Reklama

Moja żona, Ewelina, jeszcze przed ślubem mówiła, że nie przepada za bliskością, ale wtedy sądziłem, że to tylko chwilowa rezerwa. Minęło dziesięć lat, a naszą alkowę można było podsumować jednym zdaniem: „zawsze coś ją boli”. Głowa, brzuch, stres, dzieci, pogoda – byle nie dziś. Byliśmy blisko coraz rzadziej, aż w końcu nasza sypialnia zamieniła się w coś w rodzaju współdzielonego pokoju do spania. Nie mogłem uwierzyć, że jako trzydziestosiedmioletni facet w sile wieku muszę „pościć”, bo żona wydziwia. Długo się wahałem, miałem wyrzuty sumienia, ale w końcu dałem się ponieść. Poznałem Martę. Piękną, zmysłową i energiczną, jeśli wiecie, co mam na myśli. Przy niej czułem się znów jak facet, nie jak współlokator. Nie planowałem zdrady. Ona po prostu wydarzyła się sama, kiedy serce i ciało przestały znosić odrzucenie.

Zawsze ją boli głowa

– Może w końcu zostaniemy dziś trochę dłużej razem? – zapytałem, obejmując Ewelinę delikatnie w talii, gdy rano sięgała po telefon.

– Mateusz… no przestań – jęknęła. – Mam dziś zebranie z rodzicami, muszę wcześniej wyjść. I boli mnie głowa od rana.

Wyplątała się z moich ramion jakby parzyły, a ja zostałem z ręką w powietrzu i myślami, które aż wrzały. Nie pierwszy raz, nie dziesiąty. Od miesięcy, jeśli nie lat, nasze poranki wyglądały tak samo. Kiedyś próbowałem jeszcze coś mówić, inicjować, rozmawiać. Teraz tylko liczyłem te jej wymówki. Nie zdradzałem jej. Jeszcze.

Wmawiałem sobie, że to przejściowe, że może wróci tamta namiętność z początku, kiedy potrafiliśmy całe weekendy cieszyć się sobą. Ale minęło dziesięć lat i zamiast bliskości była rutyna, rozładowane emocje i nocne przewracanie się z boku na bok. Czasem, gdy stałem pod prysznicem, myślałem o tym, jak łatwo kobieta może zamienić faceta w cień. Nie z nienawiści, nie ze złośliwości. Po prostu przestaje dostrzegać, że on czegoś pragnie. Zacząłem czuć się przezroczysty.

Niewinny flirt w delegacji

To miało być zwykłe szkolenie w Poznaniu – trzy dni, prezentacje, wieczorne kolacje z klientami. Pojechałem, bo Ewelina nalegała. „Oderwiesz się trochę od domu, dobrze ci to zrobi” – mówiła, nawet nie zerkając znad laptopa. Zawsze taka „wyrozumiała”, gdy chodziło o to, żeby mnie nie było. Drugiego dnia, po nudnych prelekcjach, poszliśmy większą grupą na drinka. To tam poznałem Martę. Siedziała obok, śmiała się z moich żartów, poprawiała włosy, patrzyła uważnie, jakbym naprawdę był ciekawy. I właśnie wtedy poczułem coś, czego nie czułem od lat – że jestem mężczyzną, który może się podobać.

– Twoja żona nie będzie zazdrosna, że tak się do mnie przysiadłeś? – zapytała z uśmiechem.

– Moja żona... nie zauważy nawet, że mnie nie ma – odpowiedziałem półżartem.

Nic się wtedy nie stało. Żadnego dotyku, żadnego pocałunku. Ale kiedy wróciłem do hotelowego pokoju, nie mogłem przestać o niej myśleć. Jej zapach, jej śmiech, jej ręka muskająca przypadkiem moją. Zasnąłem niespokojnie, obok telefonu, w którym pojawił się nowy kontakt: „Marta – HR”. Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś ktoś tak po prostu spojrzy na mnie z uwagą.

Marta wie, czego mi potrzeba

Zaczęliśmy pisać zaraz po powrocie. Najpierw wiadomości o pracy, potem o pogodzie, później o życiu. Marta wiedziała, jak słuchać. Pytała o moje dzieci, o marzenia, o to, co mnie naprawdę wkurza. A mnie... wciągało to jak ruchome piaski. Nie flirtowała nachalnie. Robiła to subtelnie, z klasą. Wysyłała zdjęcie swojej kawy z dopiskiem „brakuje tylko towarzystwa” albo selfie z windy z pytaniem „jak wyglądam dziś?”. Kiedy raz zapytała, czy jestem szczęśliwy, długo nie odpisywałem. W końcu wysłałem: „A ty?”. Odpisała: „Z tobą? Chyba tak.”

Nie szukałem kochanki. Naprawdę. Po prostu zbyt długo czułem się w domu jak intruz. Kiedy w końcu spotykasz kobietę, która nie tylko patrzy, ale widzi – trudno się nie złamać. Spotkaliśmy się pierwszy raz „po pracy”, niby przypadkiem, w galerii handlowej. Piliśmy kawę przez godzinę, a potem przeszliśmy się bez celu. Przed wyjściem nachyliła się i szepnęła:

– Wiesz, że gdybyś tylko chciał, mogłabym być kimś więcej niż tylko koleżanką z pracy?

Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Patrzyliśmy sobie w oczy, milcząc. Serce waliło mi jak młot. Tego dnia wróciłem do domu i nie pocałowałem Eweliny na powitanie.

Wiodłem podwójne życie

Z czasem nasze spotkania stały się regularne. Najpierw raz na dwa tygodnie, potem co piątek. Zawsze w hotelu na obrzeżach miasta, zawsze zarezerwowanym przez nią. Marta nie oczekiwała deklaracji, nie robiła scen. Po prostu była – ciepła, czuła, namiętna. Nie pytała o Ewelinę. Nie mówiła, że muszę coś kończyć. A ja… po raz pierwszy od dawna czułem się żywy. Nosiłem na sobie zapach jej perfum i czułem, że jestem komuś potrzebny. Nie tylko jako ojciec, pracownik czy mąż od rachunków i usterki w zlewie. W domu stawałem się coraz bardziej nieobecny. Ewelina tego nie zauważała albo udawała. Nadal narzekała na bóle głowy, unikała czułości. Gdy zapytałem kiedyś, czy coś jest nie tak, wzruszyła ramionami:

– Po prostu życie, Mateusz. Dorośnij. Nie wszystko kręci się wokół... tego.

Nie odpowiedziałem. Już wiedziałem, że nie da się być szczęśliwym tam, gdzie twoje potrzeby są wiecznie bagatelizowane. Zaczęło mnie przerażać, jak łatwo nauczyłem się kłamać. I jak bardzo nie miałem z tego powodu wyrzutów.

Granice się zacierały

Kiedyś, po jednym ze spotkań z Martą, wróciłem później niż zwykle. Ewelina czekała w kuchni. Ubrana w dres, z herbatą w dłoniach, popatrzyła na mnie i zapytała:

– Pracujesz dziś dłużej czy po prostu nie wracasz do domu?

Nie spodziewałem się tego. Zamarłem w progu. Chciałem zapytać, czy to żart, ale ona patrzyła poważnie. Chyba coś czuła. Może przeczucia, może po prostu kobieca intuicja.

– Byłem na spotkaniu z klientem – powiedziałem, unikając jej wzroku.

– Jasne – rzuciła, dopiła herbatę i wyszła z kuchni, nie mówiąc ani słowa więcej.

To był moment, gdy zrozumiałem, że balansuję nad przepaścią. Że jeśli nie zdecyduję, po której stronie chcę żyć, wszystko może się zawalić. A jednak dalej grałem w swoją grę. Dzieliłem dni pomiędzy dom, gdzie byłem tłem, a świat Marty, w którym znów byłem mężczyzną z krwi i kości. Było mi dobrze. Zbyt dobrze, by zrezygnować. Zbyt wygodnie, by zniszczyć wszystko definitywnie. Ewelina przestała pytać. Robiła swoje. A ja – swoje. Z każdym dniem czułem się mniej winny. A bardziej… jakby tak właśnie miało wyglądać moje życie.

Rozgrzeszenia nie będzie

Któregoś dnia wróciłem wcześniej do domu. Ewelina siedziała na kanapie z telefonem w dłoni. Nie odwróciła wzroku, nawet gdy usłyszała klucz w drzwiach. Cisza między nami była gęstsza niż zwykle. Po chwili podniosła głowę.

– Długo to trwa? – zapytała spokojnie.

Nie udawałem. Nie zaprzeczałem. Pokiwałem tylko głową.

– Myślałam, że ci przejdzie. Że to jakiś kryzys, że może sobie coś udowadniasz. Ale już nie walczę – powiedziała i wstała.

Nie było awantury, łez, wyrzutów. Tylko ten chłodny, wyprany z emocji spokój. Bolał bardziej niż jakiekolwiek krzyki.

– Chcesz odejść? – zapytała.

Milczałem. Sam nie wiedziałem. Marta była ucieczką, ale czy naprawdę miała być życiem? Zamknąłem się w sypialni, usiadłem na łóżku i poczułem, że stoję w rozkroku między dwoma światami, których nijak nie dało się już pogodzić. Marta dawała mi namiętność. Ewelina dawała mi dom. A ja… zdradziłem jedno i drugie. Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Nadal jestem w tym domu. Ewelina nie dotyka mnie wcale. Ja nie piszę już do Marty. I nie wiem, czy to pokuta, czy tchórzostwo. Wiem tylko, że rozgrzeszenia nie będzie.

Mateusz, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama