Reklama

Najgorsze, że to nasza matka utrzymuje ten cały cyrk – kupuje mleko, ciuchy, płaci rachunki, bo „dzieci są niewinne”. Mnie szlag trafia. Patrzę, jak ta kobieta, która kiedyś trzymała wszystko w ryzach, teraz ugina się pod ciężarem cudzych błędów. A siostra? Chyba nawet nie widzi problemu. Albo widzi, ale przestało ją to obchodzić.

Kiedy wróciłam do rodzinnego miasta po kilku latach życia w Gdańsku, miałam nadzieję, że przynajmniej dom rodzinny będzie wyglądał tak, jak go zapamiętałam – cicho, schludnie, pachnąco obiadem. Tymczasem już od furtki słyszałam wrzask dzieci. Jedno płakało, drugie coś krzyczało, a trzecie biegało z pieluchą w ręce. Weszłam do środka i przez chwilę naprawdę nie wiedziałam, czy dobrze trafiłam.

– Boże święty – mruknęłam pod nosem, próbując przebić się przez chaos w przedpokoju. Wszędzie porozrzucane zabawki, wózek pod drzwiami łazienki, a na stole w kuchni – słoik z kaszką i kubek z zimną kawą.

Zza drzwi wychyliła się matka.

– O, jesteś! – zawołała z ulgą, jakby moje przybycie miało wszystko rozwiązać. – Przyleciałaś w samą porę, bo Maja zaraz zacznie rodzić.

– Co?! Znowu?! – zapytałam, nie wierząc, że to się naprawdę dzieje.

No, wiesz, tak wyszło. Nie oceniaj. Pomóż mi, proszę. Zawieź ją do szpitala, bo ja nie mogę zostawić dzieci samych.

Patrzyłam na nią i nie wiedziałam, czy płakać, czy się śmiać. Matka wyglądała, jakby nie spała od tygodni, a moja siostra… Maja nawet nie wyszła się przywitać. Usłyszałam tylko z góry:

– Ktoś mnie wreszcie zawiezie, czy mam rodzić na schodach?

Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że wdepnęłam w coś, z czego trudno będzie się wyplątać.

Kolejna ciąża

W drodze do szpitala nie odezwałyśmy się do siebie ani słowem przez dobre dziesięć minut. Maja siedziała obok mnie z ręką opartą o brzuch i co jakiś czas sapnęła z bólu. Kiedy już nie mogłam znieść tej ciszy, rzuciłam:

To który to ojciec tym razem?

– Nie twoja sprawa – odburknęła, patrząc przez okno.

– Aha. Czyli nie znasz go nawet z nazwiska?

– Znam. Po prostu... nie ma go już w moim życiu, dobra?

Parsknęłam cicho. Było mi przykro, ale też byłam wściekła. Bo znów to wszystko spadnie na naszą matkę. Na mnie.

– A dzieci? One też nie są twoją sprawą? – spytałam, mając nadzieję, że coś w niej drgnie.

– Nie mam teraz siły na kazania, dobra? Rodzę.

Odwróciłam głowę z powrotem na drogę. Wiedziałam, że to bez sensu. Maja zawsze miała swoje zdanie, którego nie dało się podważyć. Zawsze była tą, która robiła, co chciała, a potem inni musieli to posprzątać.

Pod szpitalem wzięła torbę z bagażnika i bez słowa ruszyła w stronę wejścia. Nawet się nie pożegnała. A ja stałam przy samochodzie, patrzyłam za nią i czułam, jak coś się we mnie gotuje.

Wróciłam do domu i zastałam matkę karmiącą najmłodszego chłopca kaszką. Na kuchence gotował się rosół.

– Dzwoniłaś do pracy, że nie przyjdziesz? – zapytałam.

– Zwolniłam się – odpowiedziała cicho.

– Co?! Dlaczego?

– Bo ktoś musi się nimi zająć. Maja nie daje rady.

Wtedy naprawdę poczułam, że to wszystko nas po prostu pożera.

Nie potrafi powiedzieć „dość”

Kiedyś mama była nieugięta. Potrafiła postawić nas do pionu jednym spojrzeniem. Nigdy nie była z tych ciepłych, przytulających, raczej konkretna i twarda. Dlatego tym bardziej nie mogłam zrozumieć, co się z nią stało.

– Przecież ty nawet nie masz emerytury – powiedziałam któregoś ranka, kiedy robiła kanapki dla dzieci Mai.

– Poradzimy sobie. Może wezmę jakąś opiekę nad starszą osobą, coś się dorobi – odpowiedziała, wciskając kawałek ogórka między kromki chleba.

– Mamo, ty masz sześćdziesiąt pięć lat. Powinnaś odpoczywać. Jeździć nad jezioro. Czytać książki. A nie myć nocnik po wnuku, który nawet nie wie, kim jesteś, bo myśli, że jesteś jego mamą.

Spojrzała na mnie smutno, ale nic nie powiedziała. Wzięła kubek z zimną herbatą i poszła do pokoju, gdzie trójka dzieci rozrzucała kredki po podłodze. Najstarsza dziewczynka próbowała nalać mleka młodszemu do butelki, a mały, ledwo stojący na nogach chłopczyk, stał przy oknie i walił w szybę klockiem.

– A Maja? – zapytałam za nią. – Ona wróci? Zajmie się nimi w końcu?

– Nie wiem – odparła cicho. – Jest w szpitalu, zdołowana. Zostawmy ją na razie w spokoju.

– Nie mogę uwierzyć, że mówisz to ty. Ty, która kiedyś karałaś mnie za spóźnienie do szkoły o pięć minut.

Matka wzruszyła ramionami i przysiadła na podłodze obok dzieci.

– Żal mi ich. Przecież one niczemu nie są winne.

A ja poczułam, jak moje serce kurczy się ze złości i bezsilności jednocześnie.

Święta z pieluchą w tle

To były moje pierwsze święta w domu od lat. Wróciłam głównie z poczucia obowiązku, ale po cichu marzyłam, że może coś się zmieniło. Może Maja przeprosi, może matka powie dość, a dzieciaki… no, dzieciaki chociażby usiądą przy stole bez darcia się. Nic z tego.

Stół był zastawiony bardziej niż zwykle. Matka jakimś cudem to wszystko ugotowała między przewijaniem a gotowaniem mleka. W salonie pachniało. Maja siedziała z boku z niemowlakiem na rękach, w dresie i z potarganymi włosami. Nie odezwała się do mnie ani razu. Jakbym była meblem.

– Podaj mi pieluchę – rzuciła w stronę matki, nawet nie patrząc.

– Masz obok – odpowiedziała mama cicho, podając jej paczkę.

Najstarsza dziewczynka – Zosia – próbowała powiedzieć wiersz, ale nikt jej nie słuchał. Dwóch chłopców biło się o autko, a najmłodszy płakał w wózku. W tle grała cicho muzyka z radia, ale jej dźwięk gubił się w tym chaosie.

– To ma być święto? – zapytałam w końcu, nie wytrzymując. – To jakaś karykatura normalnej rodziny.

Maja spojrzała na mnie chłodno.

– Przepraszam, że nie spełniamy twoich standardów.

– Moje standardy? Chcę tylko, żeby ktoś, cokolwiek, zaczęło wreszcie być normalne.

– Wyjechałaś, to nie wiesz, jak tu jest.

– Może dlatego wyjechałam.

Matka próbowała nas uciszyć, ale było za późno. W pokoju zrobiło się cicho tylko na chwilę.

To nie jest normalne!

Do eksplozji doszło kilka dni po świętach. Zaczęło się od rzeczy błahej – mały Franek zalał kuchnię mlekiem w proszku. Matka zamiast się zdenerwować, tylko westchnęła i zaczęła wycierać. Ja wstałam i bez słowa zabrałam szmatkę z jej rąk.

– To nie jest normalne – powiedziałam już po raz któryś. – Ty nie jesteś służącą w tym domu.

– Przestań – jęknęła. – Dzieci są i trzeba je jakoś ogarnąć.

– A gdzie ich matka? – wskazałam palcem piętro. – Gdzie Maja? Siedzi w swoim pokoju i przewraca się z boku na bok?

W tym momencie zeszła. Ubrana w bluzę i skarpetki, z telefonem w dłoni, stanęła w progu i spojrzała na mnie jak na intruza.

– Zostaw ją – rzuciła matka, jakby mnie uciszała.

– Nie, nie zostawię. Ty się wypalasz, mamo! A ona... ona siedzi i patrzy, jak inni sprzątają jej życie.

– Zajmij się swoim – burknęła Maja. – Wróciłaś na kilka dni i myślisz, że wszystko rozumiesz.

– Może dlatego, że widzę więcej niż wy! – krzyknęłam. – W tym domu nie ma życia. Jest tylko zmęczenie, hałas i ty – matko dzieci, która nie potrafi nawet jednego dnia zająć się nimi sama!

Maja podeszła do mnie z zaciśniętymi pięściami.

– Wynocha. Nikt cię tu nie potrzebuje.

– Przeciwnie – spojrzałam na matkę. – Ty mnie potrzebujesz. Ale boisz się przyznać.

Matka odwróciła wzrok. Tego dnia spakowałam się, ale nie wyjechałam. Wiedziałam, że coś się właśnie zaczęło zmieniać.

I co teraz?

Zostałam jeszcze tydzień. Nie dlatego, że ktoś mnie o to prosił, tylko dlatego, że nie potrafiłam odejść bez próby zrobienia porządku. Nie z nimi – z sobą. Każdego dnia obserwowałam, jak matka robi herbatki, gotuje zupki, wyciera nosy i rozdaje buziaki, których kiedyś nam tak żałowała. Zrozumiałam, że ona naprawdę kocha te dzieci. Ale też zobaczyłam, jak się wykańcza. Wieczorami siedziała w fotelu z zamkniętymi oczami, nie ruszając się, jakby nawet sen był luksusem, na który jej nie stać.

Maja? Powoli zaczęła wychodzić z pokoju. Najpierw na chwilę, potem na dłużej. Nie rozmawiałyśmy, ale zauważyłam, że częściej trzyma któreś z dzieci, robi im kanapki, nawet raz ich wykąpała. Mało, ale coś.

Któregoś ranka powiedziałam matce:

– Wynajmij opiekunkę. Ja ci pomogę finansowo. Ale ty musisz zacząć znowu żyć.

Popatrzyła na mnie długo, bez słów. I tylko skinęła głową.

Wyjeżdżałam z ciężkim sercem. Nie dlatego, że zostawiałam bałagan. Bo on będzie tam jeszcze długo. Ale zostawiałam ludzi, których kocham, choć nie zawsze umiem im to powiedzieć.

I tak naprawdę nie wiem, co będzie dalej. Może Maja znów zajdzie w ciążę, może w końcu się zatrzyma. Może mama padnie któregoś dnia i nikt nie zdąży jej pomóc. A może coś się zmieni. Nie wiem. Ale wiem, że czasem trzeba wrócić, żeby zobaczyć wszystko wyraźniej.

Natalia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama