„Biznes siostry miał być żyłą złota, więc zainwestowałam w niego pieniądze. Przez wspólne interesy dziś jem czerstwy chleb”
„Jako dzieci spędzałyśmy razem niemal każdą chwilę i szeptałyśmy sobie sekrety, których nikt inny nie miał prawa usłyszeć. Dlatego kiedy kilka lat temu spojrzała na mnie z błyskiem w oczach i powiedziała, że ma plan na własny biznes, nie przyszło mi do głowy, że to może nas podzielić. Wierzyłam jej bez zastrzeżeń – jak siostrze, jak komuś, komu można na 100% zaufać”.

- Redakcja
Zawsze byłyśmy z Martą nierozłączne. Jako dzieci spędzałyśmy razem niemal każdą chwilę i szeptałyśmy sobie sekrety, których nikt inny nie miał prawa usłyszeć. Dlatego kiedy kilka lat temu spojrzała na mnie z błyskiem w oczach i powiedziała, że ma plan na własny biznes, nie przyszło mi do głowy, że to może nas podzielić. Wierzyłam jej bez zastrzeżeń – jak siostrze, jak komuś, komu można na 100% zaufać.
Przecież jesteśmy rodziną
Marta wpadła do mojego mieszkania w sobotnie popołudnie. Zrzuciła płaszcz na krzesło i od razu zaczęła mówić, jakby bała się, że jeśli się zatrzyma, straci odwagę.
– Słuchaj, to jest ten moment. Albo teraz, albo nigdy – powiedziała, stawiając na stole teczkę pełną kolorowych wydruków.
Patrzyłam na nią z lekkim uśmiechem. Zawsze miała głowę pełną pomysłów, ale tym razem wyglądała inaczej – poważniej.
– Chcę otworzyć pracownię rękodzieła. Do tego warsztaty i sklep internetowy. Mam już wstępne wyliczenia – mówiła szybko, przesuwając w moją stronę kartki.
– A skąd weźmiesz pieniądze na start? – zapytałam ostrożnie.
Marta spojrzała mi prosto w oczy.
– Właśnie do tego zmierzam. Pomyślałam, że mogę na ciebie liczyć.
– Na mnie?
– No przecież jesteśmy rodziną. To będzie nasza wspólna przyszłość. Ja włożę pracę, ty kapitał. Zyski podzielimy po równo.
Słowo „nasza” zabrzmiało ciepło. Przez chwilę widziałam nas obie przy wspólnym stole, śmiejące się, dumne z czegoś, co stworzyłyśmy razem.
– Ile potrzebujesz? – zapytałam.
– Czterdzieści tysięcy. – Odpowiedziała bez wahania. – Wiem, że masz oszczędności. Mówiłaś kiedyś, że odkładasz na mieszkanie, ale to się zwróci szybciej, niż myślisz.
Zamilkłam. To były pieniądze, które zbierałam latami. Każda nadgodzina, każdy odmówiony wyjazd. Ale patrząc na Martę, czułam, że jeśli jej odmówię, zawiodę ją jako siostra.
– A jeśli się nie uda? – zapytałam cicho.
Westchnęła teatralnie.
– Zawsze widzisz czarne scenariusze. Zaufaj mi. Ja bym dla ciebie zrobiła to samo.
To zdanie utkwiło mi w pamięci. Wiedziałam, że ma rację – zrobiłaby. A przynajmniej chciałam w to wierzyć.
Myślałam, że działamy wspólnie
Pierwsze miesiące działalności były ekscytujące. Pomagałam jej po pracy pakować zamówienia, odpowiadałam na wiadomości klientów.
– Widzisz? Mówiłam, że to zadziała – powtarzała, gdy pojawiały się kolejne zamówienia.
Czułam dumę. Opowiadałam znajomym, że współtworzę firmę z siostrą. Że to coś więcej niż biznes – to spełnione marzenie. Nie zauważyłam momentu, w którym jej ton się zmienił.
– Nie możesz wtrącać się w każdy szczegół – rzuciła pewnego wieczoru, gdy zaproponowałam inny sposób promocji. – Ja tu pracuję od rana do nocy. Ty tylko dałaś pieniądze.
Tylko. To słowo zawisło między nami jak coś ciężkiego.
– Myślałam, że działamy wspólnie – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku czułam ukłucie.
– Oczywiście, że wspólnie, ale ktoś musi wziąć na siebie głowny ciężar decyzji – ucięła.
Pierwszy raz poczułam, że stoję po drugiej stronie.
Czułam, że jestem tylko dodatkiem
Wkrótce wynajęłyśmy większy lokal. Pachniał świeżą farbą i obietnicą czegoś większego. Marta chodziła po nim jak królowa tego miejsca.
– Tu będą stoły warsztatowe, a tam półki z gotowymi produktami – mówiła, rozkładając ręce. – Zobaczysz, ludzie będą się zapisywać miesiącami do przodu.
Patrzyłam na nią i próbowałam podzielić jej entuzjazm. W głowie jednak krążyły mi liczby. Raty kredytu, czynsz, media. Wszystko brzmiało poważniej niż kolorowe wizualizacje. Pierwsze tygodnie rzeczywiście przyniosły ruch. Były warsztaty, kilka większych zamówień. Pomagałam przy organizacji, odbierałam telefony, choć coraz częściej czułam, że jestem tylko dodatkiem.
– Nie obiecuj klientom rabatów bez konsultacji – usłyszałam kiedyś przy pracowniku.
Zacisnęłam usta. Pracownik spojrzał na mnie niepewnie, jakbym była stażystką, a nie współwłaścicielką. Z czasem warsztatów było mniej. Marta zaczęła tłumaczyć to sezonowością.
– Styczeń zawsze jest słaby. Ludzie oszczędzają – przekonywała mnie, gdy przeglądałyśmy raporty.
– A luty? – zapytałam miesiąc później, gdy liczby były jeszcze gorsze.
– To tylko chwilowe problemy. Musimy zainwestować w reklamę.
Kolejne faktury pojawiały się szybciej, niż wpływy na konto. Coraz częściej odbierałam telefony z banku.
– Przypominamy o zbliżającym się terminie spłaty – mówił uprzejmy głos.
Marta reagowała irytacją.
Zawsze wszystko komplikujesz
Któregoś popołudnia przyszłam do lokalu wcześniej. Drzwi były zamknięte, światło zgaszone. Zadzwoniłam do Marty.
– Gdzie jesteś? – zapytałam.
– W domu. Dziś odwołałam warsztaty.
– Dlaczego nic nie powiedziałaś?
– Bo nie muszę się z wszystkiego tłumaczyć – odburknęła. – I tak nic nie rozumiesz.
To zabolało bardziej niż wszystkie liczby. Wieczorem usiadłyśmy u mnie przy stole. Cisza była ciężka.
– Marta, nie możemy udawać, że wszystko jest w porządku – zaczęłam. – Mamy zaległości.
– Czyli co? – uniosła brwi. – Wycofujesz się?
– Chcę planu. Konkretów.
– Trzymamy się planu, tego co wcześniej. To ty panikujesz.
– To nie panika, tylko odpowiedzialność – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.
Wstała gwałtownie.
– Wiesz co? Może wcale nie powinnam była cię w to wciągać. Zawsze wszystko komplikujesz.
Patrzyłam na nią i nie poznawałam siostry. Zamiast niej stała przede mną kobieta, która broniła swojego marzenia za wszelką cenę – nawet kosztem mnie.
To nie jest plan, tylko nadzieja
Nasze problemy się piętrzyły. Któregoś dnia usiadłam naprzeciwko niej.
– Marta, sama widzisz, jak wygląda sytuacja, jest źle.
Spojrzała na mnie.
– To się da jeszcze odkręcić – powiedziała szybko. – Możemy np. nawiązać współpracę z influencerami, być może wtedy sprzedaż ruszy.
– Marta, to nie jest plan, tylko nadzieja – odpowiedziałam, czując, jak głos zaczyna mi drżeć.
Nie odpowiedziała. W jej milczeniu było wszystko – strach, wstyd i upór. Nie chciałam kontynuować tej rozmowy. Nie miałam siły. Wróciłam do domu z plikiem dokumentów i całą noc przeglądałam umowy. Wiedziałam jedno: jeśli dalej będę w tym siedzieć, wpadnę razem z nią na dno. Następnego dnia przyszłam do pracowni z gotową decyzją.
– Rezygnuję – powiedziałam bez wstępu.
Marta zamarła.
– Zwariowałaś? Teraz, kiedy jest najtrudniej?
– Właśnie dlatego. Każdy kolejny miesiąc to coraz większe problemy.
– Czyli mnie zostawisz? – jej oczy zaszkliły się. – Tak po prostu? To było moje marzenie – wyszeptała.
– A ja byłam twoim zabezpieczeniem – odpowiedziałam.
Po długich dyskusjach podjęłyśmy decyzję o zakończeniu działalności firmy. Przez pierwsze tygodnie prawie się nie odzywałyśmy. Spotkałyśmy się dopiero u mamy, przy niedzielnym obiedzie. Nikt nie wiedział o szczegółach, ale napięcie było wyczuwalne. W pewnym momencie Marta wyszła na balkon. Po chwili do niej dołączyłam.
– Nie chciałam cię w to wpakować – powiedziała, patrząc przed siebie. – Byłam przekonana, że dam radę.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ja też byłam przekonana.
– Myślisz, że kiedyś mi wybaczysz?
Zastanowiłam się. Wybaczenie nie cofnęło liczb, które miałam spłacać jeszcze przez długi czas.
– Muszę najpierw wybaczyć sobie – powiedziałam w końcu. – Że nie postawiłam granicy.
To był moment, w którym coś między nami pękło, ale też coś się oczyściło. Przestałyśmy udawać, że wszystko da się naprawić entuzjazmem. Dziś nie mam żadnych oszczędności i zaczynam od zera. Z Martą widujemy się rzadziej, nasze rozmowy są ostrożniejsze. Nie ma już wielkich planów ani wspólnych wizji. Została lekcja, że miłość do siostry nie powinna zastępować rozsądku. Zainwestowałam serce i pieniądze, a odzyskałam świadomość, że nawet najbliżsi potrafią się pomylić – i że odpowiedzialność za własne decyzje zawsze wraca. Nie straciłam siostry całkiem. Straciłam złudzenie, że rodzina chroni przed konsekwencjami.
Karolina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam zasponsorować rodzicom remont domu, ale siostra się sprzeciwia. Myśli, że mam w tym ukryty interes”
- „Oddałam dzieciom wszystko, choć sama miałam niewiele. Teraz pławią się w pieniądzach, a ja zostałam sama jak palec”
- „Rodzinie się pomaga, dlatego na ferie wpadła do mnie kuzynka z dziećmi. Teraz czeka nas remont i odkupienie zapasów na zimę”