„Moja żona chciałaby tylko leżeć i pachnieć. Zamiast iść do roboty, w głowie ma jedynie kawki, drogie perfumy i torebki”
„Zaciskałem pasa, brałem nadgodziny i rezygnowałem z własnych potrzeb, żebyśmy przetrwali ten rzekomy kryzys finansowy i emocjonalny. Aż do dnia, w którym prawda uderzyła mnie prosto w twarz zapachem drogich perfum, słodkiego karmelu z sieciowej kawiarni i szelestem ukrytych w szafie toreb z zakupami. To nie był kryzys. To był teatr, za który ja płaciłem najwyższą cenę”.

- Redakcja
Myślałem, że jesteśmy drużyną. Że kiedy jedno upada, drugie podaje mu rękę. Przez siedem miesięcy wierzyłem w każde słowo o trudnym rynku pracy, o braku odpowiedzi na setki wysłanych CV i o rekruterach, którzy nie oddzwaniają. Zaciskałem pasa, brałem nadgodziny i rezygnowałem z własnych potrzeb, żebyśmy przetrwali ten rzekomy kryzys finansowy i emocjonalny. Aż do dnia, w którym prawda uderzyła mnie prosto w twarz zapachem drogich perfum, słodkiego karmelu z sieciowej kawiarni i szelestem ukrytych w szafie toreb z zakupami. To nie był kryzys. To był teatr, za który ja płaciłem najwyższą cenę.
Wtedy naprawdę w to wierzyłem
Wszystko zaczęło się któregoś szarego dnia, który idealnie pasował do nastroju, jaki zapanował w naszym domu. Kinga wróciła wtedy z biura wcześniej niż zwykle. Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj – stała w przedpokoju w płaszczu, nawet nie zdjęła butów, a po jej policzkach płynęły czarne smugi rozmazanego tuszu.
– Zwolnili mnie – wydusiła, a jej głos łamał się z każdym słowem. – Redukcja etatów. Powiedzieli, że to nie moja wina, ale co z tego?
Przytuliłem ją mocno, czując, jak drży. Wiedziałem, że ta praca w dziale marketingu była dla niej ważna, choć często narzekała na szefa i atmosferę. Ale dawała stabilizację, co przy naszym kredycie hipotecznym na mieszkanie było kluczowe. Mimo to, w tamtej chwili pieniądze zeszły na drugi plan. Liczyła się ona i jej samopoczucie.
– Spokojnie, kochanie – szeptałem jej do ucha, głaszcząc po plecach. – Poradzimy sobie. Mam stabilną pozycję w firmie, mamy poduszkę finansową. Odpocznij przez miesiąc, zregeneruj się, a potem na spokojnie poszukasz czegoś nowego. Może nawet lepszego.
Wtedy naprawdę w to wierzyłem. Byłem gotów wziąć na barki cały ciężar utrzymania domu, byle tylko ona odzyskała równowagę. Ustaliliśmy plan: Kinga robi sobie przerwę do końca roku, a od stycznia rusza z wysyłaniem aplikacji. Wydawało się to rozsądne i uczciwe. Nie wiedziałem jeszcze, że ta "chwila oddechu" zamieni się w maraton kłamstw, który zrujnuje nasze małżeństwo. Pierwsze tygodnie były nawet przyjemne. Wracając z pracy, zastawałem w domu obiad, mieszkanie lśniło, a Kinga wydawała się bardziej zrelaksowana. Cieszyłem się, widząc, jak odżywa. Jednak styczeń nadszedł szybciej, niż się spodziewaliśmy, a wraz z nim nowa rzeczywistość, która powoli zaczęła mnie przytłaczać.
Wmawiałem sobie, że muszę być twardy
Zgodnie z umową, po jakimś czasie Kinga miała zacząć szukać pracy. I – według jej relacji – robiła to niezwykle intensywnie. Każdego dnia po powrocie z biura pytałem, jak jej poszło.
– Wysłałam dzisiaj dziesięć CV – mówiła, leżąc na kanapie z laptopem na kolanach. – Ale wymagają cudów za małe pieniądze.
Kiwałem głową ze zrozumieniem. Słyszałem od znajomych, że w marketingu bywa różnie, więc nie miałem powodów, by jej nie wierzyć. Jednak mijały kolejne miesiące, a telefon Kingi milczał. Moje oszczędności topniały w zastraszającym tempie, bo jedna pensja przy rosnących ratach kredytu i opłatach czynszowych ledwo wystarczała na bieżące wydatki. Zacząłem brać dodatkowe zlecenia. Jestem grafikiem, więc wieczorami i w weekendy siedziałem przed komputerem, projektując logotypy i strony internetowe dla dorywczych klientów. Byłem permanentnie zmęczony. Oczy piekły mnie od monitora, kręgosłup odmawiał posłuszeństwa, a stres związany z finansami budził mnie w środku nocy.
Tymczasem Kinga wydawała się... dziwnie spokojna. Oczekiwałem, że widząc moją harówkę, przejmie więcej obowiązków domowych albo chociaż ograniczy wydatki. Tymczasem obiady stawały się rzadsze – często słyszałem, że "nie miała czasu", bo przeglądała ogłoszenia albo pisała listy motywacyjne. W domu coraz częściej panował bałagan, a ona tłumaczyła to stresem z powodu bezrobocia.
– Jestem tym zmęczona, Tomek – mówiła z wyrzutem, gdy raz delikatnie zasugerowałem, żeby wstawiła pranie. – Czuję się bezużyteczna, nikt mnie nie chce, a ty jeszcze robisz mi wyrzuty o brudne skarpetki?
Wtedy czułem się winny. Przepraszałem ją, robiłem zakupy, sprzątałem w soboty, a w niedziele znowu siadałem do zleceń. Wmawiałem sobie, że muszę być twardy dla nas obojga.
Czy muszę się tłumaczyć z każdego grosza?
Pierwsze ziarno niepokoju zostało w końcu zasiane. Któregoś dnia Kinga powiedziała rano, że ma umówioną rozmowę kwalifikacyjną w dużej korporacji na drugim końcu miasta.
– Trzymaj kciuki, to może być przełom! – rzuciła, wychodząc z domu w eleganckiej garsonce.
Cieszyłem się jak dziecko. Cały dzień w pracy zerkałem na telefon, czekając na wieści. Kiedy wróciłem do domu, zastałem ją smutną.
– I jak? – zapytałem z nadzieją.
– Fatalnie – westchnęła, nalewając sobie soku. – Straciłam tylko czas i paliwo.
Współczułem jej, ale coś mi nie pasowało. Kilka dni później, przeglądając wyciąg z naszego wspólnego konta, z którego korzystaliśmy głównie do opłat i zakupów spożywczych, zauważyłem dziwne transakcje. Tego dnia, kiedy rzekomo była na rozmowie, karta została użyta w kawiarni w centrum handlowym, a potem w drogerii. Kwoty nie były gigantyczne, ale zauważalne.
– Kupiłam sobie kawę na pocieszenie po tej katastrofie – wyjaśniła szybko, gdy o to zapytałem. – A w drogerii tylko szampon i pastę do zębów. Czy muszę się tłumaczyć z każdego grosza, kiedy jest mi tak ciężko?
Znowu użyła tej karty – "jest mi ciężko". To była jej śpiewka. Każde moje pytanie o pieniądze było odbierane jako atak na jej kruche poczucie wartości. Wycofałem się. Przecież kochałem ją i nie chciałem być tym mężem, który wylicza żonie kawę. Jednak wątpliwości nie znikały. Zacząłem uważniej przyglądać się otoczeniu. Zauważyłem, że Kinga ma nowe kolczyki. Nowy szalik. Kiedy pytałem, mówiła, że to stare rzeczy, które wygrzebała z dna szuflady. Ale one pachniały nowością, nie kurzem. Samochód, którym jeździła rzekomo tylko na rozmowy, tankowała zaskakująco często. Licznik kilometrów bił szybciej, niż wskazywałaby na to logika bezrobotnej osoby wysyłającej CV z domu. Czułem się jak w pułapce. Z jednej strony intuicja krzyczała, że jestem oszukiwany. Z drugiej – serce nie chciało dopuścić myśli, że moja żona mogłaby tak cynicznie wykorzystywać moją pracę.
Wyglądała na... szczęśliwą
Punkt zwrotny nastąpił w zeszły wtorek. Miałem zaplanowane spotkanie z kluczowym klientem w centrum miasta, niedaleko największej galerii handlowej. Klient jednak w ostatniej chwili odwołał wizytę, przesuwając ją na kolejny tydzień. Była godzina jedenasta. Miałem dwie godziny luzu przed powrotem do biura. Pomyślałem, że wejdę do galerii, żeby kupić Kindze jakiś drobiazg na poprawę humoru – może książkę albo ulubione czekoladki. Tego dnia rano powiedziała mi, że ma webinar szkoleniowy i będzie zajęta do piętnastej, więc mam nie dzwonić.
Wszedłem do środka, mijając tłumy ludzi. Skierowałem się w stronę ruchomych schodów. I wtedy, na piętrze restauracyjnym, zobaczyłem coś, co sprawiło, że moje nogi wrosły w ziemię. Przy stoliku w modnej kawiarni, z widokiem na główny hol, siedziała Kinga. Nie wyglądała na osobę zestresowaną bezrobociem czy skupioną na webinarze. Śmiała się do telefonu, który trzymała w ręce. Przed nią stała duża latte z bitą śmietaną i kawałek ciasta. Ale to nie kawa mnie zszokowała. Obok jej krzesła stały trzy duże, papierowe torby z logo drogich sieciówek odzieżowych.
Schowałem się za filarem, czując, jak serce wali mi w piersi. Może czeka na kogoś? Może to jakaś pomyłka? Stałem tam przez piętnaście minut. Nikt do niej nie podszedł. Kinga po prostu siedziała, scrollowała telefon, popijała kawę i wyglądała na... szczęśliwą. Tak beztroską, jakiej nie widziałem jej od lat. W tym samym czasie ja powinienem siedzieć w dusznym biurze, martwiąc się, czy wystarczy nam na ubezpieczenie samochodu. Wycofałem się. Nie podszedłem do niej. Nie byłem w stanie. Czułem tak ogromną mieszankę wściekłości i żalu, że bałem się, iż zrobię scenę w miejscu publicznym. Wróciłem do samochodu, trzęsącymi się rękami wybrałem numer do szefa i powiedziałem, że muszę wziąć resztę dnia wolnego z powodów rodzinnych.
Wszystko było kłamstwem
Pojechałem prosto do domu. Wiedziałem, że mam jeszcze kilka godzin, zanim ona wróci ze swojego "webinaru". Musiałem mieć pewność. Musiałem wiedzieć, z jaką skalą kłamstwa mam do czynienia. Wszedłem do sypialni i otworzyłem jej szafę. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Ale kiedy przesunąłem wieszaki z zimowymi płaszczami na samym końcu, odkryłem jej sekretny świat. Upchane z tyłu, w głębi półek, leżały sterty ubrań, których nigdy na niej nie widziałem. Bluzki z metkami. Sukienki jeszcze w folii. Buty w pudełkach, które nigdy nie dotknęły chodnika. Drogie kosmetyki ukryte w pudełku po butach zimowych. Rachunki. Znalazłem ich garść w kieszeni jednego z nowych żakietów.
Daty sięgały lutego. Kwoty? Przerażające. 300 złotych, 500 złotych, 200 złotych. Wszystko płacone gotówką lub kartą kredytową, o której istnieniu nie miałem pojęcia – prawdopodobnie wyrobiła ją tuż przed utratą pracy lub miała ją od dawna, a teraz zadłużała nas po uszy. Usiadłem na łóżku, trzymając w ręku jedwabną apaszkę za kwotę, która stanowiła połowę naszej raty kredytu. Czułem się, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię. To nie było zwykłe "kupienie sobie czegoś na poprawę nastroju". To było systematyczne życie na poziomie, na który nas nie było stać, finansowane moją ciężką pracą, podczas gdy ja żyłem w iluzji wspólnego oszczędzania.
Ona nie szukała pracy. Ona zrobiła sobie wakacje. Wakacje od odpowiedzialności, od dorosłości, od partnerstwa. Sprawdziłem historię przeglądarki na naszym domowym tablecie, z którego czasem korzystała. Żadnych portali z pracą. Żadnych wysłanych maili z CV w folderze "Wysłane". Za to mnóstwo stron z modą, blogi lifestylowe, fora plotkarskie i sklepy online. Wszystko było kłamstwem. Każda "rozmowa kwalifikacyjna", każdy "brak odpowiedzi", każdy "zły rynek".
Jesteś skupiony tylko na pieniądzach
Wróciła o 16:30. Weszła do domu z tą samą miną cierpiętnicy, którą serwowała mi od miesięcy.
– Cześć – westchnęła, rzucając torebkę na komodę.
Siedziałem w fotelu w salonie. Na stole przed mną leżały paragony, wydruk z historii przeglądarki i kilka ubrań z metkami, które wyciągnąłem z szafy. Kiedy weszła do salonu i zobaczyła ten stos prawdy, zatrzymała się w pół kroku. Jej twarz momentalnie zbladła, a potem, w ułamku sekundy, przybrała wyraz, którego się nie spodziewałem. Nie było tam skruchy. Była złość.
– Co ty robisz? Grzebałeś w moich rzeczach? – warknęła, zamiast zapytać o cokolwiek innego.
– Byłem dzisiaj w Galerii Bałtyckiej – powiedziałem spokojnie, choć w środku się gotowałem. – Widziałem cię. Widziałem, jak ciężko pracujesz nad kawą i zakupami. A potem wróciłem do domu i zobaczyłem, na co idą pieniądze, które zarabiam po dwanaście godzin na dobę.
Kinga zaczerwieniła się, ale nie spuściła wzroku.
– Śledzisz mnie? Jak możesz!
– A Ty? Kłamiesz mi w żywe oczy każdego dnia. Udajesz, że szukasz pracy, a tak naprawdę balujesz za moje pieniądze, podczas gdy ja haruję za dwoje! Dlaczego, Kinga? Dlaczego mi to robisz?
Spodziewałem się łez, przeprosin, tłumaczenia, że się pogubiła. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mi spróbować ją zrozumieć. Zamiast tego usłyszałem atak.
– Bo mam dość twoich oczekiwań! – krzyknęła, rzucając rękami. – Tylko praca, kredyt, oszczędzanie, przyszłość! Jesteś nudny, Tomek! Jesteś skupiony tylko na pieniądzach! Chciałam pożyć, rozumiesz? Należało mi się coś od życia po tym, jak harowałam w tamtej korporacji!
– Należało ci się? – zaśmiałem się gorzko. – Kosztem kłamstw? Mogłaś powiedzieć: "Tomek, potrzebuję pół roku przerwy". Ustalilibyśmy budżet. Ale ty wolałaś udawać, żebym ja cię utrzymywał i jeszcze ci współczuł!
– Bo byś się nie zgodził! – wrzasnęła. – Bo od razu byś zaczął swoje wyliczenia, tabelki i gadanie o odpowiedzialności. A ja chciałam mieć spokój! To twoja wina, że musiałam kłamać.
Stałem tam i słuchałem, jak moja żona odwraca kota ogonem. W jej oczach to ja byłem winny, bo byłem "zbyt odpowiedzialny". Ta kłótnia trwała godzinami. Nie doszliśmy do żadnego porozumienia. Kinga nie widziała problemu w swoich kłamstwach, widziała problem w mojej reakcji i w moim "sknerstwie", choć oddawałem jej wszystko, co miałem. Wieczorem spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i pojechałem do brata. Nie mogłem zostać w tym mieszkaniu. Patrząc na nią, nie widziałem już kobiety, którą kochałem. Widziałem obcą osobę, pasożyta, który żerował na moim zaufaniu i dobroci.
Nie wiem, czy nasze małżeństwo da się uratować. Trudno budować cokolwiek na fundamencie z kłamstw i pogardy dla wysiłku drugiej osoby. Na razie wiem jedno – nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś wykorzystał moją miłość przeciwko mnie. Nawet jeśli tą osobą jest moja żona. Czuję się lżejszy bez tego ciężaru kłamstw.
Tomasz, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie mieliśmy kasy na ferie w Austrii dla syna, a mój mąż zaczął się dziwnie zachowywać. Serce mi pękło, gdy odkryłam powód”
- „Mąż zaprosił mnie na kolację, a teraz wypomina mi każdy grosz. Jego skąpstwo odbija mi się czkawką jak małże”
- „Po latach babrania się w pieluchach wróciłam do pracy. Gdy dostałam pierwszą pensję, mąż parsknął śmiechem”