Reklama

Nie znoszę randek. Serio. To chyba najgorszy pomysł na poznawanie ludzi, jaki kiedykolwiek wymyśliła ludzkość. Mam 27 lat, kilka spektakularnych katastrof uczuciowych na koncie i serce, które boi się więcej niż chce. A jednak wciąż próbuję. Dlaczego? Bo głęboko w sobie wciąż wierzę w to, że gdzieś tam, wśród tych wszystkich porażek, czai się coś prawdziwego. Może nawet... miłość?

Tego dnia czułam, że coś jest nie tak. Nie wiem, może to była ta dziwna cisza w tramwaju, może zbyt chłodny podmuch wiatru, który przemknął mi pod płaszczem i przypomniał, że sukienka nie była najlepszym wyborem. Ale nie chciałam odwoływać spotkania. Kamil wydawał się... inny. Taki zwyczajny, w dobrym tego słowa znaczeniu. Pisaliśmy do siebie dwa tygodnie i jakoś tak naturalnie przeszliśmy od żartów o zupkach chińskich do rozmów o samotności. On też miał za sobą kilka rozczarowań. Może to nas połączyło. A może po prostu było miło. Chciałam dać temu szansę.

Śnieg sypał mi na włosy i ramiona. Stałam na przystanku, obserwując ludzi, którzy pędzili, jakby każdy z nich miał gdzieś swoje małe katastrofy do ukrycia. Tramwaje stały, korki paraliżowały miasto, a ja czekałam. Minęło kilka minut, potem kolejne. Moje ręce były zmarznięte, stopy mokre, a twarz coraz bardziej napięta od złości.

– No pięknie, Marta. Dałaś się zrobić jak ostatnia naiwna – mruknęłam do siebie, patrząc na telefon, który nie pokazywał nic nowego poza ostatnią wiadomością od Kamila: „Będę o 18. Czekaj na mnie.”

W głowie już układałam mu pełen jadu monolog na temat odpowiedzialności i kultury osobistej. A jednak… nie odeszłam. Coś mnie trzymało. Może ta naiwność. Może... przeczucie.

Nie wiedziałam jeszcze, dokąd idziemy

Zauważyłam go, zanim zdążył się odezwać. Wpadł na przystanek jakby ktoś go gonił, z rozwianym szalikiem, przemoczoną czapką i butami, które ewidentnie przegrały walkę z zimowym błotem. Zatrzymał się, dostrzegł mnie i uniósł rękę w przepraszającym geście. Twarz miał zarumienioną od zimna i biegu, oczy błyszczały jakby dopiero co wygrał los na loterii. Pomyślałam, że wygląda jak ktoś, kto właśnie zdążył na ostatni pociąg.

– Marta? – zapytał z uśmiechem, jakbyśmy znali się od zawsze. – Przepraszam, tramwaje, korki, telefon mi padł, wszystko na raz. Serio, biegłem od ronda.

– Nie sądziłam, że pierwsze wrażenie można aż tak zepsuć – powiedziałam chłodno.

Starałam się nie dać po sobie poznać, jak bardzo mnie wkurzył.

– Wiem, jestem mistrzem złych wejść. Ale może dalej pójdzie mi lepiej? – odpowiedział, zerkając na mnie z mieszaniną pokory i zawadiackiego błysku w oczach.

Zawahałam się. Miałam już wszystko przemyślane: obrażona mina, szybki obrót na pięcie, może jeszcze jakiś komentarz o stracie czasu. Ale jego nieporadność miała w sobie coś rozbrajającego. Stał tam przede mną z mokrymi włosami, zmarznięty, spóźniony, ale… był. A ja mimo wszystko czułam, że to nie jest koniec. Że chcę sprawdzić, czy rzeczywiście dalej pójdzie mu lepiej.

– I co? Idziemy gdzieś? Czy chcesz jeszcze chwilę postać i udawać, że nie zamarzasz? – zapytałam, udając obojętność.

– Pójdźmy. Tylko, uprzedzam, nie mam kwiatów ani planu. Ale jestem bardzo głodny i bardzo chciałbym naprawić swoje kiepskie wejście.

Nie odpowiedziałam. Ruszyłam przodem, a on po chwili do mnie dołączył. Nie wiedziałam jeszcze, dokąd idziemy. Ale wiedziałam, że idziemy razem.

To najlepsza randkowa zupa

Miała to być modna kawiarnia z roślinnymi żarówkami i napojami, których nazwy przypominały zaklęcia. Taki był plan. Ale po pięciu minutach brodzenia po śniegu i dwóch próbach wejścia do przepełnionych lokali, wylądowaliśmy tam, gdzie nigdy nie planowałam iść na randkę – w barze mlecznym. Zapach przypalonego tłuszczu, porysowane tace i obsługa, która już dawno przestała udawać entuzjazm. A jednak... było coś kojącego w tej zwykłości. Siedzieliśmy przy metalowym stoliku, a ja trzymałam w dłoniach miseczkę z gorącym rosołem, który parował jak szalony. On zamówił pomidorową z ryżem i kompot, który wyglądał jak wspomnienie z dzieciństwa.

– Ten rosół to najlepsza randkowa zupa. Jak coś pójdzie nie tak, zawsze możesz mnie nią oblać – powiedział, mieszając łyżką z przesadną ostrożnością.

– Zanotowane. Ale na razie zyskujesz – odpowiedziałam, zaskoczona sama sobą.

Jeszcze godzinę temu byłam gotowa uznać ten wieczór za porażkę. Teraz siedziałam z nim przy rozpadającym się stole i śmiałam się szczerze. Opowiadał o sobie bez pozy. Bez tej sztucznej maniery, którą tak często słyszałam u mężczyzn z aplikacji. Nie silił się na błyskotliwość. Był prosty. Zabawny. Opowiadał o swoim kocie, który chodzi po klawiaturze, i o tym, że nie znosi gotować, ale umie zrobić jajko na miękko tak idealnie, że nawet jego babcia się wzruszała. Patrzyłam na niego i próbowałam nie analizować wszystkiego w głowie. Po prostu słuchałam. Czas mijał, zupa stygła, a ja nie czułam już chłodu ani złości. Było coś dziwnie znajomego w tej scenie. Jakbyśmy siedzieli tam nie pierwszy raz. Jakbyśmy już się znali.

– A ty? – zapytał nagle. – Jakie jest twoje supermoce?

– Potrafię rozpoznać, kiedy ktoś kłamie. I wiem, kiedy chłopak próbuje zaimponować dziewczynie, udając, że lubi rosół.

– No to jestem zgubiony – powiedział z udawaną grozą i uśmiechnął się szeroko.

Nie odpowiedziałam. Wzięłam ostatni łyk rosołu i odsunęłam talerz.

– To co, idziemy dalej? – zapytałam. – Czy chcesz jeszcze porozmawiać o swoich kulinarnych traumach?

– Chodźmy. Ale ostrzegam, nie mam parasola, ani żadnych planów. Poza jednym: chciałbym jeszcze trochę z tobą pospacerować.

Wstałam bez słowa. Zaczynało się dobrze.

Nie chciałam jeszcze wracać

Z baru wyszliśmy otuleni zapachem smażonego kotleta i rozgotowanych ziemniaków. Było już późno, ulice opustoszały, a śnieg znów zaczął sypać, delikatnie osiadając na ramionach mojego płaszcza. Nie mieliśmy konkretnego celu, więc szliśmy przed siebie. Bez pośpiechu, bez mapy, bez tego napięcia, które zwykle towarzyszyło mi w takich sytuacjach.

– Wiesz, miałem dziś wrażenie, że ta randka skończy się katastrofą – powiedział po chwili. – Ale chyba najgorsze już za nami, prawda?

– Chyba tak – odpowiedziałam, zerkając na niego ukradkiem. Zaschnięta plama pomidorowej na rękawie jego kurtki jakoś idealnie do niego pasowała.

Zaczęliśmy mówić o rzeczach ważnych i nieważnych. O dzieciństwie, o serialach, których nie mieliśmy czasu oglądać, o głupich randkach i jeszcze głupszych decyzjach. Było coś kojącego w jego obecności. Jakby nie wymagał ode mnie niczego poza tym, żebym po prostu była. Bez udawania, bez maski, bez przygotowanego tekstu. W końcu, zupełnie przypadkiem, doszliśmy do parku.

– Często tu bywam, gdy mam trochę czasu – powiedziałam.

– Ładnie tu.

Stanęliśmy obok siebie w ciszy. Śnieg padał coraz mocniej, wiatr przeciskał się między drzewami, a mimo to... nie chciałam jeszcze wracać.

– Wiesz, czuję, że to najlepszy wieczór, jaki miałem od lat – odpowiedział, patrząc mi prosto w oczy.

W tamtym momencie wiedziałam, że nie powinnam się uśmiechać. Że powinnam zakończyć ten wieczór i nie robić sobie nadziei. Ale uśmiechnęłam się. I zostałam jeszcze chwilę.

Nie potrzebowaliśmy wielkich gestów

Minęły może dwa tygodnie od tej pierwszej randki, a ja już miałam wrażenie, że Kamil był obok mnie od zawsze. Wszystko działo się szybko, ale nie chaotycznie. Spotykaliśmy się co kilka dni, czasem częściej. Wychodziliśmy na spacery, jedliśmy zupy, oglądaliśmy filmy, które znaliśmy na pamięć i śmialiśmy się z rzeczy, które nikogo innego by nie rozśmieszyły. Zaczęliśmy się dogadywać inaczej. Jakbyśmy mieli jakiś własny kod. Nie potrzebowaliśmy wielkich gestów. Jego niezdarność i spóźnialstwo, które wcześniej doprowadzały mnie do szału, teraz stały się czymś, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Bo był autentyczny. Nie próbował niczego udawać. Nawet kiedy po raz kolejny zapomniał rękawiczek.

– Zgubiłeś znowu rękawiczki? – zapytałam, widząc, jak próbuje ukryć zmarznięte dłonie w kieszeniach kurtki.

– Kiedy jestem przy tobie, nie czuję zimna – odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem.

Czasem łapałam się na tym, że obserwuję go, gdy mówi. Patrzę, jak marszczy czoło, jak przymyka oczy, gdy się śmieje, jak niecierpliwie przekłada długopis z jednej ręki do drugiej, kiedy próbuje coś zapamiętać. I nagle łapałam się na tym, że po prostu dobrze mi było w jego towarzystwie. Bez napięcia. Bez oczekiwań. Któregoś dnia przyszedł do mnie w sobotę o ósmej rano, żeby zjeść razem śniadanie.

– Wiesz, że nie masz za grosz wyczucia czasu – powiedziałam mu wtedy, otwierając drzwi w szlafroku.

– Ale przyniosłem drożdżówki – odparł, trzymając reklamówkę z piekarni.

Wzięłam jedną, usiadłam na kanapie i z pełnymi ustami mruknęłam:

– Masz szczęście, że są ciepłe.

Kamil nie był idealny. Był zapominalski, czasem zbyt gadatliwy, miał brzydki nawyk zostawiania skarpetek w różnych częściach mieszkania. Ale przy nim nic nie było ciężkie. Wszystko można było obrócić w żart. I choć czasem w mojej głowie pojawiały się stare mechanizmy obronne – ucieczka, chłód, dystans – to on miał w sobie coś, co mnie zatrzymywało. Jakby nie trzeba było niczego udowadniać.

Po prostu był

Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęłam myśleć o nas jak o „my”. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zostawił u mnie szczoteczkę do zębów. A może gdy bez pytania zrobił mi herbatę w moim ulubionym kubku, tym z pękniętym uchem, i podał ją w ciszy, bez wielkich słów. Może po prostu z czasem przestałam się bronić. Zauważyłam, że przestałam układać sobie w głowie scenariusze ucieczki, nie analizowałam każdego jego słowa, nie czekałam aż coś się popsuje. Zamiast tego słuchałam, kiedy opowiadał o pracy, o dziwnych klientach, o planach na wakacje. I śmiałam się. Dużo się śmiałam. I myślałam: jak to możliwe, że jeszcze dwa miesiące temu miałam ochotę wrócić do domu i zapomnieć, że kiedykolwiek z nim pisałam.

Życie nie stało się nagle idealne. Wciąż miewałam gorsze dni, on też. Ale kiedy wracałam zmęczona, a on czekał pod moją klatką z dwoma gorącymi zapiekankami i mówił: „Wiem, że masz dość wszystkiego, więc dzisiaj nic nie musisz”, czułam, że ktoś mnie naprawdę widzi. Nie tylko z zewnątrz. Czasem go odpychałam, czasem zbywałam jego pytania, bo stary lęk podpowiadał, że za blisko to już za dużo. Ale on nie robił z tego problemu. Po prostu był. Czekał. Aż sama się zbliżę. I tak się działo. Powoli.

Pamiętam wieczór, kiedy pierwszy raz naprawdę się wyciszyłam. Siedzieliśmy u mnie, na podłodze, bo stół był zawalony praniem. On coś rysował na kartce, ja jadłam chipsy i opowiadałam, dlaczego nie lubię zimy. Zamilkłam w pół zdania. Spojrzałam na niego i po prostu powiedziałam:

– Nie wiem, dlaczego wtedy nie poszłam. Może miałam dość bycia twardą. A może… serce wiedziało szybciej niż głowa.

On nic nie odpowiedział. Odłożył długopis, przesunął się bliżej i po prostu mnie objął. Tak zwyczajnie.

Marta, 27 lat


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama