„Myślałam, że już zawsze będę spędzać walentynki sama. Jedna wiadomość od biurowego sztywniaka popsuła mi plany”
„Kiedy telefon zawibrował, byłam pewna, że to kolejna reklama pizzerii albo spam od operatora sieci komórkowej. Nie spodziewałam się, że kilka prostych słów od faceta, którego widywałam codziennie przy ekspresie do kawy, wywróci mój poukładany świat do góry nogami i sprawi, że zapomnę o bożym świecie, pisząc z nim do samego świtu”.

- Redakcja
Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Zaplanowałam samotny wieczór przed telewizorem, celebrując swoją rzekomą niezależność i odporność na komercyjne święto zakochanych. Kiedy telefon zawibrował, byłam pewna, że to kolejna reklama pizzerii albo spam od operatora sieci komórkowej. Nie spodziewałam się, że kilka prostych słów od faceta, którego widywałam codziennie przy ekspresie do kawy, wywróci mój poukładany świat do góry nogami i sprawi, że zapomnę o bożym świecie, pisząc z nim do samego świtu.
Jak każdy inny dzień w kalendarzu
Nigdy nie byłam fanką walentynek. Traktowałam czternastego lutego jak każdy inny dzień w kalendarzu, może z tą różnicą, że w drodze do pracy mijałam więcej ludzi z bukietami czerwonych róż, a wystawy sklepowe ociekały lukrowanym kiczem w kształcie serc. W biurze atmosfera była gęsta od szeptów. Recepcjonistka, Kasia, dostała ogromnego misia od narzeczonego, a koleżanki z mojego działu marketingu licytowały się na to, która idzie do droższej restauracji.
Ja miałam inny plan. Powrót do domu, gorąca kąpiel, zamówienie ulubionego pad thai i maraton serialowy. Moje życie uczuciowe od dwóch lat znajdowało się w stanie hibernacji. Po burzliwym rozstaniu z Filipem, który był definicją „złego chłopca” i emocjonalnego wampira, obiecałam sobie przerwę. Długą przerwę. Skupiłam się na karierze, awansie i remoncie mieszkania. Mężczyźni zeszli na dalszy plan, stając się tłem mojego życia, a nie jego głównymi bohaterami.
Około godziny szesnastej, zbierając się do wyjścia, minęłam Marka w kuchni. Marek pracował w dziale analiz, dwa piętra wyżej. Znaliśmy się od trzech lat, ale była to znajomość typowo biurowa. „Cześć, co słychać?”, „Działa wam drukarka?”, „Widziałaś ten nowy raport?”. Marek był... miły. To słowo najlepiej go określało. Wysoki, szczupły, zawsze w idealnie wyprasowanej koszuli, często z podwiniętymi rękawami. Miał ciepłe oczy i ładny uśmiech, ale nigdy nie patrzyłam na niego jak na obiekt westchnień. Był dla mnie przezroczysty. Bezpieczny. Taki „kumpel z pracy”, o którym nie myśli się po wyjściu z biurowca.
– Uciekasz przed walentynkowym szaleństwem? – zapytał, wsypując cukier do kubka.
– Coś w tym stylu. Mój jedyny plan to randka z poduszką – zaśmiałam się, poprawiając torebkę na ramieniu.
– Brzmi rozsądnie. Ja mam podobnie. Baw się dobrze, Natalia.
– Dzięki, Marek. Ty też.
Tyle. Krótka wymiana zdań, jakich setki przeprowadziliśmy w ciągu ostatnich lat. Wyszłam z biura, nie poświęcając mu ani jednej dodatkowej myśli. Wsiadłam do tramwaju, włożyłam słuchawki i odcięłam się od świata. Nie wiedziałam jeszcze, że to „Baw się dobrze” było dopiero preludium.
Ale wiesz, lata lecą
Wieczór przebiegał zgodnie z planem. Mieszkanie lśniło czystością, świeca o zapachu drzewa sandałowego tliła się na stoliku, a ja w rozciągniętym dresie pałaszowałam kolację. Wtedy zadzwoniła moja mama. To był ten wątek poboczny mojego życia, który zawsze powodował u mnie skok ciśnienia. Mama martwiła się o mnie, ale w sposób, który bywał męczący.
– Natalko, i co tam? Siedzisz sama? – jej głos był pełen troski, która graniczyła z litością.
– Mamo, nie „sama”, tylko „ze sobą”. Jest mi bardzo dobrze – skłamałam gładko, choć gdzieś w głębi serca czułam lekkie ukłucie.
Może nie tęskniłam za Filipem, ale brakowało mi czyjejś obecności. Kogoś, kto po prostu zapytałby, jak minął dzień.
– No dobrze, dobrze. Ale wiesz, lata lecą. A ta córka Krysi, ta młodsza, to właśnie pierścionek dostała...
Rozmowa z mamą skutecznie popsuła mi humor. Odłożyłam telefon z irytacją. Czułam się niesprawiedliwie oceniana przez pryzmat braku partnera. Czy moja praca, moje pasje, moi przyjaciele nic nie znaczyli, jeśli czternastego lutego nie miałam z kim wyjść na kolację? Wróciłam do serialu, ale nie mogłam się skupić. Myśli błądziły. Przypomniałam sobie Kasię z recepcji i jej misia. Przypomniałam sobie Marka przy ekspresie. Dlaczego on był sam? Przecież był przystojny, inteligentny, miał dobrą pracę. Może był nudny? Tak, to na pewno to. Księgowi i analitycy zawsze kojarzyli mi się z nudą. Pewnie wieczorami układał puzzle albo segregował skarpetki kolorami. Zaśmiałam się pod nosem z własnej złośliwości. I wtedy, o godzinie 20:14, ekran mojego smartfona rozbłysnął.
Wszystkiego dobrego
Wiadomość była z nieznanego numeru, ale zdjęcie profilowe nie pozostawiało wątpliwości. Marek. Siedział na nim na jakimś górskim szczycie, wiatrem potargane włosy, szeroki uśmiech. Nigdy wcześniej nie widziałam tego zdjęcia. W pracy zawsze wyglądał tak oficjalnie.
– Cześć Natalia. Z tej strony Marek (ten od kawy i analiz). Wiem, że to może dziwne, że piszę, ale znalazłem ten numer na liście obecności przy projekcie z zeszłego miesiąca. Chciałem tylko zapytać, czy randka z poduszką przebiega pomyślnie, czy może poduszka okazała się zbyt milcząca? ;) Wszystkiego dobrego, mimo że to komercyjne święto.
Zatrzymałam wzrok na ekranie. Poczułam dziwne ciepło w żołądku. To nie był nachalny podryw. To było... zabawne. I zaskakująco odważne jak na kogoś, kogo uważałam za biurowego sztywniaka. Odpisałam po minucie, nie chcąc wyjść na desperatkę, która czeka z telefonem w ręku.
– Cześć Marek! Poduszka jest świetnym słuchaczem, nie przerywa i jest bardzo miękka. A jak Twoje plany? Też wybrałeś milczące towarzystwo?
Odpowiedź przyszła natychmiast.
– Moim towarzyszem jest dziś gitara i próba nauczenia się nowej piosenki, ale sąsiedzi chyba woleliby, żebym jednak wybrał poduszkę. Gram fatalnie, ale z pasją.
Gitara? Marek gra na gitarze? Tego nie było w moim scenariuszu na jego temat. Przez kolejne pół godziny wymienialiśmy się żartami na temat biurowej rzeczywistości. Marek miał niesamowite poczucie humoru – sarkastyczne, inteligentne, ale nigdy wulgarne czy chamskie. Śmiałam się do telefonu jak nastolatka. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych punktów zaczepienia, których przez trzy lata pracy w jednym budynku nie zauważyliśmy. Oboje nie znosiliśmy firmowych imprez integracyjnych, oboje uwielbialiśmy stare polskie komedie i oboje mieliśmy słabość do włoskiej kuchni, ale takiej prawdziwej, a nie pizzy z ananasem.
Nie jesteś niewidzialny
Wymiana wiadomości była płynna, naturalna. Nie było tych krępujących przerw, kiedy zastanawiasz się, co napisać, żeby nie wyjść na nudziarza. Czułam się tak, jakbym rozmawiała ze starym przyjacielem, którego po prostu dawno nie widziałam. Około dwudziestej drugiej rozmowa zeszła na poważniejsze tory. Marek zapytał, dlaczego właściwie jestem sama, skoro – jak to ujął – „jesteś jedną z najbardziej błyskotliwych kobiet, jakie znam”. To był komplement, który trafił prosto w moje ego, ale też w serce. Nie skomplementował mojego wyglądu (choć pewnie bym się nie obraziła), ale mój umysł.
– Po prostu zmęczyłam się ludźmi, którzy udają kogoś, kim nie są – odpisałam szczerze, ryzykując odsłonięcie się. – Szukałam emocji, a znajdowałam chaos. Teraz cenię spokój.
– Spokój jest niedoceniany – odpisał po chwili, a dymek zwiastujący pisanie pojawiał się i znikał przez dłuższą chwilę. – Ja przez lata myślałem, że muszę być kimś 'więcej'. Bardziej przebojowym, głośniejszym. Wiesz, w korporacji promuje się ekstrawertyków. A ja lubię słuchać. Lubię obserwować. Czasem mam wrażenie, że jestem niewidzialny.
To wyznanie mnie uderzyło. „Niewidzialny”. Przecież dokładnie tak go traktowałam. Jak mebel. Jak element tła. Poczułam ukłucie wstydu. Marek nie był nudny. Był wrażliwy. Był obserwatorem w świecie krzykaczy.
– Nie jesteś niewidzialny, Marek. Przynajmniej nie dla mnie. Pamiętam, jak w zeszłym roku pomogłeś stażystce, kiedy rozsypała dokumenty na korytarzu. Wszyscy ją mijali, a ty się zatrzymałeś. – przypomniałam sobie tę sytuację nagle, jakby wyłoniła się z mgły pamięci.
– Pamiętasz to? – wydawał się szczerze zaskoczony.
– Pamiętam. To było... miłe.
Wtedy zrozumiałam, że mój obraz idealnego faceta był całkowicie wypaczony. Szukałam kogoś, kto zrobi wejście smoka, kto rzuci mnie na kolana charyzmą. A tymczasem prawdziwa wartość leżała w drobnych gestach, w kulturze osobistej, w umiejętności słuchania. Marek miał to wszystko, tylko ja byłam zbyt ślepa, by to dostrzec. Rozmowa zeszła na podróże. Okazało się, że to zdjęcie profilowe zostało zrobione w Tatrach, które Marek kochał miłością bezgraniczną. Opowiadał mi o wschodach słońca na Rysach, o zmęczeniu, które daje satysfakcję, o ciszy, która dzwoni w uszach. Jego opisy były tak plastyczne, że niemal czułam ten mroźny wiatr na twarzy.
– Zawsze chciałam pojechać w góry zimą, ale się boję – przyznałam. – Że nie dam rady kondycyjnie, że zamarznę.
– Z odpowiednim przewodnikiem nie zamarzniesz – odpisał. – A kondycja to kwestia głowy. Jak będziesz chciała wejść, to wejdziesz. Chętnie bym ci pokazał moje ulubione szlaki. Takie dla początkujących, ale z widokami, które zapierają dech.
Czy on mnie właśnie zaprosił na wyjazd? Serce zabiło mi mocniej. Jeszcze cztery godziny temu planowałam samotny wieczór, a teraz rozważałam górską wyprawę z kolegą z księgowości.
Myślałem, że jestem dla ciebie za nudny
Zrobiła się północ. Powinnam iść spać, rano musiałam wstać do pracy. Ale nie potrafiłam odłożyć telefonu. Przeszliśmy na wiadomości głosowe, bo pisanie stało się zbyt wolne. Usłyszenie jego głosu – niskiego, spokojnego, nieco chropowatego z racji późnej pory – dodało tej interakcji zupełnie nowego wymiaru intymności. Słuchałam go, leżąc w łóżku po ciemku. Opowiadał mi o swoim psie, którego przygarnął ze schroniska. O tym, że marzy o napisaniu książki, ale brakuje mu odwagi. O tym, że boi się, iż życie przecieka mu przez palce w biurowym open space. Ja też się otworzyłam. Opowiedziałam mu o mojej relacji z mamą, o presji, jaką czuję. O tym, że czasem czuję się samotna w tłumie znajomych.
– Wiesz, Natalia... – jego głos w słuchawce zawibrował. – Zawsze cię lubiłem. Obserwowałem cię z daleka. Podobało mi się, jak marszczysz nos, kiedy czytasz trudne maile. I jak zawsze masz idealnie dobrane kolczyki. Ale myślałem, że jestem dla ciebie za nudny. Że szukasz kogoś z innej bajki.
Zamarłam. To było tak szczere, tak bezbronne, że aż bolało.
– Byłam głupia, Marek – nagrałam odpowiedź szeptem. – Patrzyłam, ale nie widziałam. A ty... ty jesteś fascynujący. I wcale nie nudny.
Zapadła chwila ciszy. Widziałam, że odsłuchuje wiadomość.
– Cieszę się, że napisałem – odpowiedział w końcu. – Bałem się. Pisałem i kasowałem tę pierwszą wiadomość chyba z pięć razy.
– Ja też się cieszę. Bardzo.
To były najlepsze walentynki
Wskazówki zegara nieubłaganie przesuwały się do przodu. Była pierwsza, potem druga w nocy. Tematy stały się bardziej abstrakcyjne, senne, ale przez to jeszcze bliższe. Rozmawialiśmy o marzeniach, o tym, co byśmy zrobili, gdybyśmy wygrali w totka (Marek otworzyłby schronisko dla zwierząt, ja podróżowałabym po świecie). Czułam, jak mur, który budowałam wokół siebie przez ostatnie dwa lata, kruszy się cegła po cegle. Nie było tu gier, niedomówień, udawania niedostępnej. Była czysta relacja dwojga ludzi, którzy nagle odkryli, że nadają na tych samych falach.
– Będziesz jutro w biurze niewyspana – zauważył około trzeciej nad ranem.
– Ty też. Razem zawsze raźniej.
– Jakoś damy radę. Warto było.
– Warto – potwierdziłam.
W końcu musieliśmy skończyć. Pożegnanie trwało dobre dwadzieścia minut.
– To do zobaczenia przy ekspresie? – zapytał.
– Do zobaczenia. I Marek?
– Tak?
– Dziękuję za te życzenia. To były najlepsze walentynki, jakich się nie spodziewałam.
– Dobranoc, Natalia. Śnij o górach.
Odłożyłam telefon, ale nie mogłam zasnąć jeszcze przez godzinę. Adrenalina i endorfiny buzowały w moich żyłach. Czułam się tak, jakbym właśnie wróciła z najlepszej randki w życiu, mimo że nie wyszłam z własnego łóżka.
Nie chciałabym być w żadnym innym miejscu
Rano budzik zadzwonił bezlitośnie. Oczy mnie piekły, głowa była ciężka, ale w środku czułam lekkie drżenie ekscytacji. Wybrałam ubranie staranniej niż zwykle. Nie, nie wydekoltowaną bluzkę, ale miękki sweter w kolorze butelkowej zieleni, który podkreślał moje oczy. Weszłam do biura z duszą na ramieniu. Czy w świetle dnia czar pryśnie? Czy będzie niezręcznie? Czy wrócimy do oficjalnego „Cześć”?
Skierowałam się prosto do kuchni. On tam był. Stał przy ekspresie, dokładnie tak jak wczoraj. Ale kiedy się odwrócił, zobaczyłam coś innego. Nie widziałam już kolegi z analiz. Widziałam faceta, który gra na gitarze, kocha psy i boi się, że życie mu ucieka. Widziałam kogoś bliskiego. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się – tym razem nie zdawkowo, ale szeroko, ciepło, z błyskiem w oku, który był przeznaczony tylko dla mnie. Pod jego oczami też malowały się cienie niewyspania.
– Dzień dobry, zombie – powiedział cicho, tak żeby nikt inny nie usłyszeć.
– Cześć – odpowiedziałam, czując, jak rumieniec wypływa mi na policzki. – Kawa?
– Bardzo duża. I dużo cukru. Muszę mieć energię.
– Na co?
– Żeby zaprosić cię dzisiaj na prawdziwą kolację. Już bez poduszki.
Poczułam, jak nogi robią się miękkie.
– Zgadzam się. Ale pod warunkiem, że nie będzie pizzy z ananasem.
– Umowa stoi.
Staliśmy tam, w oświetlonej jarzeniówkami biurowej kuchni, wśród szumu kserokopiarki i rozmów innych pracowników, a ja czułam, że właśnie zaczyna się najważniejszy rozdział mojego życia. Czasem miłość nie uderza jak piorun z jasnego nieba. Czasem czeka cierpliwie dwa piętra wyżej, ukryta za stertą raportów i nieśmiałym uśmiechem, czekając, aż w końcu podniesiesz wzrok znad telefonu i ją zauważysz. Dziś jesteśmy razem już pół roku. I tak, pojechaliśmy w te góry. Prawie wyplułam płuca na podejściu, ale kiedy Marek trzymał mnie za rękę na szczycie, wiedziałam, że nie chciałabym być w żadnym innym miejscu na ziemi.
Natalia, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W rzeczach męża znalazłam zaproszenie na Walentynki w SPA. Szkoda, że to nie ze mną planował leżeć w jacuzzi”
- „Liczyłam na romantyczne walentynki, a on przywitał mnie w dresie. Byłam zażenowana”
- „Kupiłam drogi prezent na walentynki 2026. Tylko zmarnowałam kasę, bo mój facet nie był warty złamanego grosza”