Reklama

Kiedyś byliśmy nierozłączni. Tacy trochę naiwni, zakochani do granic możliwości, łapaliśmy się za ręce jak nastolatki, nawet w kolejce po bułki. Adam potrafił mnie rozśmieszyć jednym spojrzeniem, jednym słowem. Mówił, że jestem jego domem. Że jak mnie nie ma, to wszystko inne nie ma sensu. Wierzyłam mu. Chciałam wierzyć.

A teraz czasem wraca z pracy tak zmęczony, że nawet nie spojrzy w moją stronę. Kładzie telefon ekranem do dołu. Unika dotyku. Unika rozmów. Unika mnie. Mówi, że to stres, że projekt, że terminy. Zaczęłam sobie zadawać pytania.

Myślisz, że on mnie zdradza? – spytałam Magdę, moją przyjaciółkę, której mówiłam o wszystkim.

– Jeśli musisz o to pytać, to znaczy, że coś jest nie tak – odpowiedziała.

Nie chciałam być jedną z tych kobiet, które czekają z obiadem i nie wiedzą, że ich mąż właśnie się z kimś całuje na parkingu pod biurem. Zaczęłam mieć takie obrazy przed oczami. Coraz częściej. Coraz bardziej realne. Wtedy coś we mnie się przełamało. Pomyślałam: „Skoro on może… ja też mogę”. To był początek wszystkiego, czego nie umiem już cofnąć.

Nie dało się nawet rozmawiać

To był zwykły wieczór. A przynajmniej tak się zapowiadał. Adam znów wrócił późno. Nawet nie spojrzał mi w oczy, tylko rzucił kurtkę na wieszak i poszedł prosto do łazienki.

– Jadłeś coś? – spytałam, chociaż znałam już odpowiedź.

– Nie jestem głodny – burknął zza zamkniętych drzwi.

W kuchni czekała zupa, która wystygła tak samo jak moje nadzieje, że coś się między nami zmieni. Przez chwilę stałam nad garnkiem i patrzyłam na swoje odbicie w pokrywce. Nie wyglądałam na szczęśliwą kobietę.

Kiedy wyszedł, wzięłam się w garść. Usiadłam naprzeciwko niego i spróbowałam po raz kolejny.

– Adam, możemy pogadać?

– Jestem padnięty, Klaudia. Naprawdę nie dziś.

– A kiedy? Kiedy wreszcie będziesz miał dla mnie czas?

– Nie wiem! – wybuchnął. – Może jak przestaniesz ciągle czegoś ode mnie chcieć!

Wstał. Wziął telefon, poszedł do sypialni i zatrzasnął drzwi. Tego wieczoru wyszłam z domu, bo inaczej bym się udusiła. Chciałam się przewietrzyć, ale nogi same poniosły mnie pod bar, w którym kiedyś pracował Marek – znajomy z liceum, który ostatnio do mnie pisał. Siedział przy stoliku z piwem, uśmiechnął się, jakbym była najlepszą rzeczą, jaką dziś zobaczył.

– Klaudia… no proszę, a to niespodzianka.

Wypiliśmy po jednym. Potem jeszcze po jednym. Rozmawiało się łatwo, lekko. Po godzinie czułam, jakbym znów była sobą sprzed lat. Tą kobietą, którą Adam przestał dostrzegać. Nie pamiętam, kto pierwszy zaproponował, żebyśmy poszli do niego. Pamiętam tylko, że się zgodziłam. Przecież mąż mnie zdradził pierwszy… prawda?

Myślałam, że poczuję triumf

Rano obudziłam się z bólem głowy i ciężarem na klatce piersiowej, którego nie dało się już zrzucić. Marek spał jeszcze obok, przykryty kołdrą, zadowolony z siebie jak facet, który właśnie wygrał zakład. Wstałam bez słowa. Ubrałam się w ciszy. Wzięłam taksówkę. Wracałam do domu, patrząc przez zaparowaną szybę i próbując sobie wmówić, że to nic nie znaczyło. To był tylko impuls. Kara. Zemsta. Cokolwiek, byle nie „zdrada”.

Przez następne dni unikałam Adama. Nie mogłam na niego patrzeć. Kiedy patrzyłam, widziałam własny wstyd. Myślałam, że poczuję satysfakcję. A czułam się tylko brudna. Skrzywdzona. Sama przez siebie. Tylko Magdzie powiedziałam prawdę.

Zdradziłam go.

– O matko. A on… wie?

– Nie. I nie musi wiedzieć. Wiesz, co jest najgorsze? Że wcale nie czuję się lepiej.

Milczała. A potem dodała cicho:

– Klaudia… A jeśli on wcale cię nie zdradzał?

Zamarłam.

Dwa tygodnie później zrobiłam test. Wyszedł pozytywny. Siedziałam z nim w ręku i płakałam. Nie z radości. Z przerażenia.

Kilka dni później Adam wrócił do domu wcześniej. Inny niż zwykle – zmęczony, ale… ciepły.

Tata znowu trafił do szpitala – powiedział. – Wcześniej nie chciałem cię martwić. Byłem przy nim. Nie miałem głowy do niczego więcej.

Zakręciło mi się w głowie. Ojciec. Szpital. Żadnej asystentki. Żadnych romansów. To ja byłam potworem. Właśnie zaczynał rosnąć we mnie dowód tej zdrady.

Wybrałam połowę prawdy

Codziennie czułam się okropnie. Nie tylko przez ciążę. Rano budziłam się z paniką w żołądku i poczuciem, że duszę się we własnym życiu. Adam coraz częściej kładł rękę na moim brzuchu i uśmiechał się z tym swoim spokojem, który kiedyś tak kochałam. Teraz wbijał mi się w skórę jak szpilki. Wreszcie powiedziałam mu o ciąży, tylko tyle.

– Wiesz, że zawsze marzyłem o córce? – powiedział pewnego wieczoru. – Jak będzie dziewczynka, chcę, żeby miała twoje oczy.

Uśmiechnęłam się. Nic nie dodałam. Przecież nie mogłam mu powiedzieć, że może nie mieć nic mojego. Ani moich oczu, ani jego. W łazience opierałam się o kafelki i szeptałam do siebie:

– To nic. Będzie dobrze. Nie wiesz, czyje to dziecko. Może jego. Może… Po prostu udawaj. Dasz radę.

Byłam dobra w udawaniu. Od dawna zakładałam maskę szczęśliwej żony. Czasem nawet łapałam się na tym, że prawie wierzyłam w tę wersję siebie. Robiłam zdjęcia USG, wysyłałam Magdzie, Adamowi, mojej matce. Każdy się cieszył. Tylko ja miałam wrażenie, że moje ciało jest wrogiem.

– Adam… – zaczęłam raz. Jednak on był taki uśmiechnięty, tak bardzo wtulony w to wyobrażenie naszej rodziny, że nie mogłam.

Zamiast wyznać mu prawdę, zrobiłam mu kolację. A potem położyłam jego dłoń na brzuchu i powiedziałam, że czuję pierwsze ruchy. Kłamałam. Prawda byłaby gorsza. Dla niego. Dla mnie. Dla tego dziecka. A ja nie wiedziałam już, czy bardziej chcę to wszystko naprawić… czy zniknąć.

Nie chciałam wiedzieć

Zaczęłam żyć jak aktorka w kiepskim serialu, w którym każdy odcinek kończył się tą samą sceną: ja w łazience, z ręką na brzuchu, patrząca w lustro jak w obce ciało. Na zewnątrz uśmiech. W środku krzyk, który nie miał ujścia.

Adam był coraz bardziej czuły. Jakby zrozumiał, że prawie mnie stracił i teraz próbował mnie odzyskać bez zadawania pytań. Przynosił mi herbatę do łóżka, przykrywał mnie kocem, kiedy zasypiałam na kanapie. W nocy przytulał mnie ostrożnie, jakbym była czymś delikatnym i ważnym. To bolało najbardziej.

Magda wpadła do mnie któregoś popołudnia i nawet nie zdjęła płaszcza. Patrzyła na mnie uważnie, jakby sprawdzała, czy już się złamałam.

– I co? Adam dalej nic nie wie? – spytała bez wstępu.

– Nic – odpowiedziałam szybko.

– Klaudia… a jeśli kiedyś się dowie?

Nie dowie się – warknęłam. – Nigdy.

– To dziecko… to jest jak tykająca bomba.

– Przestań – syknęłam. – Nie mów tak.

Magda westchnęła i ściszyła głos.

Zrobisz test ojcostwa?

– Nie mogę – wyszeptałam. – Nie chcę wiedzieć. Dopóki nie wiem, mogę udawać, że jest jego.

Wieczorem Adam rozłożył na stole katalogi z meblami.

– Zobacz, tu jest fajne łóżeczko. I przewijak. A tu taki miętowy kolor na ścianę. Pasowałby, prawda? – mówił z entuzjazmem.

Skinęłam głową, a w środku poczułam, jakby ktoś mnie rozrywał.

– Adam… – zaczęłam, ale głos mi się załamał.

Podniósł na mnie wzrok.

– Co? Źle się czujesz?

Uśmiechnęłam się jak automat.

– Nie… tylko… jestem zmęczona.

To była prawda. Zmęczona byłam wszystkim. Nawet własnym oddechem.

Czułam się jak w pułapce

Poród zaczął się nagle, w środku nocy. Adam obudził się pierwszy, zanim zdążyłam w ogóle zrozumieć, co się dzieje. Był obok mnie, trzymał mnie za rękę, powtarzał, że dam radę, że wszystko będzie dobrze. A ja chciałam tylko, żeby zniknął. Żeby nikt mnie nie dotykał. Żeby to dziecko… nie wychodziło na świat. Zniknęło.

Kilka godzin później leżałam na szpitalnym łóżku, spocona, roztrzęsiona, a obok Adam – z noworodkiem na rękach. Patrzył na nią jak zaczarowany. Mała miała ciemne włosy i różową skórę, pomarszczoną jak kartka papieru, którą ktoś zbyt długo ściskał w dłoni.

– Zobacz, Klaudia… nasza córeczka – wyszeptał. – Jest piękna. Taka drobna…

Nie odpowiedziałam. Przełknęłam ślinę i udawałam, że jestem zbyt zmęczona na rozmowę. Patrzyłam na niego, jak mówi do niej: „tatuś cię będzie zawsze chronił”. Jak całuje ją w czoło. Jak tuli ją tak, jakby naprawdę była jego. A może była? Nie wiedziałam. Nie chciałam wiedzieć.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do domu, przygotował dla nas pokój – wszystko dopięte, przewijak, pieluszki, nawet maleńka lampka w kształcie króliczka. Pochylił się nad łóżeczkiem i powiedział:

– Obiecałem ci kiedyś, że zawsze będziemy razem. Teraz jesteśmy we troje. I już nic tego nie zmieni.

Odwróciłam się, niby żeby poprawić koc, ale tak naprawdę – żeby nie widział mojej twarzy. Ja już wiedziałam, że nie zasługuję ani na niego, ani na to dziecko, ani na tę rodzinę. Zamierzałam jednak trwać. Nie miałam odwagi, żeby się przyznać.

Nie wiem, ile wytrzymam

Minęły tygodnie, a ja wciąż nie potrafiłam oddychać spokojnie. Każdy dzień wyglądał podobnie: karmienie, przewijanie, krótkie drzemki i Adam krążący wokół nas jak ktoś, kto boi się, że szczęście może mu się nagle wymknąć. Powinnam była czuć wdzięczność. Powinnam była czuć radość. Zamiast tego czułam napięcie, które wżerało mi się w kark i nie puszczało nawet wtedy, gdy w domu robiło się cicho.

Wieczorami przyglądałam się naszej córce z tą obsesyjną uwagą, jakby od jej rysów zależało moje życie. Szukałam w niej Adama. Jego linii żuchwy, jego spojrzenia, jego gestów, które dopiero miały się pojawić. Jednego małego znaku, który pozwoliłby mi uwierzyć, że nie zniszczyłam wszystkiego. Czasem wydawało mi się, że go widzę. Innym razem serce spadało mi do żołądka, bo dostrzegałam coś obcego, coś, co nie pasowało do niego.

Adam brał ją na ręce i mówił do niej tak cicho, jakby zdradzał światu sekret.

Tatuś zawsze będzie przy tobie. Słyszysz? Zawsze.

Wtedy zaciskałam palce na kubku albo na krawędzi blatu, żeby nie drgnęła mi twarz. Słowo „tatuś” brzmiało jak wyrok, nie jak czułość. W takich chwilach myślałam, że powinnam powiedzieć prawdę. Wyrzucić ją z siebie, zanim zatruje mi całe życie. Wystarczyłby jeden moment odwagi.

Nie umiałam. Nie wiem, jak długo uda mi się to ukrywać. Może zawsze. Może do końca życia. Może Adam nigdy się nie dowie. Wiem tylko, że ja będę wiedziała. I to wystarczy, żeby codziennie trochę umierać.

Klaudia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama