„Może i wychowałam dzieci w biedzie, ale z zasadami. Gdy dorobiły się majątku, zapomniały, czego uczyła je mama”
„Długo zbierałam się na odwagę. Powtarzałam sobie, że nie chcę być tą matką, która narzeka i obarcza dzieci własnymi emocjami. Jednak im dłużej milczałam, tym bardziej czułam, że znikam”.

- Redakcja
Pamiętam zapach taniej kawy i zimnych poranków, kiedy liczyłam każdą złotówkę, żeby starczyło do pierwszego. Dzieci rosły szybciej niż moje możliwości, a ja uczyłam się skromności jak drugiego języka. Wtedy wierzyłam, że wszystko to ma sens, że kiedyś usiądziemy przy jednym stole bez lęku o jutro. Nie przypuszczałam, że gdy im się uda wyjść na swoje, ja poczuję się samotna jak nigdy wcześniej.
Zamiast ulgi poczułam pustkę
Nasz dom nigdy nie był cichy. Nawet kiedy dzieci spały. Siedziałam wieczorami przy kuchennym stole, z zeszytem w kratkę, w którym zapisywałam wydatki. Chleb, zeszyty, buty „jeszcze na jeden sezon”. Ciągle coś trzeba było skreślać.
– Mamo, a dlaczego nie możemy pojechać jak inni na wakacje? – zapytała kiedyś Ania, opierając brodę o stół.
Zawahałam się. Nie chciałam, żeby znała prawdę, że martwiła się o to, na co nie miała wpływu.
– Bo teraz ważniejsze są inne rzeczy – odpowiedziałam cicho. – Ale zobaczysz, jeszcze będzie czas.
Patrzyła na mnie uważnie, jakby próbowała zrozumieć coś, czego nie dało się wytłumaczyć dziecku. Bartek w tym czasie siedział na podłodze i sklejał połamany samochodzik. Zawsze coś naprawiał, nawet jeśli nie działało.
– Jak dorosnę, to będę miał dużo pieniędzy – rzucił nagle. – I kupię mamie nową lodówkę, taką wielką.
Uśmiechnęłam się, choć ścisnęło mnie w środku.
– Nie musisz mi nic kupować – powiedziałam. – Wystarczy, że będziecie dobrymi ludźmi.
Życie toczyło się rytmem rachunków i szkolnych dzwonków. Pracowałam więcej, niż powinnam, a i tak ciągle było za mało. Gdy Ania zachorowała przed maturą, siedziałam przy jej łóżku nocami, a rano szłam do pracy, jakby sen nie był mi potrzebny. Nikt nie pytał, czy daję radę. Sama siebie też o to nie pytałam.
– Odpocznij czasem, bo nie pociągniesz tak długo – mówiła sąsiadka, gdy spotykałyśmy się na klatce.
– Jeszcze nie teraz – odpowiadałam automatycznie.
Wierzyłam, że wszystko ma swój sens. Że to, co odkładam dla siebie, wróci kiedyś w innej formie. Gdy dzieci wyjechały na studia, dom nagle ucichł. Zamiast ulgi poczułam pustkę, ale powtarzałam sobie, że tak właśnie wygląda sukces.
Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek zmian na gorsze.
Czułam się obco
Pierwszy telefon od Ani odebrałam z dumą. Mówiła szybko, była podekscytowana, jakby bała się, że jeśli zwolni, to szczęście jej ucieknie.
– Mamo, dostałam pracę. Taką prawdziwą, w biurze. Wiesz, z umową i wszystkim.
Usiadłam ciężej na krześle.
– Wiedziałam – powiedziałam. – Zawsze wiedziałam, że sobie poradzisz.
Bartek zadzwonił kilka miesięcy później. On nigdy nie mówił wiele, więc tym bardziej zapamiętałam każde jego słowo.
– Awansowałem. Przenoszą mnie do innego miasta. Lepsze warunki.
Gratulowałam im, odkładając słuchawkę z uczuciem, które było mieszaniną radości i czegoś niepokojącego. Od tego momentu rozmowy zaczęły się zmieniać. Coraz częściej słyszałam o spotkaniach, planach, pośpiechu. Coraz rzadziej o codziennych sprawach. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Anię w jej nowym mieszkaniu, poczułam się jak gość. Wszystko było jasne, poukładane, jak z katalogu. Postawiła na stole filiżanki, inne niż te, które pamiętałam z domu.
– Zrobię herbatę, tylko szybko, bo zaraz mam spotkanie – rzuciła.
Usiadłam sama w salonie, poprawiając płaszcz na kolanach. Słuchałam jej rozmowy zza drzwi i nagle dotarło do mnie, że nie rozumiem połowy słów, których używała. Jakby mówiła w obcym języku. U Bartka było podobnie. Wpadłam na weekend, ale cały czas gdzieś wychodził.
– Mamo, wiesz, jak jest, obowiązki – tłumaczył, stojąc już w drzwiach. – Czuj się jak u siebie.
Tylko że ja nie czułam się już „u siebie”. Nie było mnie w ich planach, w opowieściach, w codzienności. Zostałam kimś, kogo się odwiedza z poczucia obowiązku, nie potrzeby serca. Gdy wróciłam do pustego mieszkania, zdjęłam płaszcz i długo stałam w przedpokoju. Cisza była inna niż kiedyś. Cięższa.
Było mi wstyd
Najbardziej zabolało mnie nie to, że rzadziej dzwonili. Bolały drobiazgi. To, że dowiadywałam się o ważnych sprawach mimochodem, jakby nie były warte osobnej rozmowy. O przeprowadzce Ani usłyszałam między jednym zdaniem a drugim.
– A, bo zmieniam mieszkanie, bliżej centrum – powiedziała lekko. – Wiesz, tak będzie wygodniej.
– Od kiedy? – zapytałam.
– Od przyszłego miesiąca. Już wszystko załatwione.
Zacisnęłam palce na słuchawce.
– Szkoda, że nie mówiłaś wcześniej.
Zapadła krótka cisza.
– Mamo, nie dramatyzuj. To nic wielkiego.
To „nic wielkiego” zostało ze mną na długo. Z Bartkiem było podobnie. Przestał pytać o moje zdrowie, o to, jak mi mija dzień. Gdy sama zaczynałam opowiadać, odpowiadał zdawkowo.
– Zaraz oddzwonię, dobrze? – mówił, a potem oddzwaniał.
Pewnego popołudnia poszłam do lekarza sama. W poczekalni siedziały kobiety w moim wieku. Śmiały się, szeptały. Udawałam, że czytam plakat na ścianie, żeby nie uronić łzy. Wieczorem zadzwoniłam do córki.
– Byłam dziś w przychodni – powiedziałam, bardziej sprawdzając, niż informując.
– Ojej… a coś poważnego? – zapytała, ale już po chwili dodała: – Bo ja zaraz zaczynam na spotkanie.
– Nic – skłamałam. – Poradzę sobie.
Odłożyłam telefon i poczułam wstyd, że w ogóle zadzwoniłam. Jakbym żądała czegoś, do czego nie miałam prawa. Przecież wychowałam ich na samodzielnych. Na silnych. A teraz byłam dla nich za wolna, za cicha, za bardzo z innego świata. Najtrudniejszy był dzień, kiedy Bartek zaprosił mnie na obiad… do restauracji, bo „nie ma czasu przyjechać”. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, obcy sobie bardziej niż kiedykolwiek.
– Dobrze wyglądasz, mamo – rzucił uprzejmie.
– Ty też – odpowiedziałam.
I na tym właściwie skończyła się nasza rozmowa. Wracając do domu, zrozumiałam, że nie zostałam odepchnięta gwałtownie. Po prostu powoli zsunęłam się na margines ich życia. Tak cicho, że nikt tego nie zauważył. Nawet oni.
Poczułam się odtrącona
Długo zbierałam się na odwagę. Powtarzałam sobie, że nie chcę być tą matką, która narzeka i obarcza dzieci własnymi emocjami. Jednak im dłużej milczałam, tym bardziej czułam, że znikam. Jakby moje życie miało sens tylko wtedy, gdy było tłem dla ich historii. Zadzwoniłam do Ani.
– Masz chwilę? – zapytałam ostrożnie.
– No… mów, tylko krótko – odpowiedziała.
Wzięłam głęboki oddech.
– Czuję, że jest mnie coraz mniej w waszym życiu. I nie chodzi o telefony. Bardziej o to, że przestałam być dla was ważna.
Po drugiej stronie zapadła cisza, dłuższa niż zwykle.
– Mamo… – westchnęła. – Przecież wiesz, że cię kochamy. Po prostu każdy ma teraz swoje sprawy.
– Rozumiem – powiedziałam. – Zawsze rozumiałam. Tylko czasem chciałabym, żeby ktoś zapytał, jak ja się czuję. Bez pośpiechu.
– Ty zawsze byłaś silna – odparła. – Myślałam, że… dajesz radę.
To zdanie zabolało najbardziej. Bo rzeczywiście dawałam. Zawsze. Z Bartkiem rozmowa była krótsza.
– Nie przesadzaj, mamo – powiedział. – Przecież nic złego się nie dzieje.
– Dla ciebie – odpowiedziałam spokojnie. – Dla mnie dzieje się bardzo dużo.
Nie odpowiedział od razu. Potem zmienił temat. Jakby nie chciał zajrzeć tam, gdzie mogło być niewygodnie. Po tych rozmowach nie poczułam ulgi. Raczej zmęczenie. Jakbym spróbowała zapukać do drzwi, które ktoś zamknął dawno temu, tylko zapomniał mi o tym powiedzieć. Zrozumiałam, że nie nauczę ich w jednej rozmowie uważności. Tak jak oni nie nauczą mnie przestać czekać. Zaczęłam więc powoli zmieniać coś w sobie. Zapisałam się na zajęcia, na które kiedyś brakowało mi odwagi. Przestawiłam meble w mieszkaniu. Uczyłam się wracać do siebie, choć było to trudne. Nie wiedziałam jeszcze, czy dzieci to zauważą. Jednak po raz pierwszy od dawna poczułam, że jeśli mam być na bocznym torze, to przynajmniej nie w całkowitej ciszy.
Odzyskałam siebie
Nie nastąpił żaden wielki przełom. Ania nie zadzwoniła nagle ze łzami, Bartek nie zaczął przyjeżdżać co weekend. Życie toczyło się dalej, tylko ja przestałam czekać w bezruchu. Przestałam odkładać siebie „na potem”, jak robiłam to przez całe lata. Kiedyś, podczas krótkiej rozmowy, córka zapytała mimochodem:
– Mamo, a co ty właściwie teraz robisz po pracy?
– Żyję – odpowiedziałam. I sama zdziwiłam się, jak prawdziwie to zabrzmiało.
Wciąż zdarzały się dni, kiedy cisza była zbyt głośna, a wspomnienia wracały niespodziewanie. Mimo to nauczyłam się, że samotność nie zawsze oznacza porażkę. Czasem jest początkiem czegoś nowego. Dzieci pozostały w moim życiu, tylko w inny sposób. Już nie w centrum, ale też nie całkiem poza nim. Przestałam mierzyć ich miłość częstotliwością telefonów. Zrozumiałam, że dałam im wszystko, co potrafiłam. A to, co zrobią z tą lekcją, nie zawsze będzie wyglądało tak, jak sobie wyobrażałam. Najtrudniejsze było pogodzenie się z tym, że nie zawsze dostaje się wdzięczność w takiej formie, w jakiej się jej oczekuje. Jednak spokój, który powoli się we mnie pojawił, był tego wart.
Halina, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Złowiłam bogatego wdowca i czekałam na pierścionek. Miałam nosić markowe szpilki, a skończyłam w znoszonych trampkach”
- „Zaufałam mężczyźnie w marynarce i luksusowym zegarku. Nie sądziłam, że ma tylko 50 zł i zero honoru”
- „Kochałam męża, ale to był lawirant jakich mało. Świeciłam za niego oczami, bo wstyd mi było, że mam męża nieroba”