„Moja żona była solidna jak szwajcarski zegarek. Gdy nagle przestała gotować i prasować, okazało się, że nic nie umiem”
„Moja żona była spokojna, poukładana, wszystko miała pod kontrolą. Gotowała, sprzątała, pamiętała o moich sprawach. Moje życie przy niej było doskonałe. Nie pytałem, jak się czuje. Ważne było, że w domu było cicho i wygodnie. Dopiero gdy przestała gotować i patrzyła na mnie jak na obcego, zrozumiałem, że przez lata brałem, a nigdy nie dawałem”.

- Redakcja
Moja żona była cicha, poukładana, zorganizowana. Od początku wiedziałem, że z nią życie będzie spokojne, że nie zaskoczy mnie jakąś furią czy buntem. Lubiłem mieć wszystko pod kontrolą – i jej zachowanie, i obiad na czas, i wyprasowane koszule w szafie. Było mi z tym wygodnie.
Nigdy nie podniosła głosu, nie skarżyła się. Chodziła jak w zegarku – zawsze na czas, zawsze tam, gdzie trzeba. Myślałem, że tak już będzie zawsze. Że da się żyć z kimś, kto zapomniał o sobie, żeby wygodnie było mnie. Nie przewidziałem jednego – że „zegarek” kiedyś się zatrzyma.
Zawsze taka opanowana
– Włożyłam ci do torby śniadanie. Z jajkiem, tak jak lubisz – powiedziała, zanim jeszcze zdjąłem kurtkę. Jak zwykle. Zawsze wiedziała, o której wrócę z siłowni, co chcę zjeść, w co się ubrać, nawet zanim o tym pomyślałem.
Nawet herbatę miała opanowaną – dwie torebki, żadnego cukru, cytryna na samym końcu. Bez zbędnych pytań. Czułem się z tym... dobrze. Bezpiecznie. Jakbym wracał do idealnie zaprogramowanego systemu, który po prostu działa.
– A w piekarniku masz sernik. Ciepły. Upiekłam rano.
– Serio? Ty jesteś jakaś niemożliwa – zaśmiałem się, siadając do stołu. – Która kobieta wstaje o szóstej, żeby piec ciasto?
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko.
– Po prostu wiedziałam, że miałeś trudny tydzień. Myślałam, że ci się przyda coś słodkiego.
Wiedziała. Zawsze wszystko wiedziała. Nie musiała pytać, nie musiała nic mówić. Ja tylko egzystowałem, ona dbała, żeby to wszystko się kręciło. W domu było czysto, cisza, spokój. Zakupy zrobione, skarpety poskładane, a jak czegoś zapominałem, to czekało przy drzwiach z karteczką „Nie zapomnij!”. To było jak życie z perfekcyjnym osobistym asystentem.
– A ty dzisiaj nic nie jesz? – zapytałem któregoś dnia, kiedy zauważyłem, że po raz kolejny nie usiadła ze mną do stołu.
– Zjem później, muszę jeszcze coś ogarnąć – odpowiedziała szybko, ścierając blat, na którym nic nie było.
Nie zwróciłem wtedy na to większej uwagi. Miałem jeszcze pół sernika i święty spokój.
Nie musiałem prosić. Wystarczyło rzucić hasło, nawet półsłówkiem, a ona już wiedziała, co robić. Czasem miałem wrażenie, że reagowała szybciej niż ja kończyłem myśl.
– Zabrakło mi białych koszul, chyba ci coś umknęło – powiedziałem, zerkając do szafy.
– Już się piorą – odpowiedziała spokojnie, nie odrywając wzroku od deski do prasowania.
Zawsze taka opanowana. Nigdy nie krzyczała, nie dyskutowała. Nawet jak się spóźniałem, jak zapominałem o jej urodzinach. Jak mówiłem, że nie mam siły słuchać jej problemów, bo jestem zmęczony po pracy. Wystarczył mój grymas, a ona już się wycofywała. Odchodziła w cień.
Z czasem przestałem traktować ją jak partnerkę. Raczej jak niezawodny mechanizm. Skoro działa – po co coś zmieniać?
– Zrobisz mi kawę? – rzucałem z kanapy.
– Jasne – odpowiadała z kuchni.
Nie pytałem, czy ma czas. Czy ją boli głowa, czy może chciałaby usiąść obok i pooglądać coś razem. To nie było mi potrzebne. Potrzebna mi była cisza, gorąca kawa i kobieta, która ogarnie dom, żebym ja nie musiał.
– Wiesz, że kolega z pracy rozwodzi się z żoną? – opowiadałem jej przy obiedzie. – Wiecznie się kłócili. A u nas cisza, spokój. Widzisz, dlatego to działa. Żadnych dramatów, żadnych pretensji.
Uśmiechała się wtedy lekko i kiwała głową. Jakby się ze mną zgadzała. Jakby rzeczywiście wszystko było w porządku. Jakby...
Zaczęło się od drobiazgów
Dopiero po czasie zrozumiałem, że ten uśmiech był pusty. Że kiwanie głową nie oznaczało zgody, tylko rezygnację. Zaczęło się od drobiazgów. Cukier w herbacie. Nigdy nie słodzę. A tu któregoś dnia – dwa pełne łyżeczki. Skrzywiłem się i spojrzałem na nią zdziwiony.
– Pomyliłam się – powiedziała cicho i odwróciła wzrok.
Pomyliła się? Ona? To było jak błąd w szwajcarskim zegarku. Coś, co nie miało prawa się wydarzyć.
Kilka dni później spóźniła się z obiadem. Wracałem do domu głodny jak wilk, a w garnku tylko ciepła woda i ryż, nawet nie był posolony. Popatrzyłem na nią z niedowierzaniem.
– Co jest? Miałaś cały dzień, a ja jem ryż bez niczego?
– Zapomniałam... – powiedziała, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
Zapomniała? Co się z nią działo? Przecież ona zawsze wszystko pamiętała. Byłem wściekły, ale coś mnie powstrzymało przed zrobieniem awantury. Chyba dlatego, że wyglądała na zmęczoną. Jakby naprawdę nie miała już siły.
Następnego dnia wróciłem późno, a w kuchni paliło się tylko jedno światło. Siedziała przy stole, w pidżamie, z kubkiem herbaty. Kiedy wszedłem, nie zerwała się jak zwykle. Nie podeszła, nie zapytała, czy chcę jeść, czy przynieść piwo, czy obejrzymy coś razem.
– Wszystko okej? – zapytałem z grzeczności.
– Tak – odpowiedziała, nawet na mnie nie patrząc.
Coś zaczęło zgrzytać. Jeszcze nie wiedziałem co. Może to było nic, chwilowe zmęczenie. A może... może to właśnie była pierwsza rysa w idealnym układzie. Tylko że ja jeszcze nie rozumiałem, że wszystko, co wygodne, kiedyś przestaje działać, jeśli nie jest wzajemne.
Znalazłem ją w drugim pokoju
Tego dnia wróciłem późno. Mecz, potem piwo z chłopakami. Myślałem, że jak zwykle zastanę ją w kuchni albo przy prasowaniu. Zawsze czekała. Tym razem... nigdzie jej nie było. Cisza w domu jak po wybuchu.
Na stole – brak kolacji. W pralce – brudne rzeczy, które miały być wyprane. W sypialni – łóżko niepościelone. Coś było nie tak.
– Halo? – zawołałem, ale odpowiedziała mi tylko cisza.
Znalazłem ją w drugim pokoju. Siedziała na podłodze, oparta o ścianę, z zamkniętymi oczami. Obok niej leżała książka, której nigdy wcześniej nie widziałem.
– Wszystko w porządku? – zapytałem ostrożnie.
Otworzyła oczy powoli i spojrzała na mnie, jakby mnie pierwszy raz widziała.
– Tak. Po prostu... dziś nic nie robiłam. Chciałam zobaczyć, co się stanie, jak przestanę.
– Żartujesz?
– Nie.
Zamurowało mnie. Przez chwilę stałem jak słup soli.
– I co się stało? – zapytałem w końcu, z lekkim drżeniem w głosie.
– Nic – odparła. – Świat się nie zawalił. Tylko ty jesteś zły, że nie dostałeś swojego ciepłego obiadu.
– Przestań. Po prostu to do ciebie niepodobne.
– A może po prostu pierwszy raz jestem podobna do siebie?
To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłem w niej coś, czego wcześniej nie chciałem widzieć. Kobietę, która miała już dość bycia niewidzialną. Nie wiedziałem jeszcze, że to nie jest chwilowe. Że ten zegarek już się zatrzymał. I że nie da się go nakręcić.
– Musimy pogadać – powiedziała któregoś ranka, zanim zdążyłem nalać sobie kawy.
Zdziwiłem się. Ona nigdy nie zaczynała rozmów. Nie stawiała warunków. Zawsze czekała, aż to ja coś powiem, zdecyduję. Teraz patrzyła na mnie spokojnie, ale twardo. Jak ktoś, kto podjął decyzję i przestał się bać konsekwencji.
– Okej, mów – burknąłem.
– Nie chcę już tak żyć. Nie chcę być twoją służącą. Twoim planem B, który możesz dowolnie włączać i wyłączać.
– Przesadzasz.
– Naprawdę? A kiedy ostatni raz zapytałeś mnie, co u mnie? Co czuję? Czego potrzebuję?
Zamilkłem. Nie wiedziałem.
– Traktujesz mnie jak funkcję, nie jak człowieka. Jestem zmęczona. Pusta. Wypalona. A ty się tylko dziwisz, że obiad się spóźnił.
– Przecież dobrze nam było – rzuciłem bez przekonania.
– Tobie było dobrze. Mnie było wygodnie tylko z pozoru. A teraz... mam dość.
Podniosła się, powoli, jakby zrzucała z siebie coś ciężkiego. Wyszła z kuchni, a ja zostałem z kubkiem niedopitej kawy i pustką, jakiej nigdy wcześniej nie czułem. Nie poszła tamtego dnia. Została. Ale już nie sprzątała, nie gotowała, nie składała moich skarpet. Wracałem do mieszkania i czułem, że ktoś tu mieszka... ale już nie dla mnie. Wszystko, co przemilczane przez lata, nagle wypłynęło. Nie w krzyku. W ciszy, która była bardziej przerażająca niż jakikolwiek hałas. I która mówiła: koniec.
Wyszła w niedzielę rano
Spakowała tylko jedną walizkę, bez pośpiechu. Patrzyłem, jak wkłada do niej rzeczy – te same, które przez lata prała, prasowała i układała w mojej szafie. Nie płakała. Nawet nie wyglądała na smutną. Raczej spokojną. Jak ktoś, kto zrzucił z ramion ciężar.
– Nie zatrzymasz mnie? – zapytała, kiedy stanęła przy drzwiach.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Słowa cisnęły mi się do gardła, ale żadne nie chciało przejść przez usta. Przez chwilę miałem nadzieję, że może to tylko teatr, że zaraz się uśmiechnie i powie: „No dobra, wystarczy. Już cię nastraszyłam”. Ale nie powiedziała.
– Nie chcę być już niewidzialna – dodała cicho i wyszła.
Zostałem sam. W czystym mieszkaniu, które nagle zaczęło wydawać się obce. Bez zapachu jej perfum, bez ciepłej herbaty, bez sernika w piekarniku. Przede wszystkim – bez niej.
Dopiero wtedy zacząłem rozumieć. Każde jej milczenie, każdy cichy gest, każde „nic się nie stało”. To wszystko było krzykiem, którego nie chciałem słyszeć. Bo było mi wygodnie. Zawsze myślałem, że ją kocham. Tylko że to nie była miłość. To była wygoda, przewidywalność, pewność, że ktoś ogarnie życie za mnie.
A kiedy w końcu powiedziała „dość”, zrozumiałem, że zgubiłem coś, co było bezcenne. Człowieka, który był przy mnie mimo wszystko. Tylko nie po to, by mi służyć. Dziś już wiem, że nie można mieć w domu zegarka i nazywać go sercem. Bo kiedy przestanie chodzić – zostaje tylko cisza.
Jarek, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie wiedziałam, jak się zabrać za karpia w galarecie. I wtedy teściowa zdradziła mi sekretny przepis prababci z Kresów”
- „Poznaliśmy się na parkingu, gdy nasze auta nie chciały odpalić. Za to nasze serca zapłonęły gorącym uczuciem”
- „Przez 40 lat nie miałam zbyt wielkich ambicji, ale potem możliwości się otworzyły. Pokazałam wszystkim swoją wartość”