„Myślałam, że na wsi nie czeka mnie nic prócz śniegu po kolana. Sąsiad ogrzał moje serce w zimowe wieczory”
„Nie miałam planu. Mieszkanie poszło na sprzedaż, podzieliliśmy się pieniędzmi. I wtedy przypomniałam sobie o domu dziadków. Mała wieś, kilka domów na krzyż, niedziałający piec, zapach starych podłóg. Kiedy byłam dzieckiem, przyjeżdżałam tu na wakacje. Dziadek zabierał mnie na ryby, babcia robiła najcieńsze naleśniki świata. To było jedyne miejsce, gdzie czułam, że nikt ode mnie nic nie chce”.

- Redakcja
Nazywam się Agnieszka. Mam trzydzieści sześć lat i pierwszy raz w życiu nie wiem, co dalej. Przez ostatnie dziesięć lat mieszkałam w Warszawie – pracowałam, biegałam, udawałam, że wszystko ma sens. A potem któregoś dnia wróciłam z pracy i mój mąż powiedział, że mnie nie kocha. Tak po prostu. Nie było innej kobiety, przynajmniej oficjalnie. Może po prostu miał dość mojego chłodnego „wszystko ogarnę”. Rozwód przebiegł zaskakująco sprawnie. Zabrałam tylko książki, laptopa, parę rzeczy i wspomnienie, które przestało cokolwiek znaczyć.
Nie miałam planu. Mieszkanie poszło na sprzedaż, podzieliliśmy się pieniędzmi. I wtedy przypomniałam sobie o domu dziadków. Mała wieś, kilka domów na krzyż, niedziałający piec, zapach starych podłóg. Kiedy byłam dzieckiem, przyjeżdżałam tu na wakacje. Dziadek zabierał mnie na ryby, babcia robiła najcieńsze naleśniki świata. To było jedyne miejsce, gdzie czułam, że nikt ode mnie nic nie chce. Teraz – to miejsce mnie przytłacza. Zima na wsi to nie bajka. Śnieg po kolana, błoto, które wżera się w buty, zamarznięty samochód, który nie odpala, brak zasięgu i cisza, która wcale nie daje ukojenia. A ja myślałam, że potrzebuję tylko spokoju. Naiwna.
Tego dnia samochód zakopał się w błocie przed samym domem. Kręciłam kierownicą, próbowałam ruszyć, a silnik tylko wył i śmierdział. Wyszłam z auta i wtedy go zobaczyłam – szedł od strony lasu, z rękami w kieszeniach, jakby nic go nie goniło.
– Pomogę Pani – powiedział spokojnie, zerkając na moje auto.
I zanim zdążyłam zapytać, kim jest, odszedł do traktora. „Kim on w ogóle jest?” – pomyślałam. Ale nie zapytałam. A on nie czekał na pytania.
Musieć to nie to samo co chcieć
Zasypiałam i budziłam się w ciszy, która nie miała w sobie nic z odpoczynku. Mróz trzymał od dwóch tygodni, a stary piec w kuchni ledwo dawał radę ogrzać jedno pomieszczenie. W pozostałych panował chłód. Chodziłam po domu w grubych swetrach, owinięta szalem, jakby to miało coś zmienić. Nauczyłam się rozpalać w piecu, chociaż przez pierwsze dni szło mi to opornie. Kupiłam drewno przez internet – drogo, kiepskiej jakości. Przynieśli pod bramę, zostawili w błocie.
Kilka dni później obudził mnie odgłos uderzenia. Jakby coś spadło na werandę. Wyszłam przed dom, a tam – stos równiutko ułożonych polan. Jeszcze parował od wilgoci. Rozejrzałam się, ale już nikogo nie było. Nikt nie zostawił też żadnej kartki. Myślałam, że może sąsiad, ale nie znałam ich jeszcze nawet z widzenia. Następnego dnia, tuż przy płocie, leżał worek ziemniaków. Nie wiedziałam, czy to prezent, pomoc, czy może jakaś forma lokalnej litości wobec rozwódki z miasta, która nie wie, co tu robi.
Przez kilka dni ignorowałam to. Udawałam, że nic się nie dzieje, że nikt nie próbuje przekroczyć granicy, której przecież jeszcze nie wyznaczyłam. Ale pewnego ranka usłyszałam stukanie. Zajrzałam przez okno i zobaczyłam jego. Tego samego, który wtedy wyciągał moje auto traktorem. Pchał taczkę z drewnem. Wyszłam bez kurtki, tylko w grubym swetrze. Stanęłam na ganku.
– Nie musisz tego robić – powiedziałam, próbując zabrzmieć pewnie.
– Wiem. Ale musieć to nie to samo co chcieć.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zabrakło mi słów. Tylko kiwnęłam głową, jak idiotka. Zostawił drewno i odszedł, jakby nie oczekiwał niczego w zamian. Przez resztę dnia nie mogłam się skupić. Piekłam chleb, potem zmywałam, potem znowu piekłam, bo pierwszy nie wyrósł. Coś się zmieniło, tylko jeszcze nie wiedziałam co. W mojej głowie zaczął się niepokój. Nie taki, który podpowiada, że coś zagraża. Taki, który sugeruje, że coś się zbliża, a ja nie jestem gotowa. Zaczęłam wypatrywać go przez okno. Nie chciałam być wdzięczna. Nie chciałam poczuć ulgi, że ktoś tu jest, że nie jestem sama. Ale zaczęłam. I właśnie to mnie przestraszyło.
Jestem bardziej samotna, niż przyznaję
Sąsiad co kilka dni coś zostawiał pod furtką. Drewno, warzywa, świeże jajka w małym koszyku. Pewnego dnia, gdy słońce wreszcie pokazało się na chwilę, stanęłam przy oknie z herbatą i zobaczyłam, jak idzie. Marek. Szedł tak, jak wtedy – spokojnie, jakby bez pośpiechu. Wyszłam szybko za zewnątrz.
– Niedługo otworzę sklep wielobranżowy – powiedziałam.
– W takim razie będę twoim stałym dostawcą – odparł z uśmiechem.
Porozmawialiśmy chwilę przez płot. Dowiedziałam się, że ma na imię Marek i mieszka obok od dziecka. Kiwnął głową na pożegnanie. Wróciłam do środka, a moje serce biło nierówno. Zaskoczyło mnie, że go wypatruję. Że czekam. Że patrzę przez okno, od razu jak wstanę z łóżka, jakby od tego zależało, czy dzień się ułoży. Nie wiedziałam, co z tym zrobić. Ta wieś miała być moim schronieniem, miejscem na odpoczynek od ludzi, od emocji, od relacji. A tymczasem codzienność zaczęła mi się wymykać. Czekałam na szelest kroków na śniegu, na skrzypienie taczki, na jego uśmiech. I właśnie wtedy dotarło do mnie, że chyba jestem bardziej samotna, niż przyznaję. I że on to widzi.
To nie był jedynie zwykły gest wdzięczności
Śnieg znów sypał. Gruby, ciężki, mokry. Droga do miasteczka była zasypana, ale potrzebowałam wyjechać. Auto odpaliło po dłuższej chwili. Wróciłam późnym popołudniem, z paczkami, które ledwo zmieściłam do bagażnika, i pulsującym bólem głowy. Byłam prawie pod domem, gdy nagle auto zgasło. Ani drgnęło. Próbowałam kilka razy, przeklinałam pod nosem, rzuciłam torbą o fotel. Poszłam po pomoc do Marka. Otworzył bez słowa. Szybko ubrał kurtkę, buty, złapał latarkę i klucze. Nie dopytywał o nic. Po prostu ruszył. Ja tuż za nim. Naprawił auto szybko. Silnik w końcu ruszył. Nie zapytałam, ile jestem mu winna. On też nie mówił. Ale zanim odszedł, spojrzał na mnie uważnie. A ja – pierwszy raz – nie uciekłam wzrokiem.
– Zostaniesz na obiad? – zapytałam nieśmiało.
Spojrzał na dom, potem znów na mnie.
– Jak ktoś zaprasza, to się nie odmawia – powiedział i wszedł za mną.
W kuchni czuć było zapach rosołu. Nakryłam do stołu. Marek zdjął kurtkę i czapkę, potem usiadł na krześle nieco spięty. Ale mimo tego napięcia, między nami było coś... spokojnego. Jedliśmy bez słów, co chwilę zerkając na siebie. Czułam, że coś się zmieniło. Że z mojej strony to zaproszenie na obiad to nie był jedynie zwykły gest wdzięczności. To było coś, co przekroczyło granicę.
Widziałam, ile nas łączy
Marek jadł powoli, jakby chciał każdemu kęsowi poświęcić tyle samo uwagi. Ja patrzyłam na niego z ciekawością. Kiedy skończył posiłek, zapytałam:
– Masz żonę i dzieci?
– Nie – odparł krótko. – Ale byłem żonaty, jestem po rozwodzie.
Im dłużej rozmawialiśmy, tym więcej widziałam, ile nas łączy. Pomyślałam o swoim małżeństwie, o tym, jak potrafiliśmy żyć latami razem, a jednak obok siebie. A tutaj, na tej głupiej, zamarzniętej wsi, wystarczy jeden człowiek, żeby poczuć, że nie jesteś przezroczysta. Zrozumiałam wtedy, że nie jestem jedyna z czymś niedokończonym. Że on też coś stracił, też czegoś nie umiał uratować. Może właśnie to nas łączyło. Ta nieumiejętność. To, że nie próbowaliśmy się naprawiać. Marek pomógł mi zebrać talerze. Odstawił je na blat, pożegnał się skinieniem głowy i wyszedł. A ja patrzyłam przez okno, jak powoli znika, zostawiając jedynie ślady odbite na śniegu.
Od tamtego dnia Marek zaczął się pojawiać częściej. Czasem wpadał coś naprawić, przynosił zakupy czy siadał ze mną w kuchni, pijąc herbatę. Zdarzało się, że siedzieliśmy godzinami, nie mówiąc nic. Ja czytałam, on majsterkował. I było w tym coś uspokajającego, coś, czego wcześniej nie znałam – obecność bez oczekiwań. Nikt się nie popisywał. Nikt nie próbował być kimś więcej, niż był. Zaczęłam zapominać, że kiedyś planowałam stąd uciec. Przestałam sprawdzać ogłoszenia o wynajmie w mieście, nie interesowały mnie już powroty do pracy. Dni miały swój rytm. O poranku otwierałam drzwi, patrzyłam na padający śnieg, a potem wstawiałam wodę na kawę. I często robiłam dwie filiżanki. Któregoś dnia, gdy rozpalaliśmy ogień w piecu, powiedziałam:
– Myślałam, że tu przyjadę i nikt mnie nie znajdzie.
Dorzucił drewno, zatrzasnął drzwiczki, odwrócił się do mnie. Spojrzał mi głęboko w oczy. Wtedy zrozumiałam, że nie potrzebuję już słów. Że jego obecność jest wszystkim. Że można kochać inaczej, niż mnie uczono. Bez wielkich deklaracji. Nie planowałam z nim życia. Ale nie chciałam, żeby odszedł.
Agnieszka, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zaplanowałam dzieciom wspaniałe ferie w Bieszczadach. Zamiast z rodziną na stoku, mąż wolał bawić się z sąsiadką z hotelu”
- „Wyjechałam na ferie w góry, by zapomnieć o zdradzie męża. I pierwszy raz od lat zrobiłam coś tylko dla siebie”
- „Marzyłam o śnieżnym szaleństwie z chłopakiem. Na stoku pokazał, że nawet bałwan ma więcej IQ niż on”