Reklama

Przez całe lata kupowałam jej najtańszy makaron i polowałam na promocje w dyskontach, wierząc, że bez mojej pomocy po prostu sobie nie poradzi. Wstydziłam się, że sama nie mam wystarczająco dużo pieniędzy, by zapewnić jej godną starość, podczas gdy moja ciotka ostentacyjnie ignorowała potrzeby własnej matki. Kiedy babcia odeszła, byłam pewna, że odziedziczyłam jedynie sentymenty. Nie miałam pojęcia, że w szarej kopercie ukrytej na dnie szafy znajduje się klucz do tajemnicy, która wstrząśnie całą naszą rodziną.

Serce mi pękło

Każda wizyta u babci Zosi wyglądała tak samo. Wchodziłam na trzecie piętro starego bloku z wielkiej płyty, mijając odrapane ściany klatki schodowej pamiętające czasy głębokiego PRL-u. Babcia zawsze siedziała w tym samym fotelu, w wyblakłym, pocerowanym swetrze. Twierdziła, że jest jeszcze „całkiem dobry”, choć ja widziałam w nim tylko smutny dowód jej ubóstwa. Zawsze przynosiłam ze sobą siatkę z zakupami. Podstawowe rzeczy: cukier, mąka, olej, kilka konserw. Pamiętam, jak kiedyś przyniosłam jej czekoladę z orzechami, taką z nieco wyższej półki. Spojrzała na nią z wyrzutem, a potem schowała głęboko do kredensu.

– Dziecko, po co ty wydajesz pieniądze – mówiła cicho, gładząc mnie po dłoni swoją szorstką, spracowaną ręką. – Przecież wy młodzi macie teraz tak ciężko. Mieszkanie trzeba opłacić, na wesele zbieracie. Wystarczy mi chleb z masłem.

Serce mi pękało, gdy to słyszałam. Ja i mój narzeczony, Tomek, rzeczywiście ledwo przędliśmy. Wynajmowaliśmy kawalerkę na obrzeżach miasta, oglądając każdą złotówkę z dwóch stron. Mimo to nie potrafiłam przyjść do babci z pustymi rękami. Czułam się w obowiązku, by osłodzić jej tę szarą, samotną końcówkę życia. Byłam przekonana, że jej emerytura jest głodowa, a oszczędności stopniały lata temu, gdy dziadek chorował.

Stałam po stronie babci

Zupełnie inna była jej córka, a moja ciotka Teresa. Zawsze pachniała drogimi perfumami, nosiła brzęczącą biżuterię i nieustannie opowiadała o swoich egzotycznych wakacjach oraz sukcesach zawodowych męża. U babci pojawiała się rzadko, zazwyczaj wpadając jak burza na piętnaście minut przy okazji świąt. Pamiętam, jak mówiła:

– Mamo, znowu tu tak duszno – narzekała, ledwo przekroczywszy próg, nawet nie zdejmując płaszcza. – Mogłabyś wreszcie wymienić te okna. Przecież to wstyd, jak to wygląda z ulicy.

Nie mam na to pieniędzy – odpowiadała babcia spokojnie, wpatrując się w podłogę.

– To sprzedaj te stare graty! – prychała ciotka, omiatając wzrokiem meblościankę z lat osiemdziesiątych. – Albo weź pożyczkę. Wszyscy teraz biorą pożyczki. A ty wolisz siedzieć i kisić się w tym skansenie.

Ciotka nigdy nie przywoziła zakupów. Czasem rzuciła na stół ciastka z cukierni, których babcia i tak nie jadła, bo były dla niej za twarde. Dla ciotki Teresy bieda jej matki była powodem do irytacji, traktowała ją jako osobistą obrazę i plamę na jej idealnym wizerunku.

– Za bardzo ją rozpieszczasz – mówiła do mnie z przekąsem, gdy mijałyśmy się w drzwiach. – Ona ma pieniądze, tylko udaje taką biedną. Zawsze była skąpa. Ojciec ciężko pracował, gdzieś to wszystko musiało się podziać.

Wtedy myślałam, że ciotka Teresa jest po prostu okrutna i chciwa. Że próbuje usprawiedliwić swój brak zaangażowania. Jak można było patrzeć na babcię, która w zimie siedziała w domu w kożuchu, i myśleć, że śpi na pieniądzach? Broniłam jej jak lwica, co tylko pogłębiało rodzinny konflikt.

Nie mogłam jej tak zostawić

Moja sytuacja finansowa zaczęła się pogarszać. Tomek stracił pracę, a właściciel mieszkania zapowiedział podwyżkę czynszu. Zaczęliśmy się kłócić o pieniądze – były to te ciche, wyniszczające kłótnie, pełne ciężkich westchnień.

– Może powinnaś przestać sponsorować babcię? – zapytał pewnego wieczoru Tomek, siedząc nad stosem rachunków. – Wiem, że ją kochasz, ale my sami toniemy. Wydajesz na jej zakupy trzysta, czterysta złotych miesięcznie. Dla nas to być albo nie być.

Nie mogę jej zostawić – odpowiedziałam ze łzami w oczach. – Ona nikogo innego nie ma. Ciotka Teresa ma ją gdzieś. Jeśli ja jej nie pomogę, to kto?

– Ale to nie jest twoja odpowiedzialność! – uniósł głos, po czym zaraz go ściszył. – Kochanie, musimy myśleć o naszej przyszłości. Chcemy wziąć ślub, może kiedyś kupić własne cztery kąty. W takim tempie nigdy się nie odkujemy.

Czułam się rozdarta. Wiedziałam, że Tomek ma rację, ale obraz babci jedzącej suchy chleb nie pozwalał mi spać. Zaczęłam oszczędzać na sobie – rezygnowałam z kawy na mieście, nie kupowałam ubrań, chodziłam do pracy pieszo. Babcia chyba wyczuwała, że coś jest nie tak. Podczas jednej z wizyt, gdy parzyła nam ziółka, spojrzała na mnie przenikliwie.

– Chuda jesteś, dziecko – powiedziała, kręcąc głową. – I smutna. Źle się u ciebie dzieje?

– Jest okej, babciu. Po prostu dużo pracy – skłamałam, wymuszając uśmiech.

– Pamiętaj, że w życiu nie wszystko jest takie, na jakie wygląda – powiedziała nagle poważnym tonem. – Czasem człowiek musi udawać słabszego, żeby przetrwać wśród wilków.

Wtedy nie zrozumiałam tych słów. Uznałam to za kolejną ludową mądrość. Dopiero po czasie wróciły do mnie z podwójną siłą.

Poczułam ukłucie w sercu

Babcia Zosia odeszła cicho, we śnie. Kiedy dostałam telefon ze szpitala, świat na chwilę się zatrzymał. Organizacją pogrzebu zajęłam się ja, bo ciotka Teresa natychmiast oświadczyła, że „nie ma do tego głowy”. Nie przeszkodziło jej to jednak w komentowaniu kosztów.

– Po co dąb? Sosna wystarczy, przecież to idzie do ziemi – syczała w zakładzie pogrzebowym. – Zawsze musisz przesadzać. Kto za to zapłaci? Bo chyba nie myślisz, że ja wyłożę na to fortunę.

– Zapłacę ze swoich – warknęłam, choć wiedziałam, że będę musiała się zapożyczyć. Chciałam, żeby babcia miała godne pożegnanie.

Po skromnej stypie ciotka Teresa od razu przeszła do konkretów.

– Trzeba opróżnić mieszkanie – zarządziła. – Jestem jedyną spadkobierczynią, więc sprawa jest jasna. Mieszkanie trzeba sprzedać jak najszybciej, rynek jest teraz dobry. Jednak najpierw musimy wywalić te śmieci.

Poczułam ukłucie w sercu. Dla niej to były śmieci, dla mnie – pamiątki.

– Daj mi kilka dni – poprosiłam. – Chcę przejrzeć jej rzeczy. Może znajdę jakieś zdjęcia, dokumenty...

– Masz weekend. W poniedziałek zamawiam kontener. Bierz, co chcesz, i tak wszystko nadaje się tylko na śmietnik. I jeśli znajdziesz jakieś zaskórniaki w skarpetach, to pamiętaj, że dzielimy się po połowie. Choć wątpię, żeby ta sknera cokolwiek zostawiła.

Zakręciło mi się w głowie

W sobotni poranek zjawiłam się w mieszkaniu babci. Panowała cisza. Pakowałam jej ubrania do worków, płacząc przy każdym swetrze. Wszystko było stare, znoszone, wielokrotnie naprawiane. W szufladach nie znalazłam nic wartościowego – żadnej biżuterii, tylko stare rachunki i puste słoiki. Kiedy weszłam do kuchni, zabrałam się za lodówkę. W zamrażalniku, pod warstwą lodu i starym koperkiem w plastikowym pudełku, znalazłam coś dziwnego. Ciężkie zawiniątko z folii aluminiowej. Myślałam, że to kawałek mięsa, o którym babcia zapomniała, ale kształt był zbyt regularny. Odwinęłam folię. W środku była metalowa puszka po duńskich ciastkach. Otworzyłam ją, spodziewając się przyborów do szycia.

Zamiast nici i igieł, w środku leżał gruby zeszyt w kratkę i duża, brązowa koperta z pieczęcią notariusza. Moje serce zaczęło bić szybciej. Otworzyłam zeszyt zapisany drobnym pismem babci. Daty sięgały wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Sumy, które widziałam, sprawiały, że kręciło mi się w głowie. One systematycznie rosły. Babcia nie tylko oszczędzała – ona inwestowała z niesamowitą skutecznością. Wzięłam do ręki brązową kopertę z napisem:

„Dla wnuczki Magdaleny. Otworzyć tylko w przypadku mojej śmierci”.

Ręce mi drżały, gdy rozrywałam papier. W środku znajdował się testament, sporządzony zaledwie rok temu.

Rozpłakałam się jak dziecko

Czytałam dokument trzy razy, nie wierząc własnym oczom. Babcia Zosia zapisała mi wszystko. Mieszkanie, ruchomości, ale przede wszystkim – środki zgromadzone na trzech różnych kontach bankowych oraz udziały w funduszach. Suma była astronomiczna. To nie było kilkadziesiąt tysięcy, ale kwota, która pozwalała kupić duży dom, samochód i żyć spokojnie przez lata.

Obok testamentu leżał list napisany na kartce w linie.

„Droga Madziu, wiem, że będziesz w szoku. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego żyłam jak nędzarka, mając takie możliwości. Widzisz, pieniądze zmieniają ludzi. Widziałam, co zrobiły z moją Teresą, choć ona nawet ich nie miała, tylko udawała. Bałam się, że jeśli powiem prawdę, wszyscy będą mnie kochać tylko dla portfela. Chciałam wiedzieć, kto poda mi szklankę wody z czystego serca, a nie w oczekiwaniu na zapłatę. Ty jedna, moje dziecko, nigdy o nic nie prosiłaś. Dawałaś, choć sama miałaś mało. Dzieliłaś się swoim czasem, który jest droższy od złota. To jest moja zapłata za twoją dobroć. Nie zmarnuj tego, ale też nie pozwól, by pieniądze cię zmieniły.
*Kocham Cię, Babcia”.

Usiadłam na podłodze w kuchni i rozpłakałam się jak dziecko. Nie z radości z powodu pieniędzy, ale ze wzruszenia. Babcia przez te wszystkie lata prowadziła grę, testując naszą lojalność. I tylko ja zdałam ten egzamin. Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To była ciotka Teresa. Weszła pewnym krokiem, niosąc kartony.

– No, Magda, jak idzie? Znalazłaś coś ciekawego? – zapytała drwiąco.

Wstałam powoli, przyciskając dokumenty do piersi. Spojrzałam na nią zupełnie innym wzrokiem. Nie widziałam już groźnej ciotki, której się bałam. Widziałam chciwą kobietę, która przegrała najważniejszą rozgrywkę swojego życia.

Znalazłam testament – powiedziałam spokojnie.

Ciotka Teresa zamarła. Uśmiech spełzł z jej twarzy.

– Jaki testament? Co ty gadasz? Matka nie chodziła do żadnych prawników.

– Chodziła. I zostawiła mi wszystko.

Była na mnie wściekła

To, co wydarzyło się później, przypominało scenę z filmu. Ciotka Teresa rzuciła się na mnie, próbując wyrwać mi papiery. Krzyczała o fałszerstwie i manipulacji, wyzywała mnie od najgorszych, groziła sądem i policją.

– Proszę wyjść – powiedziałam, czując w sobie nową siłę. – To jest teraz moje mieszkanie.

– Ty mała smarkulo! – wrzeszczała, czerwona na twarzy. – Myślisz, że ci odpuszczę? Matka była niespełna rozumu! Udowodnię to! Ona nie miała grosza przy duszy, co ona mogła ci zostawić? Te stare meble? Bierz je sobie!

Nie wiedziała o kontach. W tamtym momencie nie miałam zamiaru jej o nich mówić. Niech myśli, że walczy o ruinę w bloku z wielkiej płyty. Prawda miała wyjść na jaw dopiero u notariusza. Ciotka Teresa wybiegła, trzaskając drzwiami tak mocno, że ze ściany spadł obrazek z aniołem stróżem. Zostałam sama, otoczona ciszą i zapachem starej herbaty. Zadzwoniłam do Tomka.

– Kochanie, musisz tu przyjechać – powiedziałam do słuchawki. – I usiądź, zanim ci coś powiem.

Doceniłam ją po czasie

Walka sądowa z Teresą trwała krótko. Gdy ciotka dowiedziała się o skali majątku, dostała niemal apopleksji. Próbowała wszystkiego – od próśb i płaczu, po groźby. Ostatecznie zerwała z nami kontakt, oskarżając cały świat o niesprawiedliwość. Dla mnie i Tomka te pieniądze były jak wybawienie, ale też ogromne wyzwanie. Spłaciliśmy długi, kupiliśmy mieszkanie – nie luksusowy apartament, ale przytulne trzy pokoje. Resztę zainwestowaliśmy, pamiętając o zapiskach babci. Nie zmieniliśmy stylu życia na wystawny. Wciąż szanuję pieniądze i poluję na promocje – już nie z konieczności, a z szacunku do pracy. Babcia nauczyła mnie czegoś ważniejszego niż inwestowanie: prawdziwa wartość człowieka nie leży w tym, co widać na zewnątrz.

Często wracam myślami do chwil, gdy piłyśmy razem tanią herbatę w jej kuchni. Teraz wiem, że były one najcenniejsze. Nie miliony na koncie, ale to, że byłam przy niej, gdy inni ją opuścili. Pieniądze dały mi bezpieczeństwo, ale to lekcja pokory od babci Zosi ukształtowała to, kim jestem dzisiaj. Czasem, gdy patrzę na jej zdjęcie stojące na honorowym miejscu w moim salonie, mam wrażenie, że puszcza do mnie oko. Jakby mówiła: „A widzisz? Mówiłam, że trzeba umieć przetrwać wśród wilków”. I miała rację. Wygrała życie na własnych zasadach.

Magdalena, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama