„Myślałam, że jak mąż pojedzie sam z dziećmi na ferie, to będę mieć chwilę spokoju. A już 1. dnia telefony się urywały”
„Od miesięcy nie miałam urlopu. Prawdziwego. Takiego, gdzie nie dzwoni telefon z pytaniem: >>Mamo, gdzie są moje legginsy?<>Ewa, projekt się sypie, pomóż<<. Wszyscy czegoś ode mnie chcą. Bartek – mój mąż – też. Chce być bohaterem. A przynajmniej za takiego się uważa”.

- Redakcja
Zaczynam dzień od kawy i pustego spojrzenia w lodówkę. Jajka się skończyły. Mikołaj znów wypił ostatnie mleko, a Zuzia zjada tylko chrupki z tej jednej konkretnej paczki, której oczywiście nie mam. Jest wtorek, siódma rano. Pracę zaczynam o ósmej trzydzieści. Muszę jeszcze odwieźć dzieci do szkoły, ogarnąć ich śniadanie, zrobić pranie i odpisać szefowej na maila z wczoraj. Od miesięcy nie miałam urlopu. Prawdziwego. Takiego, gdzie nie dzwoni telefon z pytaniem: „Mamo, gdzie są moje legginsy?” albo „Ewa, projekt się sypie, pomóż.” Wszyscy czegoś ode mnie chcą. Bartek – mój mąż – też. Chce być bohaterem. A przynajmniej za takiego się uważa.
– Ewa, serio. Ty ogarniesz dom, ja ferie. Zasługujesz na odpoczynek – powiedział pewnego wieczoru, pijąc herbatę i przeglądając stronę pensjonatu w Zakopanem.
– Skoro tak ci pasuje – odparłam zmęczona, z laptopem na kolanach i praniem pod pachą.
Nie miałam siły się kłócić. Może naprawdę chciał dobrze? A może chciał po prostu mieć swoją przygodę z dziećmi. Pokazać, że też potrafi. Że nie jestem niezastąpiona. Westchnęłam i zgodziłam się. Na tydzień. Zostali w Zakopanem. Ja – z listą obowiązków i milczącą obawą, że skończy się jak zawsze. Że wrócą szybciej. Albo ja pojadę. Bo w głębi serca wiedziałam: oni nie są gotowi na życie beze mnie. A Bartek... on nadal myśli, że bycie ojcem to „dawanie radości”, nie „dźwiganie odpowiedzialności”.
To ja musiałam myśleć o wszystkim
Był wieczór. Zdążyłam już położyć się do łóżka, w końcu miałam przed sobą pierwszy spokojny wieczór od miesięcy. Dzieci w górach, mąż z nimi, ja z książką. Właśnie miałam ją otworzyć, gdy zadzwonił telefon. Zobaczyłam na ekranie „Bartek”. Zastanowiłam się przez chwilę, czy nie zignorować. Odebrałam.
– No cześć. Co tam?
– Mikołaj zgubił gdzieś swoją ukochaną czapkę. Szykujemy się do wyjścia, i nie wiem, co mam robić?
– Ehh przewidziałam taką sytuację, sprawdź w torbie w bocznej kieszeni, wrzuciłam mu zapasową.
– Super, że o tym pomyślałaś. No to lecimy. Dzięki. Zadzwonię potem.
Chciałam jeszcze coś zapytać, ale już się rozłączył. No właśnie, nawet przed wyjazdem, to ja musiałam myśleć o wszystkim: żeby kupić dzieciom cieplejsze bluzy, spakować wszystkie potrzebne rzeczy itd. On tylko wziął torby i gotowe. I tak było zawsze. Całe życie wszystko na mojej głowie. To ja musiałam pilnować terminów, chodzić na wywiadówki, rozwiązywać problemy, a on traktował rolę ojca jak jakąś funkcję reprezentacyjną.
Znów zadzwonił telefon
Rano wstałam wcześniej. W domu panowała cisza. Nie pamiętam, kiedy ostatnio panował w nim taki spokój. Chciałam spędzić poranek powoli, bez pośpiechu. Zaparzyłam sobie kawę i usiadłam przy stole, by poczytać gazetę. Jeszcze dobrze jej nie otworzyłam, gdy znów zadzwonił telefon:
– Ewa, Zuzia płacze i nie chce jeść owsianki, nie wiem, co robić.
– Przecież ona nigdy nie lubiła owsianki. Gdybyś częściej spędzał z nami poranki, to zapewne byś o tym wiedział – powiedziałam zirytowana.
– Nie musisz mi od rana wbijać szpilek.
– Ale taka prawda. Nawet nie wiesz, co lubi jeść twoja córka.
– To co mam teraz zrobić?
– Włożyłam do torby na wszelki wypadek jej ulubione płatki śniadaniowe. Wystarczy zalać je mlekiem.
– Dobra, to już się za to zabieram. Kończę. Pa.
To miał być poranek tylko dla mnie, ale wiedziałam, że to by było zbyt piękne. Przez resztę dnia telefony były w podobnym stylu. A ja czułam się tak, jakbym i tak była z nimi na tych feriach.
Nie myślałem, że będzie aż tak ciężko
Tego dnia chciałam zrobić sobie domowe SPA. Zaczęłam od relaksacyjnej kąpieli, potem przeszłam do pielęgnacji twarzy. Właśnie wyciągałam z szafki mój ulubiony krem, gdy usłyszałam dzwonek telefonu.
– Ewa… ja już nie daję rady. – usłyszałam w słuchawce.
– Co się dzieje? – zapytałam zdenerwowana.
– Mikołaj prawie się dziś zgubił, a Zuzia ciągle nadąsana. Teraz płacze, bo zapomnieliśmy wziąć z restauracji jej ulubionego pluszaka. Muszę po niego jechać. Nie mam siły.
Mówił szybko, przerywanym oddechem, jakby właśnie wybiegł z jakiegoś koszmaru. Leżałam nieruchomo, patrząc w sufit.
– To miał być twój plan – powiedziałam spokojnie, cicho. – Miałeś wszystko ogarnąć, a teraz dzwonisz do mnie bo wyjazd nie jest po twojej myśli?
– Przepraszam, ja...nie myślałem, że będzie aż tak ciężko – dodał cicho.
Nie byłam zaskoczona takim obrotem spraw. Mój mąż nigdy nie doceniał tego, że dbam o dom i dzieci. A teraz sam na własnej skórze poczuł, z czym muszę radzić sobie codziennie. Patrzyłam na śnieg za oknem. W głowie miałam tylko jedno: jak bardzo jestem zmęczona. Nie tylko fizycznie. Od miesięcy nikt mnie nie zapytał, czego potrzebuję. Bo przecież „mama sobie poradzi”. Bo „Ewa to ogarnie”. Bycie matką to nieustanna gotowość. Nawet gdy masz urlop, musisz być w blokach startowych. Bartek chciał dowodu, że potrafi sam. Wystarczyło mu nie przeszkadzać. Teraz miał ten dowód. W całej okazałości.
Chciałeś ferie – masz
W dniu ich powrotu myślałam, co mu powiem, kiedy już stanie w drzwiach. Nie wymyśliłam nic. Bo co można powiedzieć komuś, kto zawalił, a i tak będzie próbował się tłumaczyć? Kogoś, kto chciał udowodnić, że „da radę”, a skończył jak dziecko we mgle? Wiedziałam, że będzie patrzył tymi swoimi błagalnymi oczami. Ale mnie nie było już na to stać. W końcu przyjechali, dwie godziny później niż planowali. Stali w korytarzu, jak wyciągnięci z jakiegoś żenującego rodzinnego dramatu. Zanim zdążyli coś powiedzieć, Zuzia rzuciła się w moją stronę.
– Mama… – wyszeptała, tuląc się do mnie.
Bartek podszedł do nas powoli. Przestępował z nogi na nogę, jakby czekał na moment, w którym zostanie dopuszczony do głosu. Nie patrzyłam na niego. Wzrok skierowałam na Mikołaja.
– I jak było? – powiedziałam.
– Tak sobie… – mruknął. Jakbyś z nami pojechała, byłoby fajniej – złapał plecak i poszedł do swojego pokoju.
Wtedy Bartek odezwał się po raz pierwszy:
– Nie wiedziałem, że to będzie takie trudne…
Spojrzałam na niego. W końcu.
– Chciałeś ferie – masz. W pełnej wersji – powiedziałam. Ton był zimny, ale kontrolowany.
Zamilkł. Przez chwilę myślałam, że coś powie, że zacznie się tłumaczyć, może przepraszać. Ale nie. Stał tylko, z opuszczonymi ramionami, jakby sam nie wierzył, że wszystko tak się rozsypało. Nie powiedziałam mu, że to było do przewidzenia. Wiedział. Gdyby nie wiedział, nie zadzwoniłby. Nie błagałby o pomoc. Bartek snuł się po pokoju jak cień. Chciał coś robić, ale nie wiedział co. Przeszkadzał. W końcu sam to zrozumiał i usiadł na krześle. Patrzył, jak rozpakowuję bagaże – jeden po drugim. Szybko. Skutecznie. Nie potrzebowałam go do niczego. I on to wreszcie zobaczył.
Chodzi o bycie obecnym
Wieczorem, gdy siedzieliśmy w salonie, Bartek milczał. Patrzył w okno. Raz próbował coś powiedzieć. Odchrząknął, jakby szykował się do rozmowy, ale nie odezwał się ani słowem. Czekałam. Nie zamierzałam pomagać mu z siebie wyrzucić czegoś, co sam powinien powiedzieć już dawno. W końcu zebrał się w sobie.
– Nie umiałem ich uspokoić – powiedział cicho. – Zuzia tylko o tobie mówiła. Że beze mnie to nie ferie, tylko jakiś obóz przetrwania.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na niego długo, bez litości, ale bez gniewu. Zmęczenie we mnie wygrało. Nie chciało mi się już krzyczeć.
– Bo nie chodzi tylko o bycie ojcem – powiedziałam. – Chodzi o bycie obecnym. O wiedzę, kiedy trzeba się zatrzymać, kiedy ustąpić, kiedy nie udawać, że „wszystko będzie dobrze”, jeśli nie masz pojęcia, co robisz.
Westchnął, przygryzł wargę.
– Myślałem, że jak się postaram...
– To wystarczy? – dokończyłam za niego. – Że wystarczy pojechać, zabrać dzieci w góry i coś się w tobie magicznie obudzi?
Spojrzał mi prosto w oczy. I to był pierwszy raz, gdy zobaczyłam w jego twarzy coś więcej niż żal. Zobaczyłam, że naprawdę nie wiedział. Że wszedł w to wszystko naiwnie, z zapałem, i że bardzo chciał, żeby to mu wyszło. Ale życie nie działa jak program podróżniczy w telewizji. Nie wystarczy spakować plecaka i uśmiechać się do kamery.
– Przepraszam – wyszeptał.
Nie odpowiedziałam. Przeprosiny niczego nie zmieniały. Nie sprawiały, że dzieciom było lżej, że mnie było łatwiej. Po raz kolejny musiałam ratować kogoś, kto miał wszystko pod kontrolą – do momentu, w którym zrobiło się naprawdę trudno.
Bartek poszedł spać
Usiadłam przy stole i spojrzałam w okno. Ciemno. Tylko lampa na ulicy migotała. W odbiciu szyby zobaczyłam swoją twarz – zmęczoną, starszą niż zapamiętałam ją ostatnio. Może dlatego, że nikt mnie nie widuje, gdy mam chwilę dla siebie. Nikt nie patrzy, kiedy znikam. Nikogo to nie obchodzi. Bo przecież jestem. Zawsze. Przypomniałam sobie tamten telefon. „Nie myślałem, że będzie aż tak ciężko”. Powiedział to, jakby był zaskoczony, że życie z dziećmi to nie tylko lepienie bałwana i ciepła czekolada.
Jakby nie wiedział, że to też płacz w nocy, problemy i niepewność. I że wszystko to trzeba nie tylko przeżyć, ale jeszcze unieść. Zawsze byłam tą, która unosi. Cokolwiek się działo, Ewa to ogarnie. Ewa załatwi. Ewa zrobi. A ja już nie chcę. Nie chcę być niezastąpiona. Ale wiem, że to się nie wydarzy. Bo Bartek znowu będzie chciał spróbować. A dzieci znowu będą płakać. I ja znowu rzucę wszystko, by im pomóc. Zimna herbata stała na stole. Wzięłam łyk. W smaku była taka sama jak zawsze – gorzka. Z goryczą, którą znałam aż za dobrze. Spojrzałam przez okno i pomyślałam: Zostawiłam wszystko, by poskładać ich świat. Ciekawe, kto kiedyś poskłada mój.
Ewa, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Spędziłam z teściową ferie, bo obiecała, że pomoże z dziećmi. Nie wiedziałam, że w zamian dostanę od niej lekcję życia”
- „Znalazłam tani domek w Beskidach na ferie. Choć dzieci liczyły na Alpy, ja po rozwodzie muszę liczyć każdy grosz”