Reklama

Siedziałam naprzeciwko mężczyzny, którego uważałam za miłość mojego życia, w jednej z najdroższych restauracji w mieście, a czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej w pustym mieszkaniu. Miał na sobie ten granatowy garnitur, który tak uwielbiałam, a jego włosy były idealnie ułożone, dokładnie tak jak lubił. Wszystko dookoła krzyczało o romantyzmie – płomienie świec tańczące na stołach, delikatna muzyka sącząca się z głośników i pary trzymające się za ręce. Jednak dla mnie ten wieczór nie miał nic wspólnego z bliskością. Był to teatr jednego aktora, w którym ja grałam rolę statystki, a głównym bohaterem był smartfon leżący na blacie, rozświetlający się co kilka minut. To miał być nasz wieczór, nasze święto, a stało się bolesną lekcją o tym, jak niewiele można znaczyć dla kogoś, kto jest dla nas całym światem.

Chciałam, żeby wszystko było perfekcyjne

Przygotowania do tego dnia zajęły mi więcej czasu, niż chciałabym przyznać przed samą sobą. Kiedy Marcin zaproponował kolację w tak eleganckim miejscu, poczułam przypływ euforii. Jesteśmy parą od kilku miesięcy, a początki, jak to zwykle bywa, były jak z bajki. Długie spacery, niekończące się rozmowy telefoniczne i to uczucie motyli w brzuchu, które sprawia, że człowiek uśmiecha się do własnego odbicia w lustrze. Jednak ostatnie tygodnie przyniosły dziwny chłód, którego nie potrafiłam zdefiniować. Marcin bywał nieobecny, zamyślony, a nasze spotkania traciły tę iskrę, która na początku tak mnie do niego przyciągała.

Dlatego te Walentynki traktowałam jak misję ratunkową. Chciałam, żeby wszystko było perfekcyjne. Kupiłam sukienkę w odcieniu głębokiej czerwieni, która kosztowała mnie połowę miesięcznej premii, ale wiedziałam, że wyglądam w niej olśniewająco. Spędziłam godziny u fryzjera, analizując każdy kosmyk, i wybrałam perfumy, o których kiedyś wspomniał, że kojarzą mu się z luksusem. Chciałam go zachwycić na nowo, przypomnieć mu, dlaczego wybrał właśnie mnie. Kiedy weszłam do restauracji i zobaczyłam go czekającego przy stoliku, serce zabiło mi mocniej. Wstał, uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek. Przez chwilę wierzyłam, że moje obawy były bezpodstawne, że to tylko zmęczenie pracą oddalało nas od siebie.

– Wyglądasz pięknie, Alicjo – powiedział, a jego głos brzmiał szczerze.

Usiadłam, poprawiając serwetkę na kolanach, i rozejrzałam się po sali. Było magicznie. Kelnerzy poruszali się bezszelestnie, nalewając wodę do kryształowych kieliszków, a zapach wykwintnych potraw unosił się w powietrzu. Miałam ochotę chwycić go za rękę i powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że tu jesteśmy. Ale zanim zdążyłam wykonać jakikolwiek gest, Marcin wyciągnął telefon z kieszeni marynarki i położył go obok talerza, ekranem do góry.

Nie chcę cię martwić, ale bądź czujna

To drobny gest, prawda? W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy przyklejeni do ekranów. Jednak w tamtym momencie poczułam ukłucie niepokoju. Pamiętam, jak moja przyjaciółka, Marta, ostrzegała mnie tydzień wcześniej. Siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, a ja zwierzałam się jej z tego dystansu, który wyrósł między mną a Marcinem.

– Uważaj, Ala – powiedziała wtedy, mieszając łyżeczką w filiżance. – Kiedy facet zaczyna być nieobecny duchem, to zazwyczaj oznacza, że jego myśli krążą wokół kogoś innego. Albo czegoś innego. Nie chcę cię martwić, ale bądź czujna.

Zbyłam jej słowa śmiechem, twierdząc, że Marcin ma po prostu stresujący projekt w firmie. Ale teraz, patrząc na ten czarny prostokąt leżący między nami jak mur, słowa Marty wróciły do mnie ze zdwojoną siłą.

– Wszystko w porządku w pracy? – zapytałam, starając się brzmieć swobodnie.

Marcin spojrzał na mnie, jakby wybudzony z transu.

– Co? A, tak. Tak, wszystko ok. Po prostu czekam na ważnego maila od klienta – odpowiedział szybko, po czym przesunął palcem po ekranie, sprawdzając powiadomienia.

Zamówiliśmy kolację. Wybrałam danie, którego nazwy nie potrafiłam poprawnie wymówić, zdając się na rekomendację kelnera. Marcin zamówił to samo, niemal mechanicznie. Kiedy zostaliśmy sami, zapadła cisza. Nie była to ta przyjemna, intymna cisza, która łączy dwoje ludzi rozumiejących się bez słów. To była cisza ciężka, lepka i krępująca. Próbowałam ją przerwać, opowiadając anegdotę z biura, o nowej asystentce, która pomyliła dokumenty prezesa z menu stołówki. To była zabawna historia, zwykle Marcin śmiałby się do łez. Tym razem tylko kiwnął głową, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Aha, no to nieźle – mruknął, a jego kciuk pisał coś pospiesznie na klawiaturze.

To miały być nasze walentynki

Czułam, jak narasta we mnie frustracja. To miały być nasze walentynki. Wokół nas pary patrzyły sobie w oczy, szeptały czułe słówka, dzieliły się deserami. My wyglądaliśmy jak dwoje obcych ludzi, których posadzono razem przez pomyłkę.

– Marcin – powiedziałam nieco głośniej. – Możesz odłożyć ten telefon? Jesteśmy na kolacji.

Spojrzał na mnie z lekkim poirytowaniem, jakby to moja prośba była nietaktem, a nie jego zachowanie.

– Przecież rozmawiam z tobą, Alicja. Muszę tylko odpisać, to pilne.

– W walentynki wieczorem? – zapytałam z niedowierzaniem. – Kto pracuje o tej porze?

– Nie rozumiesz specyfiki mojej branży – uciął krótko, ale telefon na chwilę odłożył.

Przez moment wydawało się, że odzyskałam jego uwagę. Zjedliśmy przystawki, wymieniając uwagi na temat smaku sosu i delikatności mięsa. Przez te dziesięć minut czułam, że on naprawdę tam jest. Opowiadał o planach na wyjazd w góry w przyszłym miesiącu, pytał o moich rodziców. Moje napięcie zaczęło opadać. Pomyślałam, że może faktycznie przesadzam, że jestem przewrażliwiona, a on po prostu jest zapracowany.

Wtedy jednak telefon zawibrował ponownie. Krótki, suchy dźwięk, który wbił się w moją świadomość jak szpilka. Oczy Marcina natychmiast powędrowały w stronę urządzenia. Zobaczyłam, jak jego twarz się zmienia. Napięcie ustąpiło miejsca czemuś, co wyglądało jak... ulga? A może ekscytacja? Chwycił telefon, przepraszając mnie gestem ręki, i zaczął czytać. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Tego uśmiechu, którego nie widziałam u niego od tygodni skierowanego do mnie. To był uśmiech przeznaczony dla kogoś innego.

Mówił, że to "zamknięty rozdział"

Kelner przyniósł danie główne, ale ja straciłam apetyt. Żołądek miałam ściśnięty w supeł. Obserwowałam go uważnie. Nie byłam typem zazdrośnicy, nigdy nie sprawdzałam mu telefonu, nie czytałam maili. Ufałam mu. Ale intuicja krzyczała tak głośno, że nie dało się jej zagłuszyć.

Marcin pisał teraz z taką intensywnością, że nawet nie zauważył, iż kelner napełnił nasze szklanki wodą.

– Smakuje ci? – zapytałam, dłubiąc widelcem w talerzu.

– Mhm, pyszne – odpowiedział, nie podnosząc wzroku. Nawet nie spróbował jeszcze jedzenia.

Wtedy zdarzył się wypadek, który zmienił bieg tego wieczoru. Marcin sięgnął po serwetkę, ale zrobił to tak niezdarnie, że potrącił telefon łokciem. Urządzenie przesunęło się po gładkim obrusie i zatrzymało bliżej mnie. Ekran wciąż się świecił. Nie chciałam patrzeć. Przysięgam, że nie chciałam. Ale wzrok jest szybszy od myśli. Na górze ekranu widniało imię: "Paulina". To imię znałam doskonale. Jego była dziewczyna. Ta, o której mówił, że to "zamknięty rozdział", że "nic ich już nie łączy poza kilkoma wspólnymi znajomymi". Ta sama Paulina, której zdjęcia zniknęły z jego mediów społecznościowych, gdy zaczęliśmy się spotykać.

Treść wiadomości, która właśnie nadeszła, wyświetliła się w powiadomieniu. Nie była długa. Ale wystarczająca, by zburzyć mój świat. "Pamiętasz tamte walentynki w Rzymie? Brakuje mi tego. Szkoda, że dziś nie możemy się widzieć." Zamarłam. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Czas zwolnił. Widziałam każdy detal – drżenie płomienia świecy, fakturę obrusa, przerażenie w oczach Marcina, gdy zorientował się, że telefon leży tuż pod moim nosem.

Jesteśmy tylko przyjaciółmi

Marcin rzucił się, by zabrać telefon, ale było już za późno. Widziałam. I on wiedział, że widziałam.

– Klient, tak? – zapytałam, a mój głos był przerażająco spokojny. – Paulina to twój klient? Od kiedy prowadzisz interesy ze swoją byłą dziewczyną w walentynkowy wieczór?

Próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego dziwny grymas.

– Alicja, to nie tak, jak myślisz. Ona... ona ma problem. Osobisty. Po prostu napisała, żeby się wygadać. To nic takiego.

Spojrzałam na niego i po raz pierwszy zobaczyłam nie mojego ukochanego, ale żałosnego kłamcę.

– Napisała, że brakuje jej Rzymu i żałuje, że nie możecie się widzieć – wycedziłam każde słowo. – To są problemy osobiste, które rozwiązuje się z byłym facetem, gdy ten jest na kolacji ze swoją obecną partnerką?

– Przesadzasz – fuknął, zmieniając taktykę z obronnej na atakującą. – Źle zinterpretowałaś wiadomość. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Znamy się od lat, nie mogę jej tak po prostu zignorować, kiedy ma doła.

– Ale mnie możesz ignorować? – Mój głos zaczął drżeć, a emocje brały górę. – Siedzimy tu od godziny. Przez ten czas wymieniłeś ze mną może pięć zdań, a z nią piszesz non stop. Uśmiechasz się do telefonu, Marcinie. Do niej się uśmiechasz, nie do mnie!

Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli dyskretnie zerkać w naszą stronę. Atmosfera gęstniała. Kelner, który akurat przechodził obok, zwolnił kroku, wyczuwając napięcie, ale roztropnie się wycofał.

– Nie rób scen – syknął Marcin, pochylając się nad stołem. – Ludzie patrzą. Zachowuj się.

Ja mam się zachowywać? – zaśmiałam się gorzko. – To ty psujesz ten wieczór, kłamiąc mi w żywe oczy. Powiedz mi prawdę. Czy ty w ogóle chcesz tu ze mną być? Czy wolałbyś być teraz z nią?

To nie znika z dnia na dzień

Marcin milczał przez długą chwilę. Jego palce nerwowo bębniły o blat stołu. W końcu westchnął ciężko, jakby zrzucał z siebie wielki ciężar.

– Alicja, to skomplikowane. Z Pauliną łączy nas... wiele lat. To nie znika z dnia na dzień. Próbowałem, naprawdę próbowałem o niej zapomnieć, być z tobą na sto procent. Jesteś wspaniała, dobra, piękna. Ale...

Zamilkł, a ja czułam, jak moje serce pęka na tysiąc małych kawałków. To "ale" było jak wyrok.

– Ale jej nie kochasz, tak? A może to mnie nie kochasz? – zapytałam cicho.

– Nie wiem – odpowiedział szczerze, co bolało bardziej niż jakiekolwiek kłamstwo. – Kiedy napisała, po prostu... poczułem, że muszę odpisać. Że nie mogę zerwać tego kontaktu. Może za szybko weszliśmy w ten związek. Może nie byłem gotowy.

Słuchałam go i nie wierzyłam. Jeszcze rano przysłał mi wiadomość z serduszkiem. Jeszcze wczoraj planowaliśmy wakacje. A teraz, w drogiej restauracji, przy świadkach, przyznawał się, że jestem tylko plastrem na jego ranę po byłej. Że jestem tą drugą, opcją zapasową, pocieszaczem.

– Więc po co mnie tu zaprosiłeś? – Łzy napłynęły mi do oczu, rozmazując obraz świec. – Po co ta cała szopka? Sukienka, rezerwacja, kwiaty? Chciałeś zagłuszyć sumienie?

– Chciałem spróbować – powiedział cicho. – Myślałem, że magiczna atmosfera pomoże. Że jak się postaram, to poczuję to, co powinienem czuć.

Wstałam. Nogi miałam jak z waty, ale wiedziałam, że nie mogę tam zostać ani minuty dłużej. Nie będę siedzieć i patrzeć, jak on analizuje swoje uczucia do innej kobiety, podczas gdy ja staram się być dla niego idealna.

– Nie będę twoim kołem ratunkowym, Marcin. – powiedziałam, starając się opanować drżenie głosu. – I jeśli tęsknisz za Rzymem i Pauliną, to droga wolna. Ale nie rób tego moim kosztem.

Sięgnęłam po torebkę. Marcin też wstał, wyglądał na zmieszanego.

– Ala, czekaj. Nie możesz tak po prostu wyjść. Zamówiliśmy jedzenie, zapłacę, odwiezę cię... Porozmawiajmy na spokojnie w domu.

– Nie mam ochoty z tobą rozmawiać – odparłam stanowczo. – I nie chcę, żebyś mnie odwoził. Zostań sobie z telefonem. Masz wspaniałe towarzystwo.

Rzuciłam na stół banknot, który miał pokryć moją część rachunku – chociaż on protestował – i odwróciłam się na pięcie.

Ale dla mnie nie było już powrotu

Wyjście z restauracji przypominało ucieczkę. Czułam na plecach spojrzenia gości i obsługi. Wiedziałam, że wyglądam jak bohaterka taniego dramatu – zapłakana kobieta w czerwonej sukni wybiegająca z romantycznej kolacji. Ale w tamtym momencie było mi to obojętne. Chłodne, lutowe powietrze uderzyło mnie w twarz, gdy tylko drzwi się zamknęły. Było orzeźwiające. Pozwoliło mi wziąć głęboki oddech. Stanęłam na chodniku, drżąc z zimna, bo płaszcz zostawiłam w szatni i musiałam po niego wrócić, co było dodatkowym upokorzeniem, ale nie zamierzałam marznąć. Gdy wreszcie wyszłam kompletnie ubrana, zamówiłam taksówkę.

Czekając na samochód, patrzyłam przez wielkie szyby restauracji. Widziałam Marcina. Siedział tam, gdzie go zostawiłam. Nie wybiegł za mną. Nie próbował mnie zatrzymać. Co gorsza, widziałam, że znowu trzyma telefon w ręku. Pisał. Pewnie do niej. Pewnie pisał: "Właśnie wyszła, możemy porozmawiać". To był ten moment, w którym zrozumiałam, że to koniec. Definitywny koniec. Bolało. Bolało to, że zostałam oszukana, że zmarnowałam miesiące na kogoś, kto nigdy nie był w pełni mój. Bolało upokorzenie. Kiedy wsiadłam do taksówki, kierowca spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.

– Ciężki wieczór? – zapytał z empatią, widząc mój rozmazany makijaż.

– Najgorszy w życiu – odpowiedziałam, patrząc na przesuwające się za oknem światła miasta.

– Czasem trzeba, żeby coś się skończyło, żeby coś lepszego mogło się zacząć – rzucił filozoficznie, skręcając w moją ulicę.

Wróciłam do pustego mieszkania. Zdjęłam czerwoną sukienkę i rzuciłam ją w kąt sypialni. Zmyłam makijaż, patrząc na swoje zmęczone oczy w lustrze. Czułam smutek, ale pod nim tliło się coś jeszcze. Ulga. Ulga, że nie muszę już się zastanawiać, dlaczego on jest taki dziwny. Że nie muszę rywalizować z kimś z przeszłości.

Marcin dzwonił kilka razy tej nocy. Nie odebrałam. Następnego dnia napisał długą wiadomość z przeprosinami i tłumaczeniami, że to był moment słabości. Ale dla mnie nie było już powrotu. Tamtego wieczoru, w blasku świec, zobaczyłam prawdę, której nie dało się odzobaczyć. Walentynki miały być świętem miłości, i w pewnym sensie były. Tyle że nie naszej miłości, ale mojej miłości do samej siebie, którą wreszcie odzyskałam, wstając od tamtego stolika.

Teraz wiem, że zasługuję na kogoś, kto na kolacji będzie patrzył w moje oczy, a nie w ekran telefonu. Na kogoś, dla kogo będę jedynym wyborem, a nie opcją zastępczą. I choć tamta noc była koszmarem, jestem wdzięczna, że prawda wyszła na jaw teraz, a nie za kilka lat. Czasem złamane serce jest ceną, którą trzeba zapłacić za wolność.

Alicja, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama