„Teściowa kpiła z mojej kuchni, bo lubię eksperymenty. Jedna rada sąsiadki sprawiła, że jędza przestała pluć jadem”
„Lubiłam eksperymentować w kuchni, a mąż chwalił moje popisowe dania. Była jednak osoba, która wiecznie podcinała mi skrzydła - moja teściowa. Za każdym razem słyszałam, że przesadzam, że utrudniam sobie życie. A jednak gotowałam dalej. Bo kiedy widziałam, jak Paweł dokładnie wymiata talerz kawałkiem chleba, czułam, że to ma sens. Nie sądziłam, że pewnego dnia moje bataty z jogurtowym sosem odmienią teściową”.

- Redakcja
Od zawsze gotowanie było dla mnie czymś więcej niż obowiązkiem. To był mój sposób na wyciszenie, na poukładanie myśli. Niestety, w moim domu nie wszyscy patrzyli na to w ten sam sposób. Dla mojej teściowej eksperymenty w kuchni były zbędnym wymysłem, a każde nowe danie traktowała jak chwilową modę, która szybko przeminie. Do czasu, aż wydarzyło się coś, czego żadna z nas się nie spodziewała.
Szukała tylko wad
Kiedy po raz pierwszy zrobiłam pieczone bataty z sosem jogurtowo-ziołowym i prażonymi pestkami, byłam z siebie naprawdę dumna. Danie wyglądało kolorowo, pachniało świeżymi ziołami i – co najważniejsze – smakowało wyśmienicie. Postawiłam półmisek na stole z lekkim drżeniem w rękach.
– Co to znowu jest? – zapytała teściowa, marszcząc brwi. – Ziemniaki się skończyły?
– To bataty, mamo – odpowiedział spokojnie mój mąż, Paweł. – Spróbuj, naprawdę dobre.
Teściowa wzięła widelec z wyraźną niechęcią. Przyjrzała się kawałkowi, jakby próbowała ocenić, czy jest bezpieczny.
– Ewa, ty to masz pomysły – westchnęła. – Zwykłe ziemniaki byłyby tańsze i pewniejsze. A to? Fanaberia z internetu.
Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec. Starałam się uśmiechnąć.
– Chciałam spróbować czegoś innego. Przepis ma dużo dobrych opinii.
– Opinie – prychnęła. – Ludzie teraz wszystko chwalą. A potem i tak wracają do schabowego.
Paweł spojrzał na mnie przepraszająco, ale nic nie powiedział. Spróbował pierwszy.
– Naprawdę świetne – stwierdził z przekonaniem. – Chrupiące z wierzchu, miękkie w środku.
Teściowa w końcu wzięła mały kęs. Żuła powoli, jakby chciała znaleźć wadę.
– No… może nie jest najgorsze – przyznała niechętnie. – Ale to dalej wymysł. Za dużo kombinowania.
Tamtego wieczoru udawałam, że jej słowa mnie nie dotknęły. W kuchni jednak długo stałam przy zlewie, myjąc naczynia trochę zbyt energicznie.
To nie był pierwszy raz. Kiedy piekłam chleb na zakwasie – „po co się męczyć, skoro w sklepie jest gotowy”. Gdy zrobiłam pastę z pieczonej papryki – „kto to będzie jadł”. Za każdym razem słyszałam, że przesadzam, że utrudniam sobie życie. A jednak gotowałam dalej. Bo kiedy widziałam, jak Paweł dokładnie wymiata talerz kawałkiem chleba, czułam, że to ma sens.
Sytuacja się odwróciła dzięki sąsiadce
Kilka tygodni później sytuacja przybrała niespodziewany obrót. W sobotnie popołudnie do drzwi zapukała pani Halina, nasza sąsiadka z naprzeciwka. Energiczna, zawsze perfekcyjnie uczesana, z ciekawością w oczach.
– Dzień dobry, Ewo! – zawołała od progu. – Czułam ostatnio taki zapach na klatce, że aż mnie przyciągnęło. To pani coś piekła?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zza moich pleców wyłoniła się teściowa.
– Ach, to pewnie te jej bataty – powiedziała z nutą pobłażania. – Taka nowinka.
– Bataty? – oczy pani Haliny rozbłysły. – Ja właśnie szukałam ciekawego przepisu! Wnuczka prosi, żebym spróbowała czegoś nowego. Podałaby mi pani recepturę?
Zapanowała cisza. Spojrzałam na teściową. Jeszcze chwilę temu pewna siebie, teraz jakby zesztywniała.
– To nic takiego – zaczęła. – Zwykłe pieczone warzywa.
– Ale pachniało obłędnie – nalegała sąsiadka. – Mąż aż pytał, czemu ja tak nie gotuję.
Zobaczyłam, jak twarz teściowej lekko blednie. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.
– To Ewa robiła – powiedziała w końcu cicho. – Ona ma te swoje… przepisy.
Po raz pierwszy usłyszałam w jej głosie nie drwinę, a coś, co przypominało niepewność.
– To może pani Ewa zdradzi mi sekret? – uśmiechnęła się szeroko pani Halina.
Wtedy zrozumiałam, że sytuacja się odwraca. I że to dopiero początek zmian, których żadna z nas się nie spodziewała.
„Młodzi mają pomysły”
Stałyśmy w progu – ja zaskoczona, pani Halina wyczekująca, a teściowa jakby przyłapana na czymś, czego sama jeszcze nie umiała nazwać.
– Oczywiście, już zapiszę – odpowiedziałam, zapraszając sąsiadkę do kuchni.
Usiadłyśmy przy stole. Wyjęłam notes, ten sam, do którego wklejałam wycinki i zapisywałam własne modyfikacje. Pani Halina nachyliła się nad kartką.
– A te pestki to jakie? – dopytywała.
– Dyni i słonecznika. Najpierw chwilę prażę na suchej patelni, żeby były chrupiące.
– A sos?
– Jogurt naturalny, czosnek, natka, trochę soku z cytryny i szczypta soli.
Teściowa stała przy blacie, wycierając już czystą filiżankę. Nie odzywała się, ale widziałam, że słucha każdego słowa.
– Wnuczka mówi, że trzeba jeść kolorowo – zaśmiała się pani Halina. – Ja całe życie gotowałam tradycyjnie, a teraz młodzi mają fajne pomysły.
Teściowa w końcu przerwała ciszę.
– Kolorowo… – mruknęła. – A potem człowiek pół dnia stoi przy garnkach.
– Wcale nie – odpowiedziałam spokojnie. – Bataty pieką się same. Trzeba je tylko wcześniej pokroić.
Pani Halina pokiwała głową z uznaniem.
– Spróbuję w niedzielę. Jak wyjdą, zaproszę was na obiad.
Kiedy wyszła, w kuchni zrobiło się cicho. Teściowa odłożyła ściereczkę i spojrzała na mnie inaczej niż zwykle.
– Dużo z tym roboty? – zapytała nagle.
Zaskoczyła mnie tym pytaniem.
– Nie. Naprawdę prosto. Mogę następnym razem pokazać.
Przez moment milczała. Widziałam, że coś w niej pracuje.
– Wiesz… – zaczęła ostrożnie. – Kiedyś wszystko było jasne. Obiad to był obiad. Teraz człowiek nie nadąża za tymi nowościami.
Nie odpowiedziałam od razu. Czułam, że to pierwszy raz, gdy nie atakuje, tylko się tłumaczy.
– Ja też nie nadążam za wszystkim – przyznałam. – Ale lubię próbować. To mnie cieszy.
Skinęła głową, choć bez uśmiechu. Tego dnia temat się urwał, ale w powietrzu wisiało coś nowego – jakby krucha zgoda.
Teściowa nie do poznania
W niedzielę po południu zadzwonił dzwonek. W drzwiach stała rozpromieniona pani Halina.
– Udały się! – zawołała od progu. – Mąż powiedział, że to najlepsze, co ostatnio jadł. A wnuczka zrobiła zdjęcie i wysłała koleżankom.
Teściowa słuchała uważnie.
– Naprawdę? – zapytała, jakby mimo woli.
– Naprawdę! – potwierdziła sąsiadka. – A ja już myślę, co jeszcze można tak upiec. Pani Ewo, ma pani może coś jeszcze w zanadrzu?
Poczułam, jak w środku rośnie mi ciepło. Teściowa spojrzała na mnie krótko. W jej oczach nie było już kpiny. Było coś bliżej… zawstydzenia?
– Ewa dużo czyta – powiedziała cicho. – Zawsze coś nowego przyniesie.
To zdanie, choć proste, brzmiało jak przyznanie racji.
Kiedy pani Halina wyszła, teściowa usiadła przy stole.
– Myślisz, że… – zawahała się. – Myślisz, że ten sos pasowałby do mięsa?
Zamarłam na sekundę.
– Jasne – odpowiedziałam bez wahania.
I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, że jej pewność siebie nie zniknęła bez śladu. Ona po prostu zaczęła się zmieniać.
Coś nowego zamiast rywalizacji
Tydzień później w moim mieszkaniu znów pachniało pieczonymi batatami. Tym razem to teściowa stała przy blacie, a ja jej pomagałam.
– Nie za drobno? – zapytała, unosząc nóż.
– Jest idealnie – uśmiechnęłam się. – Teraz czosnek.
– Jedną czy dwie? – dopytywała z przejęciem, jakby od tego zależało powodzenie całego obiadu.
Paweł zajrzał do kuchni i aż się zatrzymał.
– Co tu się dzieje? – zaśmiał się. – Wspólna akcja?
– Uczymy się – odpowiedziała jego mama, nie patrząc na mnie, ale też nie z przekąsem. – Podobno człowiek całe życie się uczy.
W jej głosie było coś miękkiego, czego wcześniej nie słyszałam.
Kiedy wszystko było gotowe, teściowa sama ułożyła bataty na półmisku. Posypała je pestkami z taką starannością, jakby dekorowała tort na ważną uroczystość.
– Może zaniesiesz trochę sąsiadce? – zaproponowała nagle. – Niech zobaczy, że ja też potrafię.
Zaskoczyło mnie to „ja też”, ale skinęłam głową.
Kilka minut później stałyśmy razem pod drzwiami sąsiadki. To teściowa zapukała. Pani Halina otworzyła z szerokim uśmiechem.
– O, moje kucharki! – zawołała.
– Tym razem to ja robiłam – powiedziała teściowa i uniosła półmisek. – Z pomocą Ewy, oczywiście.
Weszłyśmy do środka. Pani Halina spróbowała pierwszy kęs i aż klasnęła w dłonie.
– No proszę! Pani Mario, ukryty talent!
Teściowa wyprostowała się lekko.
– Talent to może nie… Ale przepis dobry. I nauczycielka cierpliwa.
Spojrzała na mnie. Krótko, ale znacząco. W jej oczach nie było już ani rywalizacji, ani pobłażania. Była duma – może nie tylko z dania, ale z tego, że odważyła się spróbować czegoś nowego.
W drodze do domu szłyśmy obok siebie w milczeniu. Na klatce schodowej zatrzymała się nagle.
– Wiesz, Ewo… – zaczęła powoli. – Może ja za bardzo trzymałam się tego, co znam. Człowiek myśli, że jak coś działało przez lata, to już nie trzeba nic zmieniać.
Nie odpowiedziałam od razu.
– A ty… – dodała ciszej. – Dobrze, że się nie zniechęciłaś.
Te słowa znaczyły dla mnie więcej niż wszystkie pochwały pani Haliny. Bo nie chodziło już o bataty ani o sos. Chodziło o miejsce przy wspólnym stole. O to, że przestałam być tą „od fanaberii”, a stałam się kimś, kogo warto posłuchać.
Coś naprawdę się domknęło
Od tamtej pory czasem razem przeglądałyśmy przepisy. Czasem wracałyśmy do jej klasycznych dań, a czasem próbowałyśmy moich pomysłów. Nie zawsze wychodziło idealnie, ale już nikt nie mówił o wymysłach. Najbardziej zapadł mi w pamięć moment kilka tygodni później, gdy przy rodzinnym obiedzie kuzyn Pawła zapytał:
– Ciociu, a co to za pyszne warzywa?
Teściowa uśmiechnęła się lekko.
– To przepis Ewy. Nasz domowy hit.
Wtedy poczułam, że coś naprawdę się domknęło. Nie potrzebowałam już udowadniać swojej wartości. Wystarczyło, że robiłam to, co kochałam – a ktoś w końcu to zobaczył.
Ewa, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki miałem spędzić z gorącą brunetką, a siedziałem z byłą żoną na mokrej podłodze. Wszystko przez moje skąpstwo”
- „Włoch z alpejskiej wioski skradł mi serce i całe oszczędności. Jestem wściekła na siebie, że dałam się tak omamić”
- „Na stażu biegałam po pączki z nadzieniem różanym dla szefa. Moje ambicje topniały jak lukier, ale do czasu”