„Moja synowa robi mi wstyd na całą wieś. Jedyne co umie, to malować paznokcie i roznosić plotki”
„Mój syn, rozsądny chłopak, sprowadził do naszego domu dziewczynę, która od pierwszego dnia była powodem mojej zgryzoty. Weronika. Niby ładna, niby uśmiechnięta, ale jak tylko otworzyła usta, wiedziałam, że to nie jest dziewczyna dla naszej rodziny. Głośna, bez manier, wiecznie się rządziła”.

- Redakcja
Nie przypuszczałam, że spotka mnie taki wstyd. Mój syn, rozsądny chłopak, sprowadził do naszego domu dziewczynę, która od pierwszego dnia była powodem mojej zgryzoty. Weronika. Niby ładna, niby uśmiechnięta, ale jak tylko otworzyła usta, wiedziałam, że to nie jest dziewczyna dla naszej rodziny. Głośna, bez manier, wiecznie się rządziła. U nas w domu liczą się szacunek, uczciwość, praca – a ona tylko paznokcie malować i plotkować z sąsiadkami. Myślała, że jak się wystroi i pomaluje, to nikt nie zauważy, skąd przyszła. Cała wieś się z niej śmieje. I ze mnie.
Patrzyła na nas jakby z góry
Pamiętam jak dziś, kiedy pierwszy raz przekroczyła próg mojego domu. Weronika. Wysiadła z auta w obcisłych dżinsach i kurtce z futrem, jakby co najmniej z miasta przyjechała. A przecież sama mówiła, że pochodzi z wioski za lasem, gdzie tylko sklep spożywczy i remiza. I od razu ten jej ton. Zamiast zwykłego „dzień dobry”, było:
– No cześć, mamusia! – i chlust w policzek, jakbyśmy się znały od lat.
Stałam jak wryta. Jak „mamusia”? Ja jej żadna mamusia nie jestem, jeszcze mnie dobrze nie poznała, a już się spoufala. Spojrzałam na syna, ale on tylko się głupkowato uśmiechnął, jakby wszystko było w porządku. Weszli do kuchni, a ona od razu:
– Oj, nie macie ekspresu do kawy? Ja to tylko latte albo cappuccino.
Zrobiłam jej zwykłą parzoną w szklance. Wykrzywiła się, ale wypiła. Patrzyła na nas jakby z góry, choć nawet widelca porządnie trzymać nie potrafiła. A jak zaczęła opowiadać, że pracowała w solarium i „robiła paznokcie”, to już miałam dość. Ja całe życie w gospodarstwie, a ona paznokcie i „stylóweczki”. Już wtedy poczułam, że przez tą dziewczynę najem się tylko wstydu.
Zaczęło się przedstawienie
Od kiedy tylko zamieszkali razem, zaczęło się przedstawienie. Na pokaz potrafiła wstawić rosół do internetu albo wrzucić zdjęcie ciasta z podpisem „domowe, z miłością dla mężusia”. Tyle że jak się weszło do ich mieszkania, to w zlewie sterta naczyń, a po kątach walające się skarpetki. Ona wiecznie w szlafroku albo z ręcznikiem na głowie. Jakby nie żona, tylko aktorka w serialu, co udaje życie. Syn codziennie wracał z pracy zmęczony, a ona:
– Skoczyłbyś po mleko? Bo zapomniałam... – i oczywiście „zapomniałam” znaczyło „nawet nie próbowałam”.
Zaczęłam się martwić. Nie tak wychowywałam mojego chłopaka. Uczyłam go, że w małżeństwie trzeba się wspierać, dbać o siebie nawzajem. A ona tylko brała. Ciągle coś dla niej – to nowa kurtka, to paznokcie, to fryzjer. A jak raz zaproponowałam, że mogłaby pomóc przy obiedzie na święta, to tylko rzuciła:
– Oj, wie pani, ja to się w kuchni stresuję. Wolę nie przeszkadzać.
Nie pomogła ani przy pierogach, ani przy sprzątaniu. Tylko siedziała z telefonem i chichotała. Gospodyni z niej żadna. Wszystko było na pokaz, pod publiczkę. A w środku – pusto. Zero pokory, zero zaangażowania.
Zrobiła z nas widowisko
Najgorsze, że ona nie umiała trzymać języka za zębami. U nas, na wsi, ludzie żyją spokojnie. Jak ktoś ma coś do powiedzenia, to w cztery oczy, po cichu. A ona? Jak tylko przyszła na zebranie wiejskie z synem, to się odezwała do sołtysa, zanim zdążył otworzyć usta:
– A może by się pan wreszcie wziął za drogę do naszej posesji, co? Bo buty sobie brudzę w błocie, a mam białe!
Zapadła cisza. Sołtys spojrzał na nią jak na przybysza z innej planety. Ludzie po kątach zaczęli się z niej śmiać. I ze mnie, bo przecież to „moja synowa”. Potem na dożynkach zamiast się przyłączyć do tańca jak wszyscy, siedziała na ławce i nagrywała filmiki, które później wrzucała do internetu. Jeszcze tego samego dnia córka sąsiadki mi mówiła:
– Pani Janino, Weronika znowu coś wystawiła, pół wsi się śmieje.
Zrobiła z nas widowisko. Wszystko komentowała, na wszystko miała odpowiedź. A jak się jej zwróciło uwagę?
– Oj, po co jakieś dramy.
Nie czuła granic. Ani w języku, ani w zachowaniu. Tylko wstyd za nią chodził wszędzie, gdzie się pojawiła.
Próbowałam zachować spokój
Nie minęło wiele czasu, a Weronika udowodniła, że potrafi siać ferment w całej rodzinie. Każde spotkanie, nawet przy niedzielnym obiedzie, zamieniało się w pole bitwy. Niecierpliwa, głośna, z językiem jak bicz – krytykowała wszystko, co robiliśmy. Kiedy raz upiekłam ciasto, rzuciła:
– Znowu szarlotka? Jakby nie było innych przepisów.
Nie pomogło, że podsunęłam jej przepis, żeby spróbowała sama. Zamiast zrobić, zaczęła komentować, jakby była ekspertem od wszystkiego. Syn siedział z boku, wstydząc się, albo śmiejąc się pod nosem, co mnie jeszcze bardziej denerwowało. Próbowałam zachować spokój, tłumacząc sobie, że może jest młoda i nie zna zwyczajów, ale nic nie pomagało. Każde słowo to atak, każdy gest to wyśmiewanie naszych zasad.
Ja musiałam tłumić własne emocje, bo każdy mój komentarz tylko nakręcał spiralę awantur. Sąsiadów też już wciągnęła w swoje gry. Ludzie szeptali za naszymi plecami, że „ta dziewczyna nie nadaje się do normalnego życia”. A ja – jako matka i teściowa – czułam ciężar upokorzenia i wstydu za całą rodzinę. Codziennie myślałam, że może jednak syn zauważy, jaka jest, zanim będzie za późno, ale on zdawał się nie widzieć problemu.
Nasze życie straciło spokój
Z czasem zrozumiałam, że Weronika nigdy się nie zmieni. Wszystkie próby rozmów, tłumaczenia zasad domu, wspólnych obowiązków kończyły się jej ironicznym uśmiechem i kolejnym atakiem słownym. Syn stał po jej stronie, wiecznie tłumacząc jej zachowanie.
– Oj mamo, znów się czepiasz, ona po prostu taka jest – mówił.
– To nie znaczy, że ja mam to potulnie akceptować – odpowiadałam stanowczo.
Każdy dzień w domu stawał się coraz trudniejszy. Obserwowałam, jak wstyd i napięcie rozlewa się po całej rodzinie, jak atmosfera staje się duszna i nerwowa. Sąsiedzi przestali przychodzić na nasze spotkania, szeptali za plecami, że „moja synowa to wstyd dla wsi”.
Próbowałam znaleźć jakąś zaletę w jej zachowaniu, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Wszystko było na pokaz – modna fryzura, markowe ubrania, zdjęcia – a w rzeczywistości pusta w środku, bez chęci do nauki czy pracy. Codziennie czułam wstyd i gniew, obserwując, jak syn z nią współpracuje, podczas gdy reszta rodziny cierpi. Jej nieustanne roszczenia, ignorowanie tradycji i brak pokory sprawiały, że nasze życie straciło spokój.
Muszę nauczyć się przetrwać
Minęły miesiące, a ja wciąż czułam ciężar Weroniki w domu. Każde jej słowo, każdy gest przypominały mi, że nie da się zmienić kogoś, kto nie chce się zmienić. Nawet Syn – choć początkowo dumny z wyboru – powoli zaczął odczuwać konsekwencje jej zachowania.
Czasami próbowałam z Weroniką rozmawiać, tłumaczyć zasady, wskazywać granice. Nic nie pomagało. Każda rada spotykała się z ironicznym uśmiechem, a krytyka była powodem do obrazy i awantury. Zrozumiałam, że nie mogę ratować sytuacji ani przekonać syna, ani jej samej. Najtrudniejsze było przyglądać się, jak zyskuje władzę w naszym domu kosztem spokoju i godności całej rodziny.
Pozostał mi tylko wstyd i poczucie bezsilności. Wspomnienia dawnych rodzinnych spotkań, które były pełne śmiechu i ciepła, zatarły się w cieniu jej obecności. Nie mogłam patrzeć, jak jej głośna buzia i brak szacunku stały się znakiem rozpoznawczym naszej rodziny. Wiem, że życie z nią będzie trudne, a ja muszę nauczyć się przetrwać, zachowując przy tym własną godność. Wstyd pozostaje, tak jak świadomość, że czasami najbliższa rodzina przynosi najwięcej bólu i kompromitacji.
Zofia, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Naszło mnie na zimne nóżki, więc zabrałam się do roboty. Po chwili słyszałam, jak synowa szkaluje mnie za plecami”
- „Zięć zawsze był interesowny, ale teraz to już przesadził. W Dzień Babci powiedziałam mu szczerze, co o nim myślę”
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”