Reklama

Wybierając ten film, myślałam, że kupuję sobie dwie godziny spokoju, a potem gotowy temat do dyskusji, który pociągnie nas przez resztę wieczoru. Byłam naiwna. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, a światła w sali zapaliły się z tym bezlitosnym, obnażającym wszystko blaskiem, poczułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. To nie był motyle w brzuchu. To był ciężar nadchodzącej katastrofy. Siedzieliśmy obok siebie, obcy ludzie, którzy właśnie udawali, że łączy ich coś więcej niż bilet ulgowy i miłość do popcornu. Spojrzałam na niego, licząc na iskrę, na uśmiech, na cokolwiek. A on tylko otrzepał spodnie z okruchów i zapytał: „Idziemy?”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że najgorsze dopiero przed nami.

Idealny kandydat z aplikacji randkowej

Wychodzenie z sali kinowej w tłumie ludzi zawsze wywołuje we mnie specyficzny rodzaj dyskomfortu. Wszyscy dookoła wymieniali uwagi, śmiali się, ktoś głośno krytykował zakończenie, jakaś para trzymała się za ręce, wciąż zatopiona w emocjach z filmu. A my? My szliśmy ramię w ramię, zachowując dystans, jakbyśmy byli dwoma magnesami o tych samych biegunach. Każdy mój krok był wymuszony. Czułam, jak szpilki, które założyłam specjalnie na tę okazję, wbijają mi się w pięty, ale ból fizyczny był niczym w porównaniu z psychicznym wysiłkiem, jaki wkładałam w to, by nie uciec do toalety i nie zniknąć tylnym wyjściem.

Piotr – bo tak miał na imię ten idealny kandydat z aplikacji randkowej – wyglądał dokładnie tak jak na zdjęciach. Wysoki, w dobrze skrojonej koszuli, z tym rodzajem zarostu, który sugeruje artystyczną duszę, choć w profilu pisał, że jest analitykiem danych. Wydawało się, że mamy solidne podstawy. Pisaliśmy do siebie przez dwa tygodnie. Były to wiadomości pełne błyskotliwych uwag, emotikonów i obietnic. W sieci słowa płynęły wartkim strumieniem. W rzeczywistości tamowały je niewidzialne tamy.

– Dużo ludzi dzisiaj – zagadnęłam, gdy przeciskaliśmy się w stronę wyjścia z galerii handlowej. Moje słowa zawisły w powietrzu, banalne i płaskie.

– Sobota – odpowiedział.

Tyle. Jedno słowo. Czekałam na rozwinięcie, na narzekanie na tłumy, na żart o tym, że wszyscy wpadli na ten sam pomysł co my. Nic. Tylko rytmiczny stukot jego butów o posadzkę. Wyszliśmy na zewnątrz. Wieczorne powietrze było chłodne, co dało mi pretekst do otulenia się płaszczem i zyskania kilku sekund na wymyślenie kolejnego tematu.

– Znasz jakąś fajną kawiarnię w pobliżu? – spróbowałam ponownie, siląc się na entuzjazm.

Piotr spojrzał na mnie, jakbym zapytała o wynik skomplikowanego równania matematycznego.

– Tam jest sieciówka – wskazał brodą na neon po drugiej stronie ulicy. – Może być.

Może być. To wyrażenie stało się mottem tego wieczoru. Wszystko „mogło być”. Film mógł być, pogoda mogła być, ja też, jak sądzę, „mogłam być”. Czułam, jak narasta we mnie frustracja, ale wciąż walczyłam. Walczyłam, bo moja siostra, Kaśka, powiedziała mi wyraźnie przed wyjściem: „Daj mu szansę, Agata. Nie skreślaj faceta po pięciu minutach tylko dlatego, że nie recytuje Szekspira”.

To tylko film

Zajęliśmy stolik przy oknie. To był strategiczny błąd. Widok na ulicę dawał nam obojgu pretekst do odwracania wzroku, zamiast patrzenia sobie w oczy. Zamówiłam cappuccino, on czarną kawę. Kiedy kelnerka odeszła, zapadła cisza. Postanowiłam zagrać va banque. Musiałam przebić ten mur. Przecież w wiadomościach pisał o swojej pasji do podróży, o tym, że uwielbia kino skandynawskie, o swoim psie. Gdzie był tamten człowiek?

– Więc… co myślisz o głównej bohaterce? – zapytałam, opierając łokcie o stół i pochylając się w jego stronę. – Moim zdaniem jej decyzja w połowie filmu była kompletnie nielogiczna, ale z drugiej strony, psychologicznie uzasadniona.

Piotr mieszał kawę, choć nie wsypał do niej cukru. Dźwięk łyżeczki uderzającej o porcelanę był jedynym dźwiękiem przy naszym stoliku przez długie trzy sekundy.

– Była okej – wzruszył ramionami. – Aktorstwo dobre.

– Tylko dobre? – drążyłam. – Mnie tamta scena na moście kompletnie rozwaliła. Miałam łzy w oczach. Ty nie?

– Nie – odpowiedział krótko, upijając łyk. – To tylko film.

Poczułam, jak opadają mi ręce. „To tylko film”. Oczywiście. A to jest tylko randka. A ja jestem tylko kobietą, która spędziła godzinę na układaniu włosów i drugą na wybieraniu sukienki, żeby usłyszeć, że „to tylko film”. W mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli, których nie powinnam dopuszczać do głosu. Zaczęłam porównywać go do Michała. Michał był moim byłym. Toksycznym, chaotycznym, nieodpowiedzialnym Michałem, który złamał mi serce dwa lata temu. Ale z Michałem kłóciliśmy się o filmy do trzeciej nad ranem. Rzucaliśmy w siebie poduszkami, dowodząc swoich racji. Z Michałem powietrze zawsze wibrowało. Tutaj powietrze stało w miejscu, martwe i zużyte.

– A jak w pracy? – zmieniłam temat, desperacko szukając ratunku. – Pisałeś, że zamykacie jakiś duży projekt.

– Zamknęliśmy – odparł.

– I co? Sukces? Będzie premia?

– Zobaczymy.

– Cieszysz się, że masz to z głowy?

– Tak.

Czułam się jak na przesłuchaniu, w którym świadek korzysta z prawa do odmowy składania zeznań. Każde moje pytanie było jak piłeczka tenisowa uderzająca w ścianę i wracająca do mnie z tą samą prędkością. On nie zadawał pytań. Nie interesowało go, co ja myślę o filmie. Nie pytał, jak minął mi tydzień. Nie zapytał nawet, czy smakuje mi kawa. Siedział tam, poprawny, estetyczny i kompletnie nieobecny.

Poczułam się niewidzialna

Wtedy to się stało. Moment kapitulacji. Piotr sięgnął do kieszeni marynarki. Zrobił to powoli, ale zdecydowanie. Wyjął telefon i położył go na stole obok filiżanki. Ekran rozświetlił się powiadomieniem. Jego wzrok powędrował tam natychmiast, uciekając od mojej twarzy z wyraźną ulgą.

– Przepraszam, muszę tylko coś sprawdzić – mruknął, nie czekając na moją zgodę.

– Jasne – odpowiedziałam, czując dziwną mieszankę złości i… ulgi.

Skoro on mógł, to ja też. Wyjęłam swój telefon. To był akt ostatecznego poddania się. Oficjalne ogłoszenie, że randka jest martwa, a my tylko czekamy na koronera, żeby stwierdził zgon. Odblokowałam ekran. Nie miałam żadnych pilnych wiadomości. Nikt nie pisał. Mimo to zaczęłam scrollować media społecznościowe. Zdjęcie koleżanki z wakacji w Grecji. Like. Reklama butów. Przewiń. Filmik z kotem. Przewiń. Kolejne zaręczyny. Moje serce ukłuło. Kaśka, moja siostra, wychodzi za mąż za trzy miesiące. To dlatego tu jestem. Dlatego siedzę naprzeciwko mruka w sieciowej kawiarni, pijąc letnie cappuccino. Bo wpadłam w panikę. Bo nie chcę iść na wesele sama i siedzieć przy stoliku „singli i resztek”, słuchając ciotek pytających, czy nie jestem za wybredna.

Spojrzałam znad telefonu na Piotra. On pisał coś szybko kciukami. Uśmiechał się. To był pierwszy raz tego wieczoru, kiedy zobaczyłam na jego twarzy jakąkolwiek emocję. Uśmiechał się do ekranu. Do kogo pisał? Do kolegi? Do innej dziewczyny z aplikacji? A może oglądał memy? To nie miało znaczenia. Ważne było to, że to małe, elektroniczne pudełko dawało mu więcej radości niż żywy człowiek siedzący pół metra dalej.

Poczułam się niewidzialna. I nagle, w tej kawiarnianej ciszy przerywanej szumem ekspresu, zrozumiałam coś ważnego. To nie była wina Piotra. To znaczy, był nudny i niegrzeczny, to fakt. Ale ja też byłam winna. Przyszłam tu nie dlatego, że chciałam go poznać. Przyszłam tu, żeby zapełnić pustkę. Żeby znaleźć rekwizyt na wesele siostry. Traktowałam go instrumentalnie, tak samo jak on traktował mnie – jako sposób na sobotni wieczór, żeby nie czuć się samotnym przed telewizorem.

Czy my w ogóle chcemy tu być?

– Wszystko okej? – zapytał nagle, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Słucham? – wyrwałam się z zamyślenia.

– Pytam, czy wszystko okej. Zamilkłaś – wreszcie na mnie spojrzał. Jego oczy były puste, pozbawione ciekawości.

– Sprawdzam maile – skłamałam gładko. – Praca. Wiesz jak jest.

– Wiem – kiwnął głową i wrócił do swojego świata.

Zrobiło mi się niedobrze. Kłamaliśmy sobie w żywe oczy, budując fasadę zapracowanych, ważnych ludzi, podczas gdy oboje byliśmy po prostu przeraźliwie niezdolni do nawiązania kontaktu. Ta „bezpieczna” randka w kinie okazała się pułapką. W kinie nie musisz rozmawiać, więc łudzisz się, że bliskość fizyczna wystarczy. Ale kiedy film się kończy, zostaje pustka, której nie da się zasypać popcornem. Odłożyłam telefon ekranem do dołu.

– Piotr? – zaczęłam, czując przypływ odwagi.

– Hm? – mruknął, kończąc pisać wiadomość.

– Czy my w ogóle chcemy tu być?

Zastygł. Jego kciuk zawisł nad klawiaturą. Powoli podniósł głowę. Przez chwilę widziałam w jego oczach panikę, jakby bał się, że zrobię scenę. Ale potem ta panika ustąpiła miejsca czemuś innemu. Rezygnacji.

– Co masz na myśli? – zapytał ostrożnie.

– Mam na myśli to – wskazałam ręką na przestrzeń między nami, na telefony leżące jak graniczne strażnice. – Siedzimy tu od pół godziny. Wymieniliśmy może dziesięć zdań. Ty wolisz rozmawiać z kimś na necie, a ja przeglądam zdjęcia ludzi, których nawet nie lubię, żeby tylko nie patrzeć na ciebie. Po co to robimy?

Spodziewałam się, że zaprzeczy. Że powie coś w stylu: „Nie, no co ty, po prostu jestem zmęczony”. Ale on mnie zaskoczył. Odłożył telefon.

– Bo tak trzeba – powiedział cicho. – Jest sobota. Mam trzydzieści pięć lat. Wszyscy moi znajomi bawią się teraz z dziećmi albo oglądają seriale z żonami. A ja nie chcę być tym gościem, który znowu zamawia pizzę dla jednej osoby.

Opadły maski

Jego szczerość uderzyła mnie jak obuchem. Była brutalna, ale prawdziwa.

– Ja też nie chcę być tą dziewczyną – przyznałam, czując, jak gardło mi się ściska. – Moja siostra bierze ślub. Panicznie boję się iść tam sama. Myślałam, że… no wiesz. Że może ty będziesz tym „plus jeden”.

Piotr zaśmiał się. Był to suchy, krótki śmiech, ale po raz pierwszy brzmiał naturalnie.

– Czyli byłem castingiem na osobę towarzyszącą?

– Coś w tym stylu. A ja?

– Ja po prostu chciałem sprawdzić, czy jeszcze potrafię wyjść do ludzi. Okazuje się, że średnio.

Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, ale tym razem była to inna cisza. Nie była lepka i duszna. Była czysta. Opadły maski. Przestaliśmy udawać parę z komedii romantycznej, a staliśmy się dwójką rozbitków na wyspie samotności.

– I co teraz? – zapytał, patrząc na swoją zimną kawę.

– Teraz dopijemy, zapłacimy – każdy za siebie – i pójdziemy do domów – powiedziałam stanowczo. – I przestaniemy udawać, że to ma sens. Nie zaiskrzyło, Piotr. Jesteśmy z dwóch różnych planet. Ty jesteś analityczny, oszczędny w słowach. Ja potrzebuję emocji, hałasu, dyskusji. Męczymy się nawzajem.

Piotr pokiwał głową. Wyglądał na… zadowolonego?

– Masz rację. To męczarnia. Myślałem, że po prostu jesteś wyniosła.

– A ja myślałam, że jesteś nudziarzem bez wyobraźni.

– Auć – uśmiechnął się krzywo. – Szczerość za szczerość.

To był najlepszy moment tego wieczoru

Kelnerka przyniosła rachunek. Piotr sięgnął po portfel, ale powstrzymałam go gestem. Wyciągnęłam kartę.

– Umawialiśmy się każdy za siebie, pamiętasz?

– Pamiętam.

Wyszliśmy z kawiarni. Na zewnątrz znów wiał wiatr, ale tym razem wydawał mi się orzeźwiający. Czułam się lżejsza o te wszystkie niespełnione oczekiwania, o presję, którą sama na siebie nałożyłam.

– To co? – Piotr przestąpił z nogi na nogę. – Powodzenia na weselu siostry.

– Dzięki. Pójdę sama – powiedziałam to na głos i nagle przestało to brzmieć jak wyrok. – Będę się bawić lepiej niż z kimś, z kim musiałabym rozmawiać o pogodzie.

– Pewnie tak – przyznał. – A ja zamówię tę pizzę.

– Zamów. Zasłużyłeś. Przeżyłeś ze mną godzinę.

Podaliśmy sobie ręce. Jego dłoń była ciepła, uścisk pewny. To był najlepszy moment tego wieczoru – moment pożegnania. Nie było obietnic „dzwonienia”, nie było fałszywych nadziei. Był szacunek do czasu drugiej osoby. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę przystanku autobusowego. Wyjęłam telefon, ale nie po to, by bezmyślnie scrollować. Wybrałam numer do Kaśki.

– Halo? Agata? Jak randka? – siostra odebrała po pierwszym sygnale, głodna plotek.

– Tragiczna – powiedziałam, uśmiechając się do siebie. – Kompletna katastrofa. Milczeliśmy jak grób.

– Ojej… Przykro mi.

– Niepotrzebnie. To była bardzo pouczająca katastrofa. Słuchaj, Kasia, na weselu posadź mnie obok wujka Staszka. Wolę słuchać po raz setny o jego rybach niż udawać, że bawię się świetnie z jakimś obcym facetem.

– Jesteś pewna?

– Nigdy nie byłam bardziej pewna.

Rozłączyłam się i schowałam telefon głęboko do torebki. Autobus nadjechał. Wsiadłam do środka, zajęłam miejsce przy oknie i patrzyłam na migające światła miasta. Byłam sama, wracałam do pustego mieszkania, ale po raz pierwszy od dawna nie czułam się samotna. Czułam, że odzyskałam siebie. Czasami trzeba przetrwać najgorszą ciszę z kimś obcym, żeby w końcu usłyszeć własne myśli. I zrozumieć, że jedyne towarzystwo, o które warto dbać za wszelką cenę, to własne.

Agata, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama