Reklama

W teorii to miał być zwykły dzień, ale w mojej głowie od tygodnia trwały przygotowania do wielkiej operacji logistycznej, jaką od zawsze był w naszym domu tłusty czwartek. Kiedy stałam nad miską z rosnącym ciastem, czułam to przyjemne ciepło, kojarzące się z pełnym domem i lepkimi od lukru palcami wnuków. Byłam pewna, że ten zapach przyciągnie ich do mnie jak magnes. Nie wiedziałam jeszcze, że lukier zastygnie w ciszy, a cisza w mieszkaniu stanie się głośniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Żyłam marzeniami

Zaczęłam przygotowania dwa dni wcześniej. Prawdziwe, domowe pączki wymagają szacunku, cierpliwości i temperatury. Kuchnia musi być nagrzana, okna szczelnie zamknięte, bo drożdże, jak mawiała moja mama, boją się przeciągów bardziej niż diabeł święconej wody. Kupiłam najlepszą mąkę, tę z młyna, po którą jechałam specjalnie na drugi koniec miasta trzema autobusami. Konfitura z róży czekała w spiżarni od lata – ucierałam płatki z cukrem w te upalne dni, myśląc już wtedy o lutym. O tym momencie, gdy Tomek weźmie pączka do ręki, ugryzie i powie z pełnymi ustami, że nigdzie na świecie nie ma takich smaków jak u mamy. Dla mnie jedzenie nigdy nie było tylko posiłkiem. Było językiem miłości, jedynym, w którym czułam się naprawdę biegła. Nie zawsze umiałam rozmawiać z moimi dziećmi o ich problemach w korporacjach czy kredytach we frankach, ale umiałam nakarmić. Umiałam sprawić, że przez chwilę czuli się bezpiecznie.

W środę wieczorem wszystko było gotowe. Stolnica wyszorowana, wielki garnek wyciągnięty z czeluści szafki. Czułam ekscytację jak przed pierwszą randką. Wyobrażałam sobie, jak w czwartek po południu drzwi się otworzą. Najpierw wpadnie Kasia, moja córka, zawsze w biegu, z telefonem przy uchu, ale na widok pączków jej twarz złagodnieje. Potem przyjedzie Tomek z żoną i bliźniakami. Chłopcy będą się bić o to, kto zje więcej, a ja będę udawać, że ich strofuję, po cichu dokładając im kolejne sztuki na talerze.

Wciąż miałam nadzieję

Problemy zaczęły się w czwartek rano, kiedy ciasto już pięknie wyrosło i zaczęłam formować kulki. Telefon zadzwonił, gdy miałam ręce całe w mące. Odebrałam łokciem, włączając tryb głośnomówiący.

– Cześć mamo – głos Kasi był dziwnie oficjalny, pozbawiony tej ciepłej nuty, na którą czekałam.

W tle słyszałam stukot klawiatury.

– Cześć córeczko! – zawołałam wesoło. – Już się smażą! Pierwsza partia właśnie ląduje w tłuszczu. O której będziecie? Zrobiłam też faworki, te kruche, które tak lubisz.

Zapadła cisza. Taka nieprzyjemna, gęsta, która sprawia, że serce zaczyna bić trochę szybciej.

– Mamo, właśnie dlatego dzwonię – westchnęła. – Nie dam rady dzisiaj. Mamy audyt w firmie, wszystko się wali. Szef kazał nam zostać po godzinach, nie wiem, o której godzinie wyjdę z pracy. Pewnie w nocy.

– Ale to tłusty czwartek... – powiedziałam cicho, patrząc na rząd równiutkich kulek ciasta na stolnicy. – Zawsze przyjeżdżaliście. To tradycja.

– Mamo, wiem, ale to tylko pączki. Kupię sobie jakiegoś w piekarni pod biurem. Nie denerwuj się, proszę. Jestem w pracy. Zadzwonię w weekend.

Rozłączyła się, zanim zdążyłam powiedzieć, że to nie są „tylko pączki”. Że włożyłam w nie dwa dni pracy i całe serce. Że konfitura z róży to nie jest coś, co można kupić w piekarni pod biurem. Trudno. Kasia jest zapracowana, zawsze była ambitna. Został jeszcze Tomek. On na pewno przyjedzie, przecież obiecał chłopakom. Wróciłam do smażenia. Tłuszcz skwierczał, a zapach wypełniał całe mieszkanie. Był słodki, otulający, ale teraz wydawał mi się odrobinę mdły. Układałam usmażone pączki na wielkim półmisku, posypując je cukrem pudrem. Wyglądały jak małe dzieła sztuki. Złociste, z jasną obwódką wokół, świadczącą o idealnym wyrośnięciu.

Czułam narastający niepokój

Była czternasta, kiedy zadzwonił Tomek. Miałam już przygotowane pięćdziesiąt pączków. Góra słodkości piętrzyła się na stole w dużym pokoju. Wyciągnęłam najlepszą porcelanę, tę w drobne fiołki, której używałam tylko od święta. Wyprasowałam obrus.

– Cześć mamo – Tomek brzmiał na zmęczonego.

– Cześć synku! O której będziecie? Chłopcy pewnie głodni? – starałam się, by mój głos brzmiał normalnie, choć w środku czułam narastający niepokój.

– Słuchaj... Ewa mówi, że nie przyjedziemy. Chłopcy mają katar, a ona... wiesz, ona jest na tej nowej diecie, unika glutenu i cukru. Nie chce, żeby dzieci jadły te smażone rzeczy. Mówi, że to bomba kaloryczna i niezdrowe nawyki.

Zamarłam. Moja ręka, w której trzymałam sitko z cukrem pudrem, zadrżała. Biały pył posypał się na dywan.

– Ale... – wyjąkałam. – Przecież to raz w roku. To tradycja. Twoja babcia tak robiła, ja tak robię... To nie chodzi o kalorie, chodzi o bycie razem.

– Wiem, mamo, ja to wiem. Tylko nie chcę się z nią kłócić. Wiesz, jaka ona jest restrykcyjna. Może wpadniemy w niedzielę na kawę? Tylko bez ciasta, dobrze?

Bez ciasta. Bez pączków. Bez sensu.

– Dobrze – szepnęłam. – Rozumiem. Zdrowie jest najważniejsze.

– Nie gniewasz się?

– Nie, synku. Nie gniewam się.

Kiedy się rozłączył, usiadłam ciężko na krześle. Patrzyłam na ten stół. Na te piękne filiżanki, które teraz wydawały się śmieszne i pretensjonalne. Na górę pączków, która nagle przestała wyglądać apetycznie, a zaczęła przypominać pomnik mojej samotności. Pięćdziesiąt pączków. Dla kogo?

Czułam się upokorzona

Siedziałam tak przez godzinę. Pączki stygły. Lukier, który miał być lepki i kuszący, twardniał. W mieszkaniu zapadła cisza, przerywana jedynie tykaniem starego zegara ściennego. To była ta sama cisza, która towarzyszyła mi każdego wieczoru, ale dziś, w dniu święta, bolała fizycznie. Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Przez lata budowałam swoją relację z dziećmi na obsłudze. Na byciu potrzebną. Na karmieniu, praniu, pomaganiu. Myślałam, że jeśli będę dostarczać im te wszystkie domowe dobra, to oni zawsze będą przy mnie. A oni dorośli. Dla synowej moje pączki nie były dowodem miłości, tylko i zagrożeniem dla zdrowia jej dzieci. Dla Kasi były nic nieznaczącą przekąską. Moja miłość, wyrażona w gramach mąki i słoikach konfitury, stała się dla nich ciężarem. Obowiązkiem. Łzy zaczęły kapać na obrus. Czułam się upokorzona. Przez to, że uzależniłam swoje poczucie wartości od tego, czy ktoś zje mój wypiek. Spojrzałam na zdjęcie męża stojące na komodzie.

– I co ja mam teraz zrobić? – zapytałam w pustkę. – Zostałam sama z górą ciasta.

Czułam złość. Chciałam wziąć worek i wyrzucić to wszystko do śmieci. Zmiażdżyć te idealne pączki, żeby nie patrzeć na dowód swojej klęski. Wstałam gwałtownie i poszłam do kuchni po worki. Jednak gdy chwyciłam pierwszego pączka, nie mogłam tego zrobić. To byłby grzech. To był chleb. Inny, słodszy, ale wciąż chleb. Moja babcia przewracałaby się w grobie. Wtedy usłyszałam hałas na klatce schodowej. Ktoś szedł ciężko, sapiąc.

Pomogłam jej

Mieszkałam w tym bloku od czterdziestu lat, ale rotacja sąsiadów była ostatnio spora. Obok od niedawna mieszkała młoda dziewczyna. Studentka chyba. Mijałyśmy się czasem na schodach – zawsze w słuchawkach, z nieobecnym wzrokiem, w za dużym płaszczu. Wyjrzałam przez wizjer. Dziewczyna szamotała się z zamkiem, a z papierowej torby z zakupami, która pękła jej w rękach, wysypały się na wycieraczkę jakieś zupki chińskie i jabłka. Usiadła na schodach i schowała twarz w dłoniach. Wyglądała, jakby płakała. Zadziałał instynkt. Ten sam, który kazał mi nastawić ciasto drożdżowe o świcie. Otarłam łzy, poprawiłam fartuch i otworzyłam drzwi.

– Wszystko w porządku? – zapytałam cicho.

Podniosła głowę. Miała czerwone oczy i rozmazany tusz.

– Przepraszam, ja tylko... zakupy mi się rozsypały i miałam po prostu straszny dzień – pociągnęła nosem.

– Zostaw te zupki – powiedziałam stanowczo, ale łagodnie. – Wejdź do mnie.

– Ale ja nie mogę, nie chcę przeszkadzać...

– Nie przeszkadzasz. Właśnie zrobiłam pączki. Mam ich pięćdziesiąt. Jeśli mi nie pomożesz, będę je jeść do Wielkanocy.

Zawahała się. Spojrzała na otwarte drzwi mojego mieszkania, z których buchał zapach wanilii i smażonej skórki pomarańczowej. To był zapach domu, którego jej widać brakowało.

Cieszyłam się chwilą

Weszła nieśmiało, zdejmując buty w przedpokoju. Miała na imię Magda. Studiowała architekturę, była z małego miasta na wschodzie Polski i pierwszy raz w życiu spędzała tłusty czwartek sama, z dala od rodziny.

– Mama dzwoniła rano – powiedziała, gdy posadziłam ją przy stole i postawiłam przed nią talerz z trzema wielkimi pączkami. – Pokazywała mi przez kamerkę faworki. A ja siedzę tu, w tym pustym mieszkaniu, mam sesję, oblałam egzamin i nawet nie mam siły iść do sklepu po coś słodkiego.

Kiedy ugryzła pierwszego pączka, zamknęła oczy.

– O Boże – jęknęła. – Smakują jak u mojej babci Teresy. Jest pani czarodziejką.

To zdanie, proste i szczere, sprawiło, że coś we mnie pękło. Patrzyłam, jak ta obca dziewczyna je moje wypieki z nabożeństwem, którego nie widziałam u moich dzieci od lat. Ubrudziła sobie nos cukrem pudrem. Śmiała się. Zrobiłam herbatę. Zaczęłyśmy rozmawiać. Opowiedziała mi o swoim chłopaku, który z nią zerwał, o stresie na uczelni, o tęsknocie za domem. Ja opowiedziałam jej o Heniu, o tym, jak kiedyś smażyliśmy pączki w nocy, żeby zrobić niespodziankę sąsiadom. Nie wspomniałam słowem o dzieciach, które mnie wystawiły. W tej chwili nie istnieli. Byłyśmy tylko my dwie – starsza kobieta z nadmiarem matczynej miłości i młoda dziewczyna, która potrzebowała ciepła.

– Wie pani co? – powiedziała Magda po godzinie, dopijając drugą herbatę. – Myślałam, że ten dzień będzie najgorszym dniem tej zimy. A jest... jest jakoś tak normalnie. Ciepło.

– Dla mnie też, dziecko. Dla mnie też.

Miałam dla kogo żyć

Zapakowałam jej dwadzieścia pączków na wynos.

– Podziel się na uczelni, daj znajomym – powiedziałam. – Inaczej się zmarnują.

Przytuliła mnie na pożegnanie. To nie był uścisk z przymusu, taki, jaki czasem dostaję od wnuków. To był mocny uścisk wdzięczności. Kiedy zamknęłam za nią drzwi, spojrzałam na stół. Półmisek był w połowie pusty. Resztę pączków postanowiłam zanieść jutro do Klubu Seniora, o którym mówiła mi koleżanka, a do którego nigdy nie chciałam iść, bo uważałam, że mam rodzinę, więc nie potrzebuję obcych. Myliłam się. Rodzina to nie tylko krew. Rodzina to ludzie, którzy doceniają twoją obecność. Może moje dzieci mnie nie potrzebowały w taki sposób, jak ja tego chciałam. Może miały swoje życie, swoje diety i swoje sprawy. I to było w porządku. Musiałam to zaakceptować, żeby przestać cierpieć. Jednak to nie znaczyło, że jestem niepotrzebna.

Podeszłam do okna. Zobaczyłam Magdę wychodzącą z klatki, niosącą moje pudełko z pączkami jak największy skarb. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w szybie. Ten tłusty czwartek nie był klęską. Był lekcją. Pączki nie były pretekstem do spotkania z tymi, którzy nie mieli czasu. Stały się mostem do kogoś, kto tego czasu i serca potrzebował bardziej. Wieczorem dostałam SMS-a od Magdy:

„Współlokatorce też smakowały. Powiedziała, że uratowała jej Pani życie po całym dniu w pracy. Dziękuję, Pani Basiu. Mogę wpaść w sobotę pomóc przy zakupach? Widziałam, że ciężko Pani wnosić siatki”.

Odpisałam krótko:

„Zapraszam. Zrobimy szarlotkę”.

Dzieci nie zadzwoniły. Jednak po raz pierwszy od bardzo dawna, kładąc się spać, nie czułam się samotna. Zrozumiałam, że pusty dom nie oznacza pustego życia, dopóki mam się czym dzielić. Nawet jeśli to tylko – albo aż – pączki z różą.

Barbara, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama