„Myślałam, że pączki przypomną dzieciom o rodzinnych tradycjach. Tłusty czwartek pokazał mi, że bardzo się myliłam”
„Usiadłam i ukryłam twarz w dłoniach. Płakałam, bo zrozumiałam, że pączki były tylko pretekstem. Chciałam, żeby mnie potrzebowali. A okazało się, że świat poszedł do przodu, a ja zostałam w kuchni babci Heleny, kurczowo trzymając się przepisu, który dla moich dzieci był historią”.

- Redakcja
Tego dnia kuchnia miała pachnieć miłością i konfiturą różaną, tak jak zapamiętałam to z dzieciństwa. Byłam pewna, że ten jeden rytuał sklei moją rodzinę na nowo, że cofniemy czas do momentów, gdy wszystko było prostsze, a my siedzieliśmy przy jednym stole, ubrudzeni cukrem pudrem. Zamiast tego stanęłam twarzą w twarz z bolesną prawdą o upływającym czasie i zmieniającym się świecie, do którego ja i mój przepis prababci już chyba nie pasowaliśmy.
Kierowałam się sercem
Zaczęłam przygotowania dwa dni wcześniej. W moim kalendarzu tłusty czwartek był zaznaczony czerwonym flamastrem, zakreślony tak grubą kreską, że przebijała na kolejną stronę miesiąca. Dla mnie to była misja. Od miesięcy czułam, że coś tracę. Moje dzieci był dorosłe i wiecznie zajęte. Oddalały się ode mnie z prędkością światła. Kasia, moja starsza córka, żyła korporacją. Jej codzienność to niekończące się spotkania, wyjazdy i dieta pudełkowa, którą uważała za szczyt cywilizacyjnego rozwoju. Kiedy dzwoniłam, zazwyczaj słyszałam w tle stukot klawiatury.
– Mamo, nie teraz, mam spotkanie – rzucała, zanim zdążyłam zapytać, jak się czuje.
Paweł, młodszy syn, był jeszcze bardziej nieuchwytny. Od kiedy zamieszkał ze swoją narzeczoną, Dominiką, w nowoczesnym apartamentowcu, widywaliśmy się głównie w święta. Wszystko w ich życiu musiało być sterylne, minimalistyczne i zaplanowane w aplikacji. Dlatego ubzdurałam sobie, że pączki to zmienią. Wierzyłam, że zapach smażonego ciasta obudzi w nich wspomnienia z czasów, gdy kuchnia stanowiła centrum ich wszechświata. Chciałam przywrócić ten gwar i bezpieczny azyl, którym kiedyś był nasz dom. Mąż patrzył na to z pobłażliwym uśmiechem znad gazety.
– Po co ty się tak męczysz? – zapytał, gdy trzeci raz przesiewałam mąkę. – Przecież pączki można kupić w cukierni. Teraz robią całkiem niezłe.
– Niezłe? – żachnęłam się. – Ty nic nie rozumiesz. Tu nie chodzi o kalorie czy cukier. Tu chodzi o serce. O to, że robisz coś dla kogoś własnymi rękami. Przepis prababci Heleny to dziedzictwo.
Andrzej westchnął tylko i wrócił do czytania, a ja zostałam sama z moją misją. Musiałam zdobyć jajka od kur z wolnego wybiegu od pani Jadzi z targu i przygotować konfiturę różaną, którą ucierałam latem, kłując sobie palce. Wiedziałam, że warto. To miał być dzień, w którym odzyskamy naszą rodzinę.
Uśmiechnęłam się promiennie
Wstałam o czwartej rano. Ciemność za oknem była gęsta, ale w kuchni szybko zrobiło się przytulnie. Zaczyn drożdżowy musiał wyrosnąć w cieple, więc owinęłam miskę starym, wełnianym kocem. Patrząc na zaczyn, czułam wzruszenie. Pamiętałam, jak babcia sadzała mnie na blacie i dawała kawałek ciasta do zabawy.
– Jak będziesz zła, to opadnie, dziecko – mawiała. – Do drożdżowego trzeba mieć cierpliwość i dobre serce.
Wyrabiałam ciasto, czując ból w nadgarstkach, ale z każdym ruchem myślałam o Kasi i Pawle. O tym, jak córka uwielbiała wylizywać miskę z lukru i jak syn kradł gorące pączki, parząc sobie język. Chciałam im to oddać. Chciałam, żeby przyjechali i zamiast patrzeć w telefony, zamknęli oczy, mówiąc:
– Mamo, to smakuje jak dzieciństwo.
Wyobrażałam sobie stół nakryty białym obrusem, starą porcelanę i górę złocistych pączków z jasną obwódką. W południe dom pachniał już obłędnie. Słodki, maślany aromat wdzierał się w każdy kąt. Andrzej wrócił ze spaceru i pociągnął nosem.
– No, no. Pachnie jak za dawnych lat – przyznał, kradnąc jednego pączka. – Pyszne. Naprawdę pyszne.
Uśmiechnęłam się promiennie. Zadzwoniłam do Kasi.
– Będziemy koło siedemnastej, mamo, ale nie szykuj za dużo, wiesz, że jestem na redukcji – rzuciła szybko.
Zignorowałam uwagę o redukcji. Przecież w tłusty czwartek diety nie obowiązują. To prawo święte.
Unikał mojego wzroku
Kasia wpadła spóźniona, z telefonem przy uchu. Nawet nie zdjęła płaszcza, machnęła mi tylko ręką, kontynuując rozmowę o targetach. Chciałam ją przytulić, ale odsunęła się lekko, wskazując na słuchawki. Gdy skończyła, rzuciła torebkę na komodę.
– Cześć mamo. Jak tu duszno. Nie możesz otworzyć okna? Ten zapach tłuszczu jest wszędzie – powiedziała, marszcząc nos.
Zamarłam. Zapach tłuszczu? To był zapach tradycji.
– Smażyłam pączki. Twoje ulubione, z różą – powiedziałam łagodnie.
– Wiem, mamo, ale mogłaś włączyć wyciąg na maksa. Moje ubrania będą teraz śmierdzieć tłuszczem, a jutro mam ważne spotkanie z zarządem.
Weszła do kuchni. Na stole pyszniła się piramida pączków, wyglądająca jak dzieło sztuki. Kasia spojrzała na nie bez entuzjazmu.
– Boże, ile tego jest? Przecież nas jest czwórka, a starczyłoby dla pułku wojska.
– Weźmiesz do pracy dla koleżanek – zasugerowałam z nadzieją.
– Mamo, w mojej firmie nikt nie je glutenu i cukru. Przynieśli dzisiaj wegańskie donuty z batatów, ale większość osób i tak nie ruszyła. Wszyscy dbają o linię.
Poczułam, jak coś we mnie gaśnie. Moje pączki, smażone na smalcu, z najlepszej mąki, nagle stały się czymś wstydliwym. Chwilę później przyjechał Paweł z narzeczoną. Dominika weszła z pudełkiem w ręku.
– Dzień dobry! – zawołała wesoło. – Pani Grażyno, przyniosłam deser, żeby się pani nie męczyła. Fit-sernik na zimno z nasionami chia. Bez pieczenia, bez cukru, samo zdrowie.
Spojrzałam na pudełko, potem na moją piramidę pączków, a potem na syna. Unikał mojego wzroku.
– Cześć mamo. Ile naprodukowałaś – mruknął, całując mnie w policzek.
– To tradycja, synku. Siadajcie. Zaparzę herbaty.
Krew odpłynęła mi z twarzy
Usiedliśmy przy stole. Andrzej próbował żartować, a młodzi byli myślami gdzieś indziej. Kasia zerkała na zegarek, Paweł sprawdzał telefon pod stołem.
– No, częstujcie się! – zachęciłam. – Jeszcze ciepłe.
Zapadła cisza. Dominika uśmiechnęła się przepraszająco.
– Pani Grażynko, wyglądają cudownie, ale... Od miesiąca nie jemy smażonego. Mamy trenera personalnego i on by nas chyba zabił. Może spróbuję kawałeczek, tak dla symbolu.
Odkroiła kawałek wielkości naparstka. Paweł poszedł w jej ślady.
– No weź, zjedz całego, jeden ci nie zaszkodzi – powiedział Andrzej do syna.
– Tato, tu chodzi o zasady. Jak raz odpuścisz, to potem leci. Poza tym... – Paweł zawiesił głos. – Mamo, nie obraź się, ale strasznie czuć ten tłuszcz. Ociekają nim.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Ociekają? Są idealne. Mają obwódkę. To przepis babci Heleny.
– No właśnie – wtrąciła się Kasia. – Przepis babci był dobry sto lat temu, jak ludzie pracowali w polu. Teraz siedzimy za biurkami. Taka bomba kaloryczna to zabójstwo dla organizmu.
Patrzyłam na nich z niedowierzaniem. To nie była dyskusja o smaku, to był atak na wszystko, co dla mnie ważne.
– Ja zjem – powiedział głośno Andrzej, sięgając po kolejnego pączka, choć widziałam, że robi to tylko dla mnie.
– Mamo – Kasia odsunęła talerzyk. – Doceniam, że się narobiłaś. Tylko na przyszłość... nie rób tego. Szkoda twojego czasu i zdrowia. Teraz są świetne piekarnie rzemieślnicze. Można zamówić pączki pieczone, z mąki orkiszowej, bez cukru. Są lżejsze, nowocześniejsze.
– Ale to nie to samo – szepnęłam, czując łzy pod powiekami. – To nie są pączki, które ja robiłam. To nie jest serce, które w to włożyłam.
– Serce można okazać inaczej, niż tucząc nas na siłę – rzucił Paweł.
Dominika próbowała ratować sytuację:
– Są bardzo smaczne, pani Grażynko, ale po prostu... nasz styl życia jest inny.
Styl życia. Mój styl – matki i gospodyni – stał się dla nich reliktem. Moja miłość, wyrażana przez godziny stania przy garach, została sprowadzona do „tuczenia na siłę”.
Zebrało mi się na płacz
Wieczór upłynął w atmosferze wymuszonej uprzejmości. Zjedli po pół pączka. Kasia piła kawę bez mleka, Paweł wodę. Rozmawiali o inwestycjach, wakacjach na Bali i samochodach elektrycznych. Ja i Andrzej milczeliśmy. O dziewiętnastej zaczęli się zbierać.
– Dzięki, było super, ale muszę lecieć, rano mam siłownię – powiedział Paweł.
– Ja też uciekam, jestem padnięta – dodała Kasia.
Żadne z nich nie wzięło pączków na wynos.
– Nie, mamo, nie wciskaj nam. Zeschną się, a i tak nie zjemy. Daj sąsiadom albo tacie do pracy – skwitowała córka, gdy próbowałam zapakować im po kilka sztuk.
Zostałam w kuchni sama. Na stole stał półmisek, z którego ubyło zaledwie pięć sztuk. Reszta – ponad trzydzieści pączków – patrzyła na mnie z wyrzutem. Piękne, złociste i zupełnie nikomu niepotrzebne. Usiadłam i ukryłam twarz w dłoniach. Płakałam, bo zrozumiałam, że pączki były tylko pretekstem. Chciałam, żeby mnie potrzebowali. Żeby moja troska wciąż miała dla nich wartość. A okazało się, że świat poszedł do przodu, a ja zostałam w kuchni babci Heleny, kurczowo trzymając się przepisu, który dla moich dzieci był historią. Andrzej wszedł do kuchni i położył mi rękę na ramieniu.
– Nie płacz. Dobre były. Najlepsze.
– Ale im nie smakowały. Im nie smakuje moje życie – powiedziałam. – Oni nie chcą moich tradycji. To dla nich to ciężar.
– Oni po prostu żyją inaczej. To nie znaczy, że cię nie kochają. Po prostu... pączki to nie jest już waluta, którą można kupić ich czas.
Jego słowa uderzyły mnie z wielką mocą. Pączki jako waluta. Tak właśnie to traktowałam – handel wymienny: ja daję tradycję i wysiłek, wy dajecie obecność. A tak to nie działa.
Zrozumiałam swój błąd
Następnego ranka zapach tłuszczu, który wczoraj wydawał mi się zapachem miłości, dziś był ciężki i drażniący. Otworzyłam szeroko kuchenne okno, wpuszczając mroźne powietrze. Pączki trochę się zeschły, lukier popękał. Zapakowałam większość do dużego pudełka i zaniosłam do osiedlowego klubu seniora. Pani w recepcji omal mnie nie uściskała.
– Pani Grażynko! Jaki skarb! Seniorzy będą zachwyceni, bo nikt już takich nie robi!
Wróciłam do domu z lżejszym sercem. Napisałam do Kasi. Nie o jedzeniu. Nie z wyrzutami.
„Może wpadniesz w sobotę? Nie będę nic gotować. Zamówimy coś z tej twojej ulubionej wegańskiej knajpy. Chcę tylko pogadać i posłuchać, co u ciebie”.
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Serio mamo? Nie będziesz stać przy garach? To super. Chętnie wpadnę. Mam ci tyle do opowiedzenia o nowym projekcie”.
Uśmiechnęłam się do ekranu. Zrozumiałam swój błąd. Próbowałam wcisnąć ich w ramy moich wspomnień, zamiast stworzyć nowe, pasujące do ich rzeczywistości. Tradycja jest ważna, ale relacje z bliskimi są ważniejsze. Jeśli cena za bliskość z córką to rezygnacja z domowych pączków na rzecz sałatki z jarmużem – jestem gotowa ją zapłacić. Bo pączki przeminą, a miłość musi trwać. Przepis babci Heleny schowałam głęboko do szuflady. Może kiedyś, gdy pojawią się wnuki, wyjmę go ponownie. A może upieczemy razem ciasto marchewkowe bez glutenu. I to też będzie piękne, o ile zrobimy to razem.
Grażyna, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy moja mama wykupiła nam ferie w górach, poczułam ulgę. Nie spodziewałam się, że prezent ma ukrytą wysoką cenę”
- „Pojechałam do sanatorium, żeby uciec od samotności po śmierci męża. Na balu karnawałowym znów poczułam, że kwitnę”
- „Teściowa żyje jak pączek w maśle, a my ledwo spinamy miesiąc. Piżmowe perfumy są dla niej ważniejsze niż nasz czynsz”