„Myślałam, że daję kopertę księdzu po kolędzie, a tylko straciłam pieniądze. W życiu nie czułam się tak bezradna”
„Przez chwilę stałam w przedpokoju. Coś było nie tak. Był uprzejmy, ale za bardzo się spieszył. Nie wymienił imienia mojego męża podczas modlitwy, nie pobłogosławił osobno obrazka, nawet nie zapytał, czy mam jakieś intencje”.

Czasami mam wrażenie, że moje życie skurczyło się do rozmiaru dwóch pokoi i długiego korytarza. Mieszkam tu czterdzieści lat – tyle samo, ile byłam żoną Mariana. Teraz zostałam wdową. Słowo ciężkie, niewygodne, z którym nadal nie potrafię się oswoić. Z biegiem czasu człowiek przyzwyczaja się do tej nieznośnej ciszy, do samotności, do odgłosu własnych kroków, które niosą się echem w pustym mieszkaniu. Poranki zaczynam od krzyżówek i sprawdzania, czy moje kwiaty na parapecie mają jeszcze wilgotną ziemię. Potem zupa, sprzątanie, czasem rozmowa z Teresą z parteru. I tyle.
Najważniejszym wydarzeniem roku zawsze była kolęda. To nie tylko tradycja – to moment, kiedy znów czuję się częścią parafii, wspólnoty, czuję, że ktoś o mnie pamięta. Co roku szykuję kopertę – sto złotych, zawsze starannie odłożone, tak jak kiedyś z Marianem. To dla mnie więcej niż pieniądze. To dowód szacunku, przynależności, ostatni most do dawnych lat, kiedy nie byłam jeszcze tak bardzo sama. Wierzę księżom, choć świat zmienia się coraz szybciej i nawet zaufanie staje się luksusem.
W tym roku miał przyjść nowy wikary. Proboszcz mówił, że młody, zdolny. Chciałam zrobić dobre wrażenie, być przygotowana, nie sprawiać kłopotu. Czułam niepokój, ale i trochę dziecięcej nadziei, że znowu przez chwilę poczuję się ważna. Jeszcze gdzieś przynależę, powtarzam sobie.
Poszło aż zbyt idealnie
Tego dnia przygotowałam się wyjątkowo starannie. Podobno już miała być kolęda. Mieszkanie było wysprzątane, na stole biały obrus, świeca, talerz z pierniczkami. Koperta czekała w szufladzie, włożona między dwa modlitewniki. Siedziałam w fotelu, wsłuchując się w odgłosy klatki schodowej. Gdy usłyszałam pukanie, serce zabiło mi mocniej – zupełnie jakbym miała zaraz spotkać kogoś ważnego, nie zwykłego księdza z parafii.
– Szczęść Boże – powiedział, wchodząc z uśmiechem. Był młody, zadbany, miał łagodny głos. Ucieszyło mnie, że pamiętał moje imię. – Pani Lucyna, prawda? – zapytał.
– Tak, tak, zapraszam. Proszę się nie przejmować, kawałek podłogi może być trochę mokry, bo zima…
Zapytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Rzucił parę uprzejmych słów, kilka zdawkowych pytań o zdrowie, o samotność. Wyjął kropidło, pobłogosławił mieszkanie, zamruczał krótką modlitwę pod nosem. Potem zerknął na obrazek Matki Boskiej nad stołem – zatrzymał się tylko na moment.
Potem podałam mu kopertę, patrząc w oczy. Chwilę zawahałam się, czy nie powiedzieć czegoś o Marianie, o tym, jak bardzo tęsknię… Ale on już odwracał się do drzwi.
– Dziękuję, pani Lucyno. Bóg zapłać. Wszystkiego dobrego – powiedział szybko.
– A… Może ksiądz jeszcze się napije herbaty? – zaproponowałam nieśmiało, choć przecież wiedziałam, że nie skorzysta.
– Bardzo dziękuję, ale jeszcze wiele domów dziś przede mną.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Przez chwilę stałam w przedpokoju, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stał. Coś było nie tak. Był uprzejmy, ale za bardzo się spieszył. Nie wymienił imienia mojego męża podczas modlitwy, nie pobłogosławił osobno obrazka, nawet nie zapytał, czy mam jakieś intencje.
„Może taki teraz zwyczaj”, pomyślałam, próbując odpędzić tę nieprzyjemną myśl. Może teraz młodzi księża tak mają – szybko, sprawnie, bez zbędnych słów. A może to ja staję się staromodna, czepiam się szczegółów, bo zbyt długo jestem sama.
Przeszłam się jeszcze raz po mieszkaniu. Otworzyłam szufladę. Koperty już nie było. Przez chwilę patrzyłam w pustkę, jakby czegoś szukała. Usiadłam przy stole, poczułam się nagle bardzo zmęczona. Może rzeczywiście wszystko jest w porządku. Może tylko za dużo myślę.
To przecież niemożliwe
Minął tydzień, a kolęda powoli wychodziła mi z głowy. Uspokoiłam się – wszystko odbyło się tak, jak miało. Koperta przekazana, mieszkanie pobłogosławione, tradycji stało się zadość. Próbowałam nie rozpamiętywać drobiazgów, choć czasem wracały do mnie jak echo.
W niedzielę, z przyzwyczajenia, poszłam na główną mszę. Proboszcz na koniec czytał ogłoszenia – zawsze słuchałam ich z uwagą, jakbym szukała w nich jakiegoś sensu dla siebie. Nagle usłyszałam znajome słowa:
– W tym tygodniu kolęda na ulicy Wspólnej, Orzeszkowej i Mickiewicza. W czwartek odwiedzimy mieszkańców tych ulic.
Zamarłam. Przecież to moja ulica, moje mieszkanie. Zrobiło mi się gorąco. Przez chwilę siedziałam w ciszy, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszałam.
– To niemożliwe… – wyszeptałam do siebie. – Przecież ksiądz już był… Był, prawda?
Wróciłam i zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju. W głowie kotłowały mi się myśli. Może proboszcz się pomylił? Może ktoś źle wpisał plan kolędy? Nie mogłam się uspokoić. Zadzwoniłam do Teresy z parteru. Długo nie odbierała, aż w końcu rozległ się jakby zaspany głos.
– Słucham?
– Teresa, przepraszam, że tak późno… Powiedz, czy ksiądz był już u ciebie na kolędzie?
– Nie, u mnie jeszcze nie. Ma być w czwartek. Czemu pytasz?
– Bo… bo u mnie był w tym tygodniu – wyszeptałam, nie dowierzając własnym słowom.
– U ciebie? Może pomylił daty, Lucynka… Może niektórych odwiedzał wcześniej?
– Nie, ja… byłam pewna… – głos mi się załamał.
Przez moment milczałyśmy obie. Czułam narastającą panikę, jakby świat nagle wymknął mi się spod kontroli.
– Może powinnaś zapytać proboszcza? – podsunęła Teresa.
Zakończyłyśmy rozmowę. Usiadłam ciężko na łóżku, obejmując ramionami własne barki. Nagle ogarnęło mnie przerażenie – nie chodziło już nawet o kopertę, ani o pieniądze. To był strach, wstyd, niepewność. Kto naprawdę przyszedł do mojego domu? Co jeszcze mogłam przeoczyć?
Przez resztę dnia nie mogłam się uspokoić. Drżały mi ręce, kiedy wieczorem zapalałam światło w kuchni. Czułam, jak z każdą godziną rośnie we mnie niepokój, który nie pozwalał już wrócić do dawnej rutyny.
Czułam się z tym okropnie
Rano długo siedziałam na kanapie, zanim zdobyłam się na odwagę. W końcu założyłam płaszcz i ruszyłam na plebanię, czując się jak mała dziewczynka, która zaraz zostanie skarcona za zbyt wiele pytań. Proboszcz przyjął mnie z marsową miną, jakby spodziewał się, że nie jestem jedyną zaniepokojoną parafianką.
– Szczęść Boże, pani Lucyno, co się stało? – zapytał, siadając ciężko za biurkiem.
Zaczęłam opowiadać niepewnie, od początku, ze wszystkimi szczegółami, które tkwiły mi w głowie jak drzazgi: młody ksiądz, szybka wizyta, koperta z pieniędzmi, brak modlitwy za Mariana, pośpiech. Proboszcz nie przerywał, słuchał z coraz większym niepokojem. Wreszcie westchnął i spojrzał na mnie z troską.
– Pani Lucyno… Niestety, nie była pani jedyną osobą, którą odwiedził ten „ksiądz”. Zgłosiły się już do mnie inne parafianki, starsze, samotne osoby… Podejrzewamy, że ktoś podszywa się pod duchownego.
– Czyli… zostałam oszukana? – głos mi się załamał.
– To nie pani wina. Proszę się nie obwiniać, każdy z nas mógłby dać się nabrać. Sprawa została już zgłoszona na policję. Przekażę pani dane i jeszcze dzisiaj powinna zadzwonić do pani funkcjonariuszka prowadząca śledztwo.
Siedziałam chwilę w milczeniu, wstydząc się własnych łez. Wcale nie chodziło mi już o pieniądze. Bolało mnie, że dałam się tak łatwo zwieść, że moja ufność została tak bezlitośnie wykorzystana.
Po południu rzeczywiście zadzwoniła policjantka. Głos miała spokojny, rzeczowy.
– Proszę mi opowiedzieć dokładnie, kiedy przyszedł do pani ten mężczyzna. Jak wyglądał, co mówił? – zapytała, notując wszystko cierpliwie.
Opisałam szczegóły, nawet te, które wydawały mi się błahe – kolor ubrania, zapach wody kolońskiej, sposób patrzenia. Policjantka zapewniła, że nie jestem jedyną ofiarą. Usłyszałam, że oszust odwiedził już kilka samotnych kobiet na mojej ulicy.
Po zakończeniu rozmowy długo patrzyłam w okno, czując narastające przygnębienie. Coś we mnie się zmieniło. To nie był tylko wstyd, to była głęboka rana po zaufaniu, które pozwoliłam komuś tak łatwo podeptać. Nagle moje mieszkanie, przez lata bezpieczne i przewidywalne, wydawało się obce i zimne.
Przez długi czas nie mogłam się uspokoić. Dusiło mnie poczucie bezradności i upokorzenia. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak okrutnie oszukana – nie przez złodzieja, tylko przez samą siebie i własną naiwność.
Sama się obwiniałam
Wieczorem nie mogłam usiedzieć w miejscu. Nerwowo przestawiałam filiżanki w kredensie, zapalałam i gasiłam światło. Nagle poczułam, że muszę z kimś porozmawiać, chociażby o pogodzie. Zadzwoniłam do Teresy z parteru, prosząc, żeby wpadła na herbatę.
Gdy weszła, wyglądała na równie zmęczoną i przybitą jak ja. Usiadłyśmy w kuchni, na stole postawiłam dwa kubki i talerzyk z ciastkami, które upiekłam jeszcze w weekend.
– Długo się wahałam, czy do ciebie wejść – zaczęła mówić Teresa, mieszając herbatę. – Wstyd mi było, głupio… Jakby to wszystko moja wina. Że nie ostrzegłam, nie pomogłam jakoś.
– Ja czuję to samo – przyznałam. – Wiesz, gdy proboszcz powiedział, że to oszust, poczułam się jak ostatnia naiwna. Tak, jakbym sama się o to prosiła.
– Czasy się zmieniają – Teresa pokręciła głową. – Człowiek przez całe życie ufa, a potem… Jeden uśmiech, sutanna, kilka miłych słów i już oddajesz, co masz najlepszego. Nawet nie pomyślisz, żeby zapytać, żeby sprawdzić. Ja… od śmierci męża to w ogóle nikomu nie wierzę. Nawet sobie czasem nie wierzę – uśmiechnęła się smutno.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, tylko zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle. Wreszcie odezwałam się, prawie szeptem:
– Może dlatego mnie wybrał? Bo widział, że jestem samotna. Że łatwo mnie podejść. Bo przecież nie przyjdzie do kogoś, gdzie jest gwar, dzieci, młodzi ludzie.
Teresa spojrzała na mnie z nagłym zrozumieniem. Nagle poczułam, że nie jestem z tym sama. Przez całe życie unikałyśmy rozmów o prawdziwych sprawach – a przecież każda z nas nosiła podobny ciężar. Powoli zaczęłam się otwierać, mówić o tęsknocie za Marianem, o pustce i cichych wieczorach. Z każdą chwilą robiło mi się lżej. Między nami pojawiło się coś, czego dawno nie czułam – zrozumienie.
Wyszła późno, ale jeszcze długo po jej wyjściu myślałam o tej rozmowie. O tym, że wstyd jest lżejszy, kiedy można go podzielić z kimś, kto naprawdę rozumie.
Nie mogłam tego zapomnieć
Minął kolejny tydzień, a ja wciąż czułam w sobie niepokój, jakby cień tamtej wizyty nie chciał mnie opuścić. Aż pewnego wieczoru znów usłyszałam dzwonek. Tym razem byłam czujniejsza – spojrzałam przez wizjer. Na wycieraczce stał młody mężczyzna, nieco nieporadny, z lekko przekrzywioną koloratką, ściskający pod pachą małą teczkę.
– Szczęść Boże, pani Lucyno. Wikary z parafii, przyszedłem z kolędą – przedstawił się, pokazując coś jak legitymację.
Wpuściłam go do środka, serce miałam prawie w gardle. Usiedliśmy przy stole, na którym czekały dwa kubki z herbatą – przygotowałam je wcześniej. Ksiądz rozłożył notatnik, ale zanim zaczął, sama przerwałam milczenie.
– Proszę księdza… Muszę powiedzieć, że już miałam tu „kolędę”. Tylko to nie był ksiądz… – głos mi zadrżał, poczułam piekący wstyd. – Dałam mu kopertę, wpuściłam go jak swojego. Nawet nie zauważyłam, że nie modlił się za mojego męża. Przepraszam, nie wiem, czemu w ogóle się tłumaczę…
Młody ksiądz spojrzał na mnie z uwagą, nie oceniał.
– Pani Lucyno, to nie pani wina. Czasem ludzie udają dobro, tylko po to, by wykorzystać czyjąś wiarę. Proszę nie mieć do siebie żalu. Każdy z nas mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji.
Zaczął spokojnie modlitwę, tym razem wyraźnie wypowiadając imię mojego męża, błogosławiąc obrazek i dom. Zostawił mi mały obrazek z osobistym błogosławieństwem. Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w ciszy, popijając herbatę.
– Wiem, że trudno odbudować zaufanie – powiedział na koniec. – Ale to nie ludzie są źródłem naszej siły. Najważniejsze, żeby mieć ją w sobie.
Odprowadziłam go do drzwi. Przez moment poczułam w sercu dziwny spokój. Nie mogłam jeszcze sobie wybaczyć, ale pierwszy raz od dawna coś we mnie zaczęło się układać.
Zaczęłam sobie wybaczać
Od tamtej wizyty minęło kilka tygodni. Policja nadal prowadziła śledztwo, choć coraz rzadziej dzwonili. Nie łudziłam się już, że odzyskam pieniądze – to był tylko papierek, gest, ale dla mnie wtedy oznaczał znacznie więcej. Coś jednak się zmieniło. O poranku zamiast po kopertę, sięgałam po filiżankę herbaty i obrazek, który zostawił mi ksiądz wikary. Zamiast myśli o wstydzie, pozwalałam sobie na odrobinę współczucia dla siebie samej.
Częściej dzwoniłam do Teresy. Czasem zapraszałyśmy się na kawę, czasem tylko wymieniałyśmy kilka zdań na klatce. Powoli uczyłam się, że samotność nie musi być karą – czasem jest tylko miejscem, w którym jeszcze łatwiej się pogubić, jeśli zamknę się zupełnie przed światem.
Biblię, którą dostałam od Mariana, znów położyłam na stole. Świat nie wrócił do dawnego porządku, zaufanie nie odbudowało się od razu. Byłam dalej ostrożna, czasem nawet podejrzliwa, ale nie bałam się już własnych uczuć. Słowa wikarego zostały we mnie na długo – „To nie pani wina”. Wreszcie powoli zaczynałam wierzyć, że to prawda. Zapaliłam świeczkę, spojrzałam przez okno na ciemne ulice i pomyślałam: „To ja dałam mu kopertę. Ale nie dam mu swojej wiary”. To jedno, czego już nigdy mi nie zabierze.
Lucyna, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój brat ukradł z szuflady babci 500 zł i stwierdził, że mu się należy. Tego dnia stracił coś więcej niż zaufanie”
- „W Dzień Babci wnuki zabrały mnie do restauracji. Co mi po tym, skoro zwykle nie wpadają do mnie nawet na niedzielny rosół”
- „Sąsiad codziennie o 5 rano robił pranie, przez co nie mogłam spać. Zatkało mnie, gdy zapukałam do jego drzwi”