Reklama

To miał być zwykły wtorek, kolejny dzień zlewający się w szarą masę mojego życia, ale to właśnie wtedy runął mój świat. Od miesięcy żyłam w dwóch równoległych rzeczywistościach. W jednej byłam Renatą, znudzoną żoną faceta, który wolał gapienie się w telewizor niż rozmowę ze mną. W drugiej byłam „Bellą”, namiętną, intelektualną boginią, która po nocach wymieniała gorące wiadomości z mężczyzną idealnym. Myślałam, że znalazłam bezpieczną przystań, odskocznię od małżeńskiej martwoty. Nie miałam pojęcia, że ta wirtualna gra zaprowadzi mnie na skraj przepaści, a prawda, którą odkryję, będzie bardziej szokująca niż jakikolwiek scenariusz filmowy.

Miłość była przyzwyczajeniem

Pamiętacie ten smak pączka, który leżał na ladzie o jeden dzień za długo? Z zewnątrz wciąż wyglądał apetycznie, lukier błyszczał, ale po ugryzieniu czuło się tylko czerstwe ciasto i wychnięte nadzienie. Dokładnie tak smakowało moje małżeństwo z Markiem po piętnastu latach. Marek był dobrym człowiekiem. To zdanie powtarzałam sobie jak mantrę, kiedy kolejny wieczór z rzędu siedzieliśmy w salonie w absolutnej ciszy. On zatopiony w wiadomościach sportowych, ja z książką, której treści nie przyswajałam, bo moje myśli krążyły wokół pytania: „Czy to już wszystko? Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?”.

Nie kłóciliśmy się. Nie było latających talerzy ani awantur o pieniądze. Była tylko ta przerażająca, lepka rutyna. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto odbierze córkę z angielskiego, co kupić na obiad, czy zapłaciliśmy rachunek za prąd. Brakowało mi powietrza. Czułam się niewidzialna. Kiedyś Marek patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zjeść. Teraz patrzył przeze mnie, jakbym była elementem wystroju wnętrza, gdzieś pomiędzy kanapą a lampą stojącą. Zaczęłam zwyczajnie więdnąć. Moja przyjaciółka, Kaśka, która była świeżo po rozwodzie i przeżywała drugą młodość, powtarzała mi przy winie:

– Renia, ty nie możesz tak gnić. Facet musi cię adorować. Jak Marek nie widzi, jaki ma skarb, to niech ktoś inny mu to uświadomi.

Wtedy te słowa wydawały mi się absurdalne. Zdrada? Ja? Przecież byłam ułożoną matką nastolatki, pracownicą biurową, kobietą z zasadami. Ale samotność we dwoje to najgorszy rodzaj samotności. Drąży skałę powoli, kropla po kropli, aż w końcu tama pęka.

Pierwsze klik w zakazany owoc

Nie szukałam romansu, szukałam rozmowy. Zalogowałam się na forum dyskusyjnym dla miłośników literatury iberoamerykańskiej. Szukałam kogoś, z kim mogłabym pogadać o Marquezie, bo Marek uważał czytanie beletrystyki za stratę czasu. Wtedy napisał on. Nick: „NocnyWędrowiec”. Jego komentarz pod moim postem o realizmie magicznym był błyskotliwy, zabawny i... zaczepny. Odpowiedziałam. On odpisał. Z publicznego forum przenieśliśmy się na wiadomości prywatne.Początkowo rozmawialiśmy tylko o książkach. Ale wiadomo, jak to jest – od słowa do słowa, pancerze pękają. Zaczęliśmy pisać o życiu. O marzeniach, które gdzieś po drodze zgubiliśmy. O frustracjach.

„NocnyWędrowiec” był wszystkim, czym Marek nie był. Był wrażliwy. Pytał mnie o moje uczucia. Zauważał niuanse w moich wypowiedziach. Kiedy napisałam, że miałam gorszy dzień w pracy, nie odpisał „przejdzie ci”, jak zrobiłby to mój mąż. On napisał: „Opowiedz mi o tym. Chcę wiedzieć, co sprawiło, że twoje oczy straciły blask”. Moje serce, które od lat spało, nagle zaczęło bić szybciej. Każde powiadomienie w telefonie wywoływało u mnie dreszcz emocji, jakiego nie czułam od dekady. Stworzyłam sobie alter ego. W sieci nie byłam zmęczoną życiem Renatą w wyciągniętym dresie. Byłam Bellą. Tajemniczą, inteligentną, pożądaną.

Intensywne życie na 2 fronty

Przez kolejne trzy miesiące prowadziłam podwójne życie. W dzień byłam sumienną pracownicą i żoną, która mechanicznie stawiała przed mężem talerz z zupą. W nocy, gdy Marek już chrapał obok, albo gdy zamykałam się w łazience pod pretekstem długiej kąpieli, przenosiłam się do mojego wirtualnego raju. „NocnyWędrowiec” – a właściwie Artur, bo tak mi się przedstawił – stał się moim powiernikiem. Wiedział o mnie więcej niż mój własny mąż. Wiedział, że nienawidzę mojej szefowej, która jest okropna dla zespołu. Wiedział, że martwię się o moją córkę, Polę, która ostatnio zamknęła się w sobie. Wiedział, że marzę o podróży do Peru.

Zaczęło się robić intensywnie. Nasze rozmowy przestały być tylko intelektualne. Pojawiła się pikantność. Nie wulgarna, ale subtelna, pełna niedopowiedzeń, która działała na wyobraźnię mocniej niż najbardziej dosadne słowa. Artur pisał mi, jak bardzo chciałby mnie zobaczyć, dotknąć mojej dłoni, poczuć mój zapach. Pisał, że jego małżeństwo to fikcja, że jego żona jest jak „zimna ryba”, która go nie rozumie i z którą łączy go już tylko kredyt. Czułam ukłucie satysfakcji i... współczucia. Byliśmy dwiema zagubionymi duszami, które odnalazły się w cyfrowym oceanie.

– Renia, ty promieniejesz – zauważyła Kaśka, kiedy spotkałyśmy się na kawie. – Nowy krem czy nowy facet?

Zaczerwieniłam się jak nastolatka.

– To tylko... znajomy z internetu. Nic poważnego – skłamałam, choć czułam, że to już dawno przekroczyło granice „znajomości”. To była zdrada emocjonalna, czysta i bolesna, ale nie potrafiłam przestać.

Kontrast bolał coraz bardziej

Im bliżej byłam z Arturem, tym bardziej drażnił mnie Marek. Każde jego siorbnięcie herbaty, każdy rzucony w przestrzeń komentarz, każda niezdarna próba przytulenia mnie, odrzucały mnie. Pamiętam naszą piętnastą rocznicę ślubu. Marek kupił mi blender. Blender.

– Stary już ledwo dyszał, a wiem, że lubisz robić te swoje koktajle – powiedział z dumnym uśmiechem, wręczając mi pudełko owinięte w papier z dyskontu.

Chciało mi się płakać. Nie dlatego, że nie potrzebowałam blendera. Dlatego, że to był prezent dla „kucharki”, a nie dla „kobiety”. Tego samego wieczoru zamknęłam się w sypialni i napisałam do Artura. Opowiedziałam mu o blenderze. Odpisał natychmiast: „Gdybym ja był na jego miejscu, kupiłbym Ci bilet do teatru, o którym wspominałaś, a potem zabrałbym Cię na spacer w deszczu, żebyśmy mogli się całować pod jednym parasolem. Zasługujesz na to, by czuć się jak królowa, Bello. Ten facet jest kompletnie ślepy, że nie widzi, kogo ma obok siebie”. Te słowa były jak balsam, a zarazem jak coś, co burzyło we mnie wszystko. Sprawiły, że znienawidziłam Marka jeszcze bardziej za jego przyziemność, a Artura pokochałam za jego romantyzm. Artur stał się moim ideałem. W mojej głowie był wysokim, szatynem o głębokim spojrzeniu (wysłał mi kiedyś zdjęcie, ale było niewyraźne, zrobione w półmroku, widać było tylko zarys sylwetki).

Wylałam z siebie cały żal

Wątek poboczny mojego życia, czyli problemy w pracy, nagle wybuchł ze zdwojoną siłą. Firma ogłosiła restrukturyzację. Moje stanowisko wisiało na włosku. Wróciłam do domu kłębkiem nerwów. Marek siedział w kuchni, naprawiając kran.

– Mogą mnie zwolnić – powiedziałam, stojąc w progu, trzęsąc się z nerwów.

Marek spojrzał na mnie znad klucza francuskiego.

– E tam, nie przesadzaj. Jakoś to będzie. Zawsze sobie radzisz. Zrób mi herbaty, jak już stoisz przy czajniku.

Pękłam. Wybiegłam z kuchni, trzasnęłam drzwiami sypialni i rzuciłam się na telefon. Musiałam pogadać z Arturem. On rozumiał. On zawsze miał dla mnie czas. Zaczęliśmy pisać. Wylewałam z siebie cały żal, strach, frustrację na męża. Artur słuchał. Pocieszał. A potem zaproponował coś, co sprawiło, że żołądek podszedł mi do gardła. „Spotkajmy się. Nie mogę już dłużej żyć tylko literkami na ekranie. Chcę Cię zobaczyć. Jutro. W kawiarni >>Pod Zegarem<<. O 18:00”. Zamarłam. Spotkanie w realu? To oznaczało przekroczenie rubikonu. To już nie była niewinna gra. To był wstęp do fizycznej zdrady. Biłam się z myślami przez godzinę. Patrzyłam na ślubne zdjęcie wiszące na ścianie, na którym ja i Marek wyglądaliśmy na takich szczęśliwych i pełnych nadziei. A potem spojrzałam na ekran telefonu, gdzie czekała obietnica pasji i zrozumienia. Odpisałam: „Dobrze. Będę”.

Czułam się brudna i żałosna

Następnego dnia byłam kłębkiem nerwów. Wyszłam z pracy wcześniej, poszłam do fryzjera, kupiłam nową sukienkę – czerwoną, odważną, taką, jakiej nigdy bym nie założyła dla Marka. Czułam się winna, ale jednocześnie niesamowicie żywa. Adrenalina buzowała w moich żyłach. Dotarłam do kawiarni kwadrans przed czasem. Usiadłam w rogu, zamawiając wino na odwagę. Serce waliło mi jak młot. Obserwowałam drzwi. Każdy wchodzący mężczyzna mógł być nim. Czy będzie wyglądał tak, jak sobie wyobrażałam? Czy chemia zadziała w rzeczywistości? Wybiła 18:00. Nie było go. 18:15. Cisza. Wyjęłam telefon. Napisałam: „Jestem. Gdzie Ty?”. Wiadomość została odczytana, ale brak odpowiedzi.

Zaczęłam panikować. Czyżby stchórzył? A może zobaczył mnie przez szybę i stwierdził, że w rzeczywistości wyglądam gorzej niż w moich opisach? To uderzyło w moje ego najmocniej. Czekałam do 19:00. Wypłakałam w duchu rzekę łez, czując się upokorzona i odrzucona. Wystawiona do wiatru przez faceta z internetu. Wróciłam do domu, czując się brudna i żałosna. Marek był w domu. Siedział na kanapie z laptopem na kolanach. Co dziwne, nie oglądał telewizji. Wyglądał na... przybitego?

– Coś się stało? – zapytał, widząc moją czerwoną sukienkę i rozmazany makijaż.

– Nic. Spotkanie z koleżankami nie wypaliło – burknęłam, zrzucając buty.

– Aha. Szkoda. Ładnie wyglądasz – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od ekranu.

To „ładnie wyglądasz” brzmiało jakoś inaczej. Smutniej. Poszłam pod prysznic, żeby zmyć z siebie ten fatalny dzień. Kiedy wyszłam, Marek spał już w sypialni, odwrócony plecami do drzwi. Jego laptop leżał otwarty na szafce nocnej, dioda wciąż migała.

Prawda, która zwala z nóg

Podeszłam, żeby zamknąć komputer. Nie chciałam, żeby bateria padła do rana. Już miałam zatrzasnąć klapę, gdy na ekranie zobaczyłam otwarte okno przeglądarki. To było to samo forum literackie. Serce stanęło mi w gardle. Czyżby Marek wiedział? Czy mnie szpiegował? Drżącą ręką dotknęłam touchpada, żeby wybudzić ekran w pełni. Zobaczyłam panel użytkownika. Nick: „NocnyWędrowiec”. Zrobiło mi się słabo. Musiałam usiąść na brzegu łóżka. To niemożliwe. To jakiś chory żart. Przewijałam historię wiadomości. To były nasze wiadomości.

Marek był Arturem. Mój nudny, przewidywalny mąż, który kupił mi blender na rocznicę, był tym samym czarującym, elokwentnym mężczyzną, który pisał mi poezje i rozumiał moje najgłębsze lęki. Czytałam dalej, cofając się w czasie. Widziałam, co pisał o swojej żonie. O mnie: „Ona już mnie nie widzi. Stałem się dla niej meblem. Próbuję czasem zagadać, ale ona jest zawsze albo w książkach, albo w telefonie. Tęsknię za kobietą, którą była kiedyś. Teraz czuję, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle. Kupiłem jej ten cholerny blender, bo miesiąc temu narzekała, że stary się zepsuł i nie może robić tych swoich zdrowych koktajli. Myślałem, że pokażę, że słucham. A ona spojrzała na mnie jak na wroga ludu”.

Łzy zaczęły płynąć mi po policzkach. Czytałam dalej: „Boję się tego spotkania, Bello. Co jeśli Ty jesteś tylko moją ucieczką? Co jeśli zdradzę moją żonę i stracę resztki szacunku do siebie? Kocham Renatę, ale kocham tę Renatę sprzed lat. Ty przypominasz mi ją. Może dlatego tak mnie do Ciebie ciągnie”. Ostatnia wiadomość, którą wysłał do mnie (do Belli), siedząc w tej kawiarni – bo on tam był! Musiał być! Wiadomość robocza, niewysłana: „Siedzę tu i patrzę na wejście. I wiesz co? Chyba stchórzyłem. Bo uświadomiłem sobie, że szukam w Tobie tego, co powinienem naprawić w domu. Przepraszam”.

Konfrontacja w cieniu nocy

Siedziałam tam w ciemności, patrząc na plecy mojego męża. Mężczyzny, którego uważałam za prostaka bez polotu. A on miał w sobie tyle wrażliwości, tyle bólu i tyle miłości, której ja nie potrafiłam dostrzec, zaślepiona własnym egoizmem i żądzą wrażeń. Szukaliśmy siebie nawzajem w obcych ludziach, nie widząc, że to, czego pragniemy, jest na wyciągnięcie ręki, tylko przykryte warstwą kurzu i niedomówień. Ja narzekałam na niego do niego. On narzekał na mnie do mnie. Byliśmy parą głupców, którzy zapomnieli, jak ze sobą rozmawiać bez klawiatury. Delikatnie potrząsnęłam jego ramieniem.

– Marek... – szepnęłam.

Odwrócił się zaspany.

– Co jest? Która godzina?

Zapaliłam małą lampkę nocną. Spojrzałam mu głęboko w oczy.

– Dlaczego nie podszedłeś w kawiarni „Pod Zegarem”?

Jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Momentalnie oprzytomniał. Usiadł na łóżku, patrząc to na mnie, to na otwartego laptopa. Zbladł.

– Renata... ja... to nie tak... – jąkał się, wyglądając jak chłopiec przyłapany na kradzieży ciastek. – Mogę to wyjaśnić. To była tylko zabawa, rozmowa, ja nigdy...

Położyłam mu palec na ustach.

– Wiem, że byłeś tam. Wiem, że jesteś Nocnym Wędrowcem. A ja... ja jestem Bellą.

Cisza, która zapadła w sypialni, była gęsta i ciężka, ale po raz pierwszy od lat nie była pusta. Była pełna napięcia, szoku i rodzącej się nadziei. Marek patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Ty? Bella to ty?

– Tak. Szukałam księcia z bajki w internecie, a okazało się, że mam go pod bokiem, tylko oboje zapomnieliśmy, jak zdjąć zbroje – powiedziałam, czując, jak gardło ściska mi wzruszenie.

Zaufanie zostało nadszarpnięte

Tej nocy nie spaliśmy. Rozmawialiśmy. Pierwszy raz od lat naprawdę rozmawialiśmy. Bez telefonów, bez telewizora, bez masek. Krzyczeliśmy, płakaliśmy, wyrzucaliśmy sobie lata zaniedbań. To było bolesne oczyszczenie. Dowiedziałam się, że jego milczenie nie wynikało z nudy, ale z poczucia niższości. Myślał, że jest dla mnie za mało „światowy”, więc wycofywał się do swojej skorupy. Ja wyznałam mu, jak bardzo czułam się nieatrakcyjna i niechciana. Okazało się, że mój internetowy kochanek był wytworem mojej tęsknoty, ale jego dusza należała do mojego męża. To była najdziwniejsza, najbardziej pokręcona lekcja miłości, jaką mogłam dostać.

Nie powiem, że rano wszystko było idealnie. Zaufanie zostało nadszarpnięte – w końcu oboje planowaliśmy zdradę, nawet jeśli ostatecznie zdradzaliśmy się sami ze sobą. Można powiedzieć, że pączek naszego małżeństwa wciąż był trochę czerstwy, ale wreszcie dokopaliśmy się do nadzienia. Teraz, kiedy Marek patrzy na mnie znad gazety, puszczam mu oczko i mówię: „Co tam słychać, Wędrowcze?”. A on uśmiecha się tym swoim łobuzerskim uśmiechem.

Zrozumiałam jedno, że trawa nie jest bardziej zielona u sąsiada. Trawa jest zielona tam, gdzie się ją podlewa. My prawie pozwoliliśmy naszej uschnąć, szukając sztucznych kwiatów w internecie. Było blisko katastrofy, ale paradoksalnie, to kłamstwo pozwoliło nam odkryć prawdę o nas samych. Czasami trzeba ubrać maskę, żeby w końcu pokazać prawdziwą twarz. Tylko błagam was, nie próbujcie tego w domu. Ryzyko, że po drugiej stronie ekranu nie będzie wasz mąż jest zbyt duże. Ja miałam więcej szczęścia niż rozumu.

Renata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama