Reklama

Nigdy nie należeliśmy do rodzin, które krzyczą na siebie przy świątecznym stole albo zrywają kontakty z byle powodu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Byliśmy raczej z tych „normalnych” – wiadomo, każdy miał swoje dziwactwa, ktoś się czasem obraził, ktoś przyszedł na obiad z godziną spóźnienia, a ktoś inny nie potrafił trzymać języka za zębami. Mimo to spotykaliśmy się regularnie, śmialiśmy się, wspieraliśmy. Dziadek był takim naszym domowym kompasem – spokojny, wyważony, z cierpliwością anioła znosił nasze głupoty i nigdy nikogo nie oceniał. Gdy odszedł, zabrał ze sobą kawał tej normalności, której nawet nie umiałam wcześniej docenić.

Jeszcze na pogrzebie trzymaliśmy się razem. Ciotki ocierały łzy, wujkowie wygłaszali pełne czułości wspomnienia, a kuzynki przytulały mnie bez słowa. Czułam wtedy autentyczny smutek, ale też wdzięczność, że miałam taką rodzinę – nieidealną, lecz bliską. Dopiero później okazało się, że bliskość bywa bardzo powierzchowna, a wdzięczność – krótkotrwała. Bo kiedy w grę wchodzą pieniądze, nawet najcieplejsze relacje mogą się nagle zrobić lodowate.

Coś mi nie pasowało

Siedzieliśmy w salonie u ciotki Heli. Nawet dzieciaki grzecznie siedziały w kuchni, żeby nie przeszkadzać dorosłym w snuciu nostalgicznych opowieści.

Dziadziuś to zawsze miał klasę. Nawet jak mu się coś nie podobało, to mówił to tak, że człowiek się nie obrażał – rozczulała się Anka, wycierając oczy serwetką.

– Bo był z innej gliny niż teraz młodzi – dodała ciotka. – Szacunek do ludzi, skromność, poczucie obowiązku…

– I oszczędność – prychnął Mirek.

Zaśmialiśmy się, ale coś mi nie pasowało. Mirek był jakiś spięty, nerwowo mieszał łyżeczką w herbacie.

Coś cię gryzie, Miruś? – zapytała moja mama.

– A właśnie, że gryzie – odparł, odkładając łyżeczkę z hukiem. – Może ktoś wreszcie powie, kto co dostał w spadku? Bo ja nie jestem głupi, wiem, że coś się działo za plecami.

Zrobiło się cicho. Patrzyliśmy po sobie, czekając, aż ktoś coś powie. Tylko ciocia Hela siedziała z zaciśniętymi ustami, jakby wiedziała więcej, niż chciała powiedzieć.

Przecież wszystko miało być po równo... – szepnęła Anka, niepewnie.

– A guzik prawda! – warknął Mirek. – Dziadek zmienił testament, tylko nikt nam o tym nie raczył powiedzieć!

Wtedy spojrzałam na ciocię Helę.

Zrobiło mi się zimno

– Chwileczkę… – zaczęłam, próbując ogarnąć, o co chodzi. – Co znaczy, że zmienił testament? Jaki testament i kiedy?

– No właśnie! – Mirek aż się podniósł z fotela. – Może łaskawie ktoś nas oświeci?! Bo nie wiem, czy się śmiać, czy pakować walizki i wyjeżdżać w Bieszczady, żeby nie udusić nikogo z tej „kochającej się rodziny”!

– Nie krzycz – rzuciła chłodno ciocia Hela. – Wasz dziadek miał prawo zrobić z pieniędzmi, co chciał.

Zmienił testament na twoją korzyść? – zapytała mama cicho.

– Nie twoja sprawa, kto ile dostał – odparła ciotka, chociaż jej głos lekko zadrżał.

– No przepraszam bardzo – wtrąciła Anka. – Jak to nie nasza sprawa?! Jeśli ktoś nic nie dostał, a inny wszystko, to jak mamy dalej siedzieć przy jednym stole i udawać, że wszystko gra?

– Chcesz znać konkrety? – ciotka Hela odłożyła filiżankę. – Proszę bardzo. Dostałam większość. Tak, pieniądze, mieszkanie w centrum i działkę. I nie, nie zmuszałam dziadka. Sam to podpisał. Rok przed śmiercią.

– Dlaczego ty?! – wyrwało mi się. – Przecież my wszyscy go odwiedzaliśmy, dzwoniliśmy… Byłaś najrzadziej u niego!

– Wystarczyło, że byłam wtedy, kiedy trzeba – rzuciła z przekąsem.

Mirek sięgnął po ciasto, ale ręka mu zadrżała i zamiast wziąć kawałek, rozsmarował sobie krem na dłoni.

– No to super – mruknął. – Rodzina roku.

Zrobiło mi się zimno, mimo że kaloryfer huczał jak szalony.

Miałam mętlik w głowie

– Przepraszam bardzo, ale co znaczy „byłam wtedy, kiedy trzeba”? – rzuciła mama z wyraźnie zaostrzonym tonem. – Chcesz powiedzieć, że co? Że umierał i tylko ciebie poprosił o obecność?

– Nie – odpowiedziała ciotka Hela z irytacją. – Był w świetnej formie. Siedzieliśmy przy kawie, rozmawialiśmy… I sam z siebie powiedział, że ma dość udawania, że jesteśmy jednością, skoro i tak każdy myśli tylko o sobie.

– A ty, rozumiem, zaofiarowałaś się jako ta „najbardziej bezinteresowna”? – prychnął Mirek. – Znając ciebie, pewnie jeszcze mu te papiery podsunęłaś pod nos, kiedy się zdrzemnął.

Uważaj na słowa – syknęła ciotka Hela. – Niczego nie podsuwam. Sam do notariusza poszedł. A jeśli miał do mnie zaufanie, to może warto się zastanowić, dlaczego was nie wziął pod uwagę!

– No świetnie – Anka rozłożyła ręce. – A myśmy tu zbierali się co miesiąc, sprzątaliśmy mu mieszkanie, zakupy robiliśmy… Ja mu raz pieluchy kupowałam, bo się krępował przed obcymi aptekę odwiedzić!

– Przesadzasz – odparła Hela chłodno. – Dziadek nie był ubezwłasnowolniony, wiedział, co robi. I był szczery. Powiedział mi, że przez ostatnie lata tylko ja traktowałam go jak człowieka, a nie obowiązek.

– Czyli że my go traktowaliśmy jak obowiązek?! – wybuchłam. – Ty to w ogóle słyszysz?

– Słyszę doskonale. Po prostu wy nie słyszeliście jego potrzeb – odpowiedziała twardo.

Nagle zdałam sobie sprawę, że tu nie chodzi już o testament. Chodziło o to, że każdy z nas miał własną wersję dziadka. A tylko jedna została opłacona.

Miała mnie za hienę

Po tym, co powiedziała Hela, zapadła cisza. Jakbyśmy wszyscy czekali, aż ktoś cofnie czas i odwoła to, co właśnie padło. Nikt się nie odzywał, tylko zegar na ścianie cykał uparcie, jakby liczył sekundy do kolejnej awantury.

– Wiesz co? – odezwała się w końcu moja mama, cedząc słowa przez zęby. – Wiedziałam, że jesteś wredna, ale nie sądziłam, że aż tak.

– I dlatego pewnie tak często o nim zapominaliście – warknęła Hela, splatając ręce na piersi. – Ciekawe, kto był u niego w Wigilię trzy lata temu, jak się połamał na schodach. Bo ja byłam. Wy wtedy wrzucaliście zdjęcia z restauracji na Facebooka.

– To był przypadek! – zawołała Anka. – Nie wiedzieliśmy, że miał wypadek! I jak tylko się dowiedzieliśmy, to…

– …to zadzwoniliście do mnie, żebym „sprawdziła, czy wszystko okej”, bo wam było nie po drodze – dokończyła Hela z jadem.

– Aha, czyli ty teraz jesteś święta, tak? – rzucił Mirek, podnosząc się z fotela. – A my hieny?

– Może nie hieny – odparła Hela – ale nie oszukujmy się. Gdyby nie te pieniądze, nikt z was by teraz nie darł szat. Gdyby dziadek zapisał wszystko fundacji, to pewnie byście mówili, że „to piękny gest”.

Spojrzałam na ciocię Helę.

– Czyli teraz mamy się po prostu rozejść i przestać być rodziną? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedziała.

Spojrzałam na mamę

Następnego dnia telefon nie przestawał dzwonić. Anka najpierw dzwoniła do mamy, potem do mnie. Mirek z kolei wysyłał wiadomości na grupowego Messengera – co pięć minut nowa: link do ustawy o dziedziczeniu, propozycja rodzinnego zebrania, a potem wprost – żądanie „ujawnienia całego testamentu”.

– Ona chyba myśli, że my to tak zostawimy – rzuciła mama, wertując jakieś stare papiery dziadka, które jeszcze zostały u niej w szufladzie. – Nie wiem, co sobie wyobraża.

– Może to, że nie mamy odwagi jej ruszyć – odpowiedziałam, siadając na brzegu kanapy. – Albo, że wstyd nas zje.

– Wstyd? – mama parsknęła. – To ona powinna się wstydzić. Dziadek zawsze mówił, że wszystko będzie po równo. Wszystko! Że żadnego faworyzowania.

– Może zmienił zdanie – mruknęłam, choć z trudem przechodziło mi to przez gardło. – Może naprawdę poczuł się… zapomniany?

Mama spojrzała na mnie ostro, jakby właśnie zdradziłam rodzinę.

Ty jej bronisz?

– Nie. Tylko… może coś przegapiliśmy? Może faktycznie…

– Nie, nie przegapiliśmy! – przerwała mi. – Hela to sprytna bestia. Ona zawsze wiedziała, kiedy się uśmiechnąć, kiedy zadzwonić, kiedy przyjechać z rosołem. A my? My byliśmy sobą. Nie graliśmy w to.

Wieczorem Mirek zadzwonił jeszcze raz.

– Dzwoniłem do prawnika – oznajmił. – Testament można zaskarżyć, jeśli był spisany pod wpływem nacisków. Możemy to sprawdzić. Pytanie brzmi: czy chcemy wojny?

Spojrzałam na mamę. Milczała. Patrzyła w okno.

– Chyba i tak już ją mamy – szepnęłam.

Byłam rozczarowana

Od tamtego dnia minęły trzy miesiące. Nie było już wspólnych obiadów. Nikt nie dzwonił z życzeniami imieninowymi, nie wrzucał rodzinnych zdjęć. Tylko cisza. Ciotka Hela zniknęła z naszego życia tak, jak pojawiła się przy testamencie – bez ostrzeżenia, z podniesioną głową. Mirek nie wniósł sprawy do sądu. Pokrzyczał, poprzysięgał zemstę i ucichł. Anka próbowała coś budować, jakby chciała skleić te porozbijane kawałki naszej rodziny, ale nawet ona nie potrafiła udawać, że wszystko jest jak dawniej.

– Wiesz… – zaczęła mama pewnego wieczoru, nalewając sobie herbaty – ja nie chcę, żeby to się tak skończyło. Nie chcę, żeby ostatecznie chodziło tylko o pieniądze. A trochę wygląda, jakby o to właśnie chodziło.

– Bo chodziło – odpowiedziałam. – Ale nie tylko o to. Chyba wszyscy chcieliśmy czuć się wyjątkowi w oczach dziadka. I kiedy się okazało, że nie byliśmy, każdy zareagował, jak umiał.

Mama długo milczała. A potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.

Może trzeba było się starać bardziej.

– Może – przyznałam. – Albo zapytać go, czy jest szczęśliwy.

Na stole stała jeszcze nieodpakowana bombonierka. Prezent dla Heli. Miałyśmy jej wręczyć po pogrzebie, bo „tak wypada”. Nie zdążyłyśmy. Teraz między nami a nią nie było już miejsca nawet na czekoladki.

– Myślałam, że jesteśmy kochającą się rodziną – powiedziałam cicho. – Ale wygląda na to, że to była tylko ładna dekoracja. A pod spodem… każdy ciągnął swoje.

Mama skinęła głową. Bombonierka została na stole.

Marzena, 52 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama