że ktoś mnie pragnął. Że byłam wybrana.
Wylądowaliśmy tam, gdzie można było się spodziewać. To było tak szalone, a zarazem tak mechaniczne. Nie było w tym miłości, była tylko desperacja dwojga ludzi, którzy chcieli uciec od swoich problemów. Nad ranem, gdy obudziłam się w jego ramionach, a on spał spokojnie, dotarło do mnie, co zrobiłam. Spojrzałam na zdjęcie ślubne stojące na szafce nocnej. Ewa uśmiechała się z niego promiennie, trzymając mnie za rękę. Poczułam fizyczne mdłości. Wstałam, zebrałam swoje ubrania i uciekłam do swojego pokoju, trzęsąc się jak w febrze.
Kłamstwo ma smak popiołu
Gdy Ewa wróciła w niedzielę wieczorem, byłam wrakiem człowieka. Piotr zachowywał się... normalnie. Zbyt normalnie. Pocałował ją na powitanie, zapytał o matkę, zrobił herbatę. Patrzyłam na niego i nie poznawałam tego człowieka. Czy on nie czuł tego ciężaru? Czy dla niego to było tylko „zaspokojenie potrzeby”? Dla mnie zaczął się koszmar. Każde spojrzenie Ewy interpretowałam jako oskarżenie. Kiedy mówiła: „Jesteś jakaś blada, Magda”, ja słyszałam: „Wiem, co zrobiłaś”. Nie mogłam spojrzeć jej w oczy. Nasze rozmowy stały się zdawkowe. Zaczęłam szukać mieszkania w trybie natychmiastowym, byle jakiej klitki, byle tylko uciec z tego domu, który nagle stał się pułapką.
Piotr próbował mnie zatrzymać w korytarzu, szeptał, że „to nic nie zmienia”, że „możemy o tym zapomnieć”. Ale ja widziałam, że to kłamstwo. To zmieniło wszystko. Zabrałam Ewę mężowi, a sobie zabrałam przyjaciółkę. Nawet jeśli ona nigdy się nie dowie, ja będę wiedzieć. Ta wiedza stała między nami jak mur. Wyprowadziłam się tydzień później. Ewa płakała, nie rozumiejąc, dlaczego tak nagle uciekam.
– Przecież jeszcze nie stanęłaś na nogi. Zostań choć do świąt – prosiła.
– Muszę pobyć sama. Muszę się ogarnąć – kłamałam, pakując ostatnie kartony.
Uściskała mnie mocno na pożegnanie. Czułam jej perfumy – ten sam zapach, który czułam na poduszce Piotra tamtej nocy. Myślałam, że zwymiotuję.
Prawda, która niszczy po cichu
Minęły trzy miesiące. Nie widuję się z nimi. Wymyślam wymówki – dużo pracy, wyjazdy, choroba. Ewa dzwoni, pisze, martwi się. Jest najlepszą przyjaciółką na świecie, a ja jestem najgorszą. Piotr milczy. Myślę, że mu ulżyło. Wrócił do swojego bezpiecznego, poukładanego życia z żoną, którą „trochę” zdradził, żeby poczuć się lepiej. Ja zostałam z gruzami. Dziś rano Ewa zadzwoniła z nowiną. Jest w ciąży.
– Magda, udało się! Będziesz ciocią! – krzyczała do słuchawki ze szczęściem, które rozrywało mi serce. – Musisz przyjechać, musimy to uczcić. Jesteś matką chrzestną, nie ma innej opcji!
Siedzę teraz w moim nowym, pustym mieszkaniu i patrzę na telefon. Powinnam się cieszyć. Powinnam tam pojechać z szampanem bezalkoholowym i tortem. Ale nie mogę. Za każdym razem, gdy spojrzę na to dziecko, będę widziała tamtą noc. Będę widziała Piotra i to, jak łatwo zdradził kobietę, która teraz nosi jego dziecko. Straciłam ją. Wiem to. Nawet jeśli fizycznie wciąż jesteśmy „przyjaciółkami”, ta relacja jest martwa. Zabiłam ją swoją chciwością, swoją zazdrością, swoją potrzebą bycia ważną. Zawsze dzieliłyśmy się wszystkim, ale mąż to nie sweter, który można pożyczyć. Zrozumiałam to za późno. Niektórych granic się nie przekracza, bo powrotu już nie ma. Zostałam sama, w ciszy, na którą w pełni zasłużyłam. I ta cisza jest głośniejsza niż jakikolwiek krzyk Ewy, gdyby poznała prawdę. Może pewnego dnia jej powiem. A może to będzie moja kara – nosić ten sekret do końca życia i patrzeć jej w oczy, udając, że jestem wciąż tą samą Magdą z piaskownicy. Ale nie jestem. Ta Magda umarła.
Magda, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że tanie perfumy na walentynki to sprawka teściowej. Okazało się, że to skąpy mąż ma sporo brudu za uszami”
- „Po pół roku zorientowałam się, że spotykam się z żonatym facetem. Niech cwaniaczek nie liczy, że zostanę jego metresą”
- „Dałam teściowej różę na walentynki, bo chciałam ogrzać jej lodowate serce. To był tylko gwóźdź do mojej trumny”