„Moje wnuki zapomniały o Dniu Dziadka. Nie chciałem się skarżyć, więc udawałem chojraka, choć serce pękało z żalu”
„Zbliżał się Dzień Dziadka. W kalendarzu zaznaczyłem ołówkiem, choć udawałem przed samym sobą, że to głupstwo. Nie potrzebuję prezentów. Nawet wizyty. Telefon by wystarczył. Jedne krótkie życzenia. Tego dnia usiadłem w fotelu wcześniej niż zwykle. Telefon leżał na stole. Ekran był czarny. Czekałem”.

- Redakcja
Siedemdziesiąt trzy lata na karku, emerytura od dawna, a dni jakoś do siebie podobne. Wstaję wcześnie, bo organizm już nie pozwala pospać, nawet gdyby człowiek bardzo chciał. Najpierw czajnik, potem kawa – czarna, bez cukru. Zawsze piłem taką samą. Helena mówiła, że to nie kawa, tylko kara. Uśmiechała się przy tym krzywo i dolewała sobie mleka. Helena nie żyje od sześciu lat. Nadal łapię się na tym, że mówię do niej w myślach. Zwłaszcza rano, gdy świat jest jeszcze cichy. Otwieram balkon, sypię okruchy gołębiom. Jeden ma uszkodzone skrzydło – poznałem go już dawno. Zawsze przylatuje pierwszy. Lubię myśleć, że mnie pamięta. Dzieci mam dobre. Przynajmniej tak sobie powtarzam. Mają swoje życie, pracę, kredyty, sprawy. Wnuki… trójka. Kiedyś byłem „dziadkiem Stasiem”, tym od wygłupów, od cukierków chowanych w kieszeni płaszcza. Teraz widujemy się rzadziej. Telefony krótkie, szybkie.
– Wszystko w porządku, tato?
– Tak, tak, u mnie zawsze.
Zbliżał się Dzień Dziadka. W kalendarzu zaznaczyłem go ołówkiem, choć udawałem przed samym sobą, że to głupstwo. Nie potrzebuję prezentów. Nawet wizyty. Telefon by wystarczył. Jedno „Wszystkiego dobrego, dziadku”. Tego dnia usiadłem w fotelu wcześniej niż zwykle. Telefon leżał na stole. Ekran był czarny. Czekałem. Mówiłem sobie, że nie czekam. Ale czas mijał, kawa wystygła, a telefon milczał do samego wieczora. I wtedy coś mnie lekko ukłuło pod żebrami. Tak nieśmiało. Jakby to faktycznie nie było jednak… nic takiego.
Złość ustąpiła wstydowi
Zadzwoniłem następnego dnia. Długo wpatrywałem się w słuchawkę, zanim nacisnąłem zieloną ikonę. Serce biło mi szybciej, jakbym robił coś niewłaściwego. Odebrała córka. Jej głos był zwyczajny, jak zawsze, trochę w biegu.
– Cześć, tato. Co słychać?
– A… nic nowego – odpowiedziałem i już wtedy wiedziałem, że zabrzmi to jak wyrzut. – Chciałem tylko zapytać, czy u was wszystko w porządku.
– Tak, jasne. Praca, szkoła, wiesz, jak jest.
Zapadła krótka cisza. W końcu się odezwałem, bo bałem się, że jeśli tego nie powiem teraz, to już nigdy.
– Wiem, że macie dużo na głowie… ale trochę przykro mi było, że wczoraj nikt się nie odezwał.
Westchnęła głośno.
– Tato, przecież mówiłeś, że nie robisz z tego wielkiej sprawy.
– Bo to nie jest wielka sprawa – zaprzeczyłem szybko. – Ja tylko tak… wspomniałem.
– No właśnie. To po co teraz ten temat? – w jej głosie pojawiła się irytacja. – Dzieci miały szkołę, my pracę. Przecież to tylko jeden dzień.
Poczułem, jak coś mi się prostuje w plecach, jakbym nagle musiał się bronić.
– Jeden dzień, ale… – urwałem. – Dobrze, nieważne. Przepraszam.
– Tato, serio, przesadzasz – powiedziała już ciszej, ale chłodno. – Oddzwonię później, dobra?
Rozłączyła się, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Siedziałem jeszcze chwilę z telefonem przy uchu, słuchając pustego sygnału. Złość szybko ustąpiła miejsca wstydowi. Pomyślałem, że może naprawdę niepotrzebnie coś powiedziałem. Że stary człowiek nie powinien domagać się pamięci. A jednak bolało bardziej niż dzień wcześniej.
Coś mi się w środku zapadło
Kuba przyszedł tydzień później, w sobotę po południu. Usłyszałem dzwonek i przez moment serce podeszło mi do gardła, jakby to było coś więcej niż zwykłe odwiedziny. Otworzyłem drzwi, a on stał w kurtce, z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, telefon już w dłoni.
– Cześć, dziadek – rzucił szybko.
– Cześć, Kuba. Wejdź, zimno na klatce – odpowiedziałem, usuwając się z drogi.
Usiadł przy stole, ale nawet nie zdjął kurtki. Przesuwał palcem po ekranie, jakby bał się, że coś go ominie.
– Mama mówiła, że było ci przykro o Dzień Dziadka – powiedział w końcu, nie podnosząc wzroku. – Zapomniałem, ale to przecież nie takie ważne, nie?
– Oczywiście, że nie – skłamałem bez wahania. – Ja tam niczego nie oczekiwałem.
Skinął głową, jakby sprawa była zamknięta. Zapadła cisza, w której słyszałem tykanie zegara. Pomyślałem o tym, jak kiedyś siedział tu godzinami, budując z klocków całe miasta.
– Jak ja byłem w twoim wieku – odezwałem się ostrożnie – dziadek był jak… no, jak ktoś bardzo ważny.
– Teraz jest inaczej – przerwał mi, wzruszając ramionami. – Każdy ma swoje sprawy.
Patrzyłem na niego i nagle poczułem, że stoję po drugiej stronie jakiejś niewidzialnej granicy. Że świat przyspieszył, a ja zostałem w miejscu. Przez chwilę przyszła mi do głowy myśl, której się przestraszyłem, że może nie jestem już nikomu potrzebny.
– To ja już będę leciał – powiedział Kuba, wstając. – Muszę się jeszcze pouczyć.
Odprowadziłem go do drzwi. Zanim wyszedł, rzucił cicho:
– Nie gniewaj się, dziadek.
Uśmiechnąłem się, choć w środku coś mi się zapadło.
Łzy mi same popłynęły
Spotkałem Edwarda na ławce przed blokiem dwa dni później. Siedział oparty o laskę, z czapką naciągniętą na czoło, i wyglądał na zadowolonego z życia bardziej niż zwykle. Usiadłem obok, bo i tak nie miałem dokąd się spieszyć.
– No, Staszek, widziałeś? – zagaił od razu, aż mu się oczy świeciły. – Cała rodzina u mnie była w niedzielę.
– Tak? – odpowiedziałem, choć coś już we mnie drgnęło.
– Wnuczka zrobiła mi laurkę. Taka krzywa, wiesz, ale najładniejsza na świecie – zaśmiał się. – A córka przywiozła tort. Śpiewali mi, normalnie jak na urodzinach.
Uśmiechnąłem się i pokiwałem głową.
– To dobrze, Edziu. Fajnie mieć taką rodzinę.
– A twoi byli? – zapytał nagle, bez złych intencji, po prostu z ciekawości.
Przez sekundę szukałem odpowiednich słów.
– Nie. Ale to nic takiego – powiedziałem szybko. – Każdy ma swoje sprawy.
Edward spojrzał na mnie uważniej, ale nic już nie powiedział. Pogadaliśmy jeszcze chwilę o pogodzie i cenach w markecie. Potem wróciłem do mieszkania. Zamknąłem drzwi i nagle poczułem, jak cisza wali mnie po uszach. Spojrzałem na puste krzesła przy stole, na ściany, które kiedyś były pełne śmiechu. Usiadłem ciężko i wtedy coś we mnie pękło. Łzy same popłynęły. Pierwszy raz od bardzo dawna nie próbowałem ich powstrzymać.
Nie chciałem narzekać
Tego wieczoru nie usiadłem do biurka. Zamiast tego wyjąłem z szafy stare pudełko po butach. Trzymałem w nim różne drobiazgi, których nigdy nie miałem serca wyrzucić. Położyłem je na stole i zacząłem wyciągać po kolei: zdjęcia, stare życzenia, rysunki wnuków sprzed lat. Jeden był podpisany krzywymi literami: Dla dziadka Stasia. Usiadłem ciężko i długo wpatrywałem się w te kartki, jakby mogły mi coś powiedzieć. Przypomniałem sobie głosy, bieganinę po mieszkaniu, śmiech. Złapałem się na tym, że próbowałem odtworzyć te dźwięki w głowie, ale one były już ciche, jak zza ściany. Włączyłem radio, żeby zagłuszyć ciszę, ale szybko je wyłączyłem. Zamiast tego zacząłem mówić sam do siebie, półgłosem, jakbym komuś coś tłumaczył.
– Ja naprawdę nie potrzebuję wiele – powiedziałem do pustego pokoju. – Tylko żeby ktoś czasem pamiętał.
Zatrzymałem się, bo nagle zabrzmiało to jak skarga. A ja nie chciałem narzekać. Zawsze uważałem, że starszy człowiek powinien być cicho, nie robić kłopotu. Schowałem więc wszystko z powrotem do pudełka i wsunąłem je głęboko do szafy. Zanim poszedłem spać, spojrzałem jeszcze raz na telefon. Nie było żadnych nowych połączeń. Odłożyłem go ekranem w dół. Pomyślałem, że nie wszystko, co boli, trzeba wypowiadać na głos. Czasem wystarczy to przemilczeć. Choć to milczenie ważyło więcej niż słowa.
Coś we mnie się uspokoiło
Telefon zadzwonił kilka dni później, zupełnie niespodziewanie. Leżał na stole, a ja akurat podlewałem kwiatka, tego, którego Helena zawsze stawiała przy oknie. Dźwięk był tak nagły, że aż się wzdrygnąłem. Przez chwilę patrzyłem na migający ekran, jakbym bał się sprawdzić, kto dzwoni.
– Dziadek? – odezwał się cienki, dziecięcy głos.
– Zosia…? – zapytałem, choć numer już widziałem.
– Tak. Ja. Pani w szkole powiedziała, że był Dzień Dziadka… – zawahała się. – Przepraszam, że zapomniałam.
Usiadłem powoli na krześle, bo nogi nagle zrobiły mi się miękkie.
– Nic się nie stało, Zosiu – powiedziałem, ale głos mi zadrżał. – Naprawdę.
– Ale ja chciałam zadzwonić – mówiła dalej szybko. – Bo ja cię bardzo kocham, dziadku.
Przez chwilę nie byłem w stanie odpowiedzieć. Ścisnęło mnie w gardle, a oczy same zaszły łzami. Odwróciłem głowę, jakby ktoś mógł to zobaczyć.
– Ja ciebie też – wydusiłem w końcu. – Bardzo.
Rozmawialiśmy chwilę. O szkole, o tym, że ma nową panią od matematyki i że kot sąsiadów znowu wszedł na jej balkon. Śmiała się, a ja chłonąłem ten śmiech, jakby był czymś, co mogło mnie ogrzać na długo.
– Muszę już iść, bo mama woła – powiedziała na koniec. – Ale zadzwonię jeszcze, dobrze?
– Dobrze, Zosiu. Zadzwoń.
Kiedy rozmowa się skończyła, w mieszkaniu znów zrobiło się cicho. Ale to nie była już ta sama cisza. Coś we mnie trochę się uspokoiło. Nie całkiem. Ból nie zniknął. Ale był ten jeden głos, jedno „kocham cię”. I to na ten moment musiało mi wystarczyć.
Stanisław, 73 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka córka powiedziała jedno zdanie, a mi aż zakręciło się w głowie. Przyniosła wstyd naszej rodzinie”
- „Zaprosiłam teściów na rodzinny obiad, a oni wyszli, zanim zdążyłam podać deser. To był ostatni raz”
- „W Dzień Babci moja mama wyznała mi prawdę o swojej rodzinie. Żałuję, że zrobiła to tak późno”