„Myślałam, że na ferie do Zakopanego jedziemy jak normalna rodzina. Teściowa zmieniła święty spokój w piekło”
„Milczałam. Wpatrywałam się w śnieg i obiecywałam sobie, że nie dam się sprowokować. Wciąż miałam nadzieję, że ferie, choć z teściową, mogą być jeszcze do uratowania”.

- Redakcja
Zawsze wierzyłam, że ferie to czas odpoczynku, rodzinnego ciepła i beztroski, choćby tej krótkiej, zimowej. Marzyłam o tym, żeby w końcu zrobić coś tylko dla nas: mnie, męża i dzieci. Ciepły pensjonat, zapach igliwia, śnieg skrzypiący pod butami i poranne kakao wypijane z widokiem na góry. Czułam, że wszyscy tego potrzebujemy — oddechu od codziennego zamieszania i wiecznego „muszę”. Nie ukrywam, w myślach już widziałam, jak będziemy razem lepić bałwana, a potem wtuleni oglądać filmy pod kocem.
Nie przewidziałam tylko jednego. A raczej jednej osoby. Oczywiście teściowa, bo kto inny? Wystarczyło jedno niewinne zdanie męża i cały mój plan, cały entuzjazm, poszedł się bujać. Nie miałam nic do powiedzenia — on już się zgodził. Dzieci w sumie się cieszyły. No cóż, ja... spróbowałam podejść do tematu z dystansem. Przecież to tylko kilka dni. Dam radę. W końcu niejedno już w życiu przeżyłam.
Wiedziałam, że będzie dramat
Pakowałam walizki, dzieci biegały po całym mieszkaniu, a mąż… jak zwykle gdzieś zniknął. No i teściowa, stojąca na środku korytarza z siatkami pełnymi jedzenia i… termosem, jakbyśmy jechali na Syberię, a nie do pensjonatu z pełnym wyżywieniem.
– Synku, czy na pewno zamówiłeś pokój z lodówką? – zapytała, podejrzliwie łypiąc na mojego męża.
– Mamo, to nie jest schronisko, tylko normalny pensjonat, wszystko będzie – zapewnił ją, nie patrząc jej w oczy.
– Wiesz, że dzieci będą cały dzień na dworze? – zwróciła się do mnie, a ja już wiedziałam, że to dopiero początek jej troskliwych pytań. – W takich butach zimowych? Może trzeba było im dokupić jeszcze drugą parę? I skarpetki grube, bo te, co masz, to nie trzymają ciepła.
– Damy radę. Mamy wszystko, co trzeba – westchnęłam.
Kiedy w końcu upchnęliśmy się w samochodzie, z nieba padał lekki śnieg. Dzieci krzyczały, że widzą już zimę, a ja miałam wrażenie, że w aucie powietrza jest coraz mniej.
– Synku, jedź powoli, dobrze? Drogi śliskie – rzuciła teściowa, nie zdejmując wzroku z licznika.
– Przecież jadę, mamo – odpowiedział z lekkim rozdrażnieniem mój mąż, bo to samo słyszał już trzeci raz na najbliższym skrzyżowaniu.
– O, tu się kiedyś wywróciliśmy na zakręcie, pamiętasz? – dodała, a ja już wyobrażałam sobie dziesięć dni powrotu do wszystkich rodzinnych wypadków samochodowych.
Milczałam. Wpatrywałam się w śnieg i obiecywałam sobie, że nie dam się sprowokować. Wciąż miałam nadzieję, że ferie, choć z teściową, mogą być jeszcze do uratowania.
Odliczałam dni do końca ferii
Gdy dojechaliśmy do pensjonatu, dzieci z ulgą wybiegły z auta wprost na śnieg. Właścicielka przywitała nas szerokim uśmiechem.
– Dzień dobry, witam serdecznie! Proszę, klucze do państwa pokoi – zaczęła, ale nie dane jej było skończyć, bo teściowa już nachylała się do lady.
– Przepraszam bardzo, a czy w pokojach są puchowe kołdry, czy tylko takie narzuty z poliestru? Bo ja mam alergię, proszę pani.
Właścicielka zmrużyła lekko oczy.
– Proszę się nie martwić, wszystko mamy atestowane, często goście do nas wracają…
– No nie dziwię się, skoro mają państwo takie ceny – wtrąciła się teściowa, rzucając mi krótkie spojrzenie, jakby to była moja wina, że płacimy „tyle pieniędzy za kilka nocy”.
Dzieci tymczasem już próbowały wbiec po schodach, ale teściowa nie odpuszczała:
– Nie tak szybko! Uważajcie na te schody, śliskie, można się przewrócić, ja już kiedyś tak nogę skręciłam, całe wakacje potem w gipsie…
– Mamo, dzieciom nic się nie stanie. Chodź, zobaczymy pokoje – przerwał mój mąż, a ja poczułam ulgę, że choć raz nie muszę być mediatorem.
Na piętrze teściowa z miejsca zaczęła kontrolę. Otworzyła szafę, zajrzała do łazienki, dotknęła kaloryfera.
– O matko, ledwo ciepły. W takim zimnie nie zasnę, chyba że znajdzie się jakiś drugi koc.
– Mamo, jest dodatkowy w szafie – rzucił mąż i przewrócił oczami.
– No dobrze, zobaczymy, czy przeżyję – westchnęła teatralnie teściowa, a ja w myślach odliczałam dni do końca ferii.
Mimo wszystko miałam złudną nadzieję, że może po kolacji atmosfera się rozluźni.
Próbowałam zachować spokój
Kolacja w pensjonacie zapowiadała się całkiem przyjemnie. Zapach rosołu rozchodził się po całej stołówce, dzieci przylepiały nosy do szyby, wypatrując saren. Mąż rozsiadł się wygodnie przy stole, a ja już miałam nadzieję na chwilę spokoju. Oczywiście, to był błąd.
– A co to za rosół? – zapytała teściowa, ledwie usiadła. – Mam nadzieję, że nie z kostki?
Kelnerka spojrzała na nią z lekkim rozbawieniem.
– Gotujemy na prawdziwym mięsie, proszę pani. Z domowym makaronem.
– Każdy tak mówi – mruknęła teściowa pod nosem, po czym zaczęła rozlewać dzieciom zupę, jakby tylko ona wiedziała, ile mogą zjeść. – Nie tak dużo, bo potem będzie brzuch bolał – rzuciła do młodszego wnuka, który spojrzał na mnie błagalnie.
– Mamo, daj im się najeść, ferie są – wtrącił mój mąż, próbując ukryć uśmiech.
– Tak, ferie, ferie, a potem kłopoty z żołądkiem. Nie wy będziecie w nocy z dzieckiem czuwać, tylko ja – westchnęła.
Wtedy zgasło światło. Dzieci zaczęły piszczeć z radości, uznając to za świetną przygodę. Teściowa złapała mnie za ramię.
– Widzisz? Takie oszczędności, że prąd wyłączają! Ja od razu wiedziałam, że tu będzie jak w jakiejś głuszy.
– Mamo, pewnie po prostu korki wysiadły – próbowałam zachować spokój. – Zaraz naprawią.
– Synku, sprawdź, co się dzieje.
Mąż spojrzał na mnie z rozbawieniem. Kolacja skończyła się przy świecach, dzieci zjadły po dwa talerze rosołu, a teściowa… zapowiedziała, że jeszcze tej nocy wszystko może się wydarzyć.
Nie mogłam w to uwierzyć
Noc minęła spokojnie tylko dla tych, którzy potrafią spać przy akompaniamencie wzdychań, sapania i teatralnych westchnień. Ja do tej grupy nie należałam. O świcie usłyszałam skrzypienie drzwi i cichy głos teściowej, która ewidentnie szukała czegoś po omacku.
– Gdzie tu jest włącznik światła, przecież można sobie kark skręcić! – mruczała, buszując po korytarzu. – O, wstałaś. Dobrze, bo nie spałam całą noc – zaczęła. – Ten koc to się do niczego nie nadaje, za cienki. Poza tym ta rura od kaloryfera hałasuje, a łóżko to sprężyny ma jak na łowisku.
– Mamo, może napijesz się kawy? – zaproponowałam, tłumiąc ziewnięcie.
– O, jeśli już jest gotowa… Tylko pół szklanki, bo potem serce mi będzie walić. I nie za mocna. Ty, kochanie, nie musisz słodzić, już jesteś wystarczająco słodka – powiedziała.
Chwilę później dzieci przybiegły do nas w piżamach.
– Babciu, idziemy dziś na śnieg? – zapytała córka, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, teściowa już zaczęła wywód.
– Na śnieg? Przeziębicie się, kto potem będzie miał pretensje? Mówiłam, żeby cieplej się ubierać, a wy jak zawsze swoje.
– Babciu, ale my chcemy! – jęknął syn.
– Jak się rozchorujecie, to do domu wrócicie od razu, a ja was pilnować nie będę. Lepiej usiądźcie, zjedzcie śniadanie, potem zobaczymy.
W tym momencie wszedł mój mąż, świeżo ogolony, jakby był na urlopie sam, a nie z rodziną.
– Co się tu dzieje? – zapytał, spoglądając na nas z uśmiechem.
– Twoja matka właśnie ustala grafik naszego dnia – odpowiedziałam mu pół żartem, pół serio. – I wygląda na to, że najważniejszym punktem będzie siedzenie w pensjonacie.
– No co ty, przecież ferie są po to, żeby dzieci się wyszalały – próbował rozładować atmosferę. – Mamo, może pójdziemy razem na sanki?
– Ja na pewno nie! – oburzyła się teściowa. – Kto by mnie potem zbierał z tych sanek?
Patrzyłam na nich wszystkich i zastanawiałam się, jakim cudem jeszcze się nie spakowałam i nie wróciłam do domu.
Czułam, że odpoczywam
Po śniadaniu, nie zważając na niechęć teściowej, postanowiliśmy wyciągnąć dzieci na spacer. W końcu po to przyjechaliśmy w góry, a nie żeby oglądać sufit. Mój mąż nawet zaczął udawać entuzjazm.
– No chodź, mamo, tylko zobaczysz, jak dzieci się cieszą! – przekonywał, już w kurtce i z czapką na głowie.
– Ja się cieszyć będę, jak wrócicie wszyscy cali i zdrowi. Tylko nie pozwól im zjeżdżać z tych dużych górek. I żeby nie przyszło wam do głowy rzucać się śnieżkami, bo śnieg teraz to sama skorupa, można zęby wybić.
– Mamo... – rzuciłam zrezygnowana.
– I tylko, proszę, żadnych wyścigów i wracajcie na obiad. A ty, synku, na siebie też uważaj, w twoim wieku złamana noga to już nie przelewki.
Mój mąż rzucił mi szybkie spojrzenie, jakby pytał, czy jeszcze to wytrzymam.
– Mamo, idziemy. Jakby co, masz klucz do pokoju, możesz odpocząć.
– Ja już odpoczęłam, ale przez całą noc nie spałam – westchnęła teatralnie, podciągając koc na ramiona. – I tylko pamiętajcie, żeby nie przyprowadzać tego całego śniegu do środka. Gospodyni będzie miała pretensje.
Dzieci już ciągnęły nas za ręce, więc wyszliśmy na zewnątrz, śmiejąc się i rzucając śniegiem, jakbyśmy na chwilę zapomnieli, że w pensjonacie czeka „generał”. Zjeżdżanie było fantastyczne, dzieci miały wypieki na twarzy, a ja – pierwszy raz od dawna – poczułam, że naprawdę odpoczywam. Nawet mój mąż się rozluźnił. Gdy wróciliśmy, teściowa czekała już na nas w holu z grobową miną.
– Co się stało, mamo? – zapytał mój mąż.
– Dzwoniła sąsiadka. Jej kot wlazł na nasze okno i miauczy, a ona nie może go zdjąć. Mówiłam, że jak nie ma mnie w domu, wszystko się wali. I kto teraz wróci do mieszkania? Ja na pewno nie, ale może wy już się nacieszyliście tymi sankami...
Poczułam, że nawet najcieplejsza herbata nie uratuje mnie przed tą zimą.
Nigdy tego nie zapomnę
Wieczorem, gdy dzieci leżały już w łóżkach, a w pensjonacie panowała względna cisza, usiedliśmy z mężem przy herbacie. On patrzył na mnie z rozbawieniem, a ja nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać.
– Wiesz co – zaczęłam cicho – jeśli twoja mama jeszcze raz powie, że tu jest zimno, zamówię jej dodatkową kołdrę i wrzucę do bagażnika. Niech ma na następny wyjazd.
Mąż zachichotał.
– Ona naprawdę się stara, wiesz? Myśli, że bez niej byśmy zginęli.
– Prędzej byśmy wygrali w totolotka, niż zginęli przez brak wełnianych skarpetek – mruknęłam. – Tylko… te ferie to nie było do końca to, co sobie wymarzyłam.
Usłyszeliśmy skrzypnięcie drzwi. Teściowa weszła w szlafroku, trzymając w ręku swój termofor.
– Nie przeszkadzam? – zagadnęła z tym swoim „niewinnym” uśmiechem. – Tylko sprawdzam, czy dzieci oddychają przez nos, bo po tych sankach może się zaraz przeziębią. I ten kot… cały czas o nim myślę. Jak wrócimy, to ja już chyba nigdzie nie pojadę. Tak się człowiek napracuje, nastroi, a potem tylko się martwi.
– Mamo, dzieci śpią, wszystko dobrze – powiedział mój mąż, zmęczonym głosem.
– A herbata jeszcze jest? Tylko nie za mocna.
Wlałam jej trochę do filiżanki. Usiadła obok nas, zaczęła opowiadać o sąsiadce, o kotach, o dawnych feriach w czasach swojej młodości. I choć miałam wrażenie, że zaraz oszaleję, nagle zrozumiałam jedno: te ferie pewnie zapamiętamy na długo. I nie przez śnieg, nie przez sanki, ale przez te wieczorne opowieści, narzekania i szukanie skarpetek. Bo taka już jest nasza rodzina – trochę pokręcona, trochę męcząca, a jednak… w pewien sposób własna. Mój mąż spojrzał na mnie i wyszeptał:
– Za rok może pojedziemy sami?
Uśmiechnęłam się tylko. Tak, za rok na pewno.
Sylwia, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Myślałam, że znam męża na wylot. Gdy zamknęła się jego trumna, otworzyła się za to Puszka Pandory”
- „Zobaczyłam zdjęcia męża z kochanką i zapragnęłam odwetu. W Tatrach z przyjaciółką uknułyśmy zemstę idealną”