Reklama

To miał być gest miłosierdzia, wynikający z naszej dwudziestoletniej przyjaźni. Kiedy Ewelina stanęła w moich drzwiach z dwiema walizkami i zapłakaną twarzą, widziałam w niej tylko ofiarę okrutnego losu. Mój mąż, Kamil, początkowo był sceptyczny, ale zgodził się, bo „przecież nie zostawimy jej na bruku”.

Została na lodzie

Był listopad, ten najgorszy, ociekający deszczem ze śniegiem, który wchodzi w pory skóry i mrozi kości. Siedziałam z Kamilem na naszej beżowej kanapie, oglądając jakiś skandynawski kryminał, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię: „Ewelina”.

Nie widziałyśmy się od roku, odkąd jej mąż, Marek, awansował i przeprowadzili się do apartamentowca w centrum. Nasze drogi nieco się rozeszły – ja byłam pochłonięta pracą w agencji reklamowej i staraniami o dziecko, które nie wychodziły, a ona życiem żony przy mężu. Ale kiedy odebrałam, usłyszałam tylko zduszony szloch.

– Wiki… On mnie wyrzucił. Zmienił zamki. Nie mam dokąd iść – wydukała.

Decyzja była instynktowna. Jesteśmy przyjaciółkami od czasów studiów na polonistyce. Spojrzałam na Kamila. Zmarszczył brwi, słysząc urywki rozmowy.

– Niech przyjedzie – szepnęłam, zakrywając słuchawkę dłonią. – Kamil, ona nie ma nikogo w tym mieście, rodzice są w Suwałkach.

– Wiesz, że cenimy sobie prywatność… – zaczął, ale widząc moją minę, westchnął. – Dobra. Ale na tydzień, góra dwa. Dopóki czegoś nie znajdzie.

Chciałam jej pomóc

Ewelina przyjechała taksówką godzinę później. Wyglądała jak zmokła kura – rozmazany tusz, trzęsące się ręce, przemoczone buty. Była wrakiem człowieka. Przez pierwsze trzy dni prawie nie wychodziła z pokoju gościnnego. Zanosiłam jej herbatę z imbirem, słuchałam, jak Marek okazał się psychopatą, jak odciął jej karty kredytowe. Czułam się potrzebna. Czułam się dobrą osobą.

Kamil zachowywał dystans. Był uprzejmy, ale formalny. Mijał ją w kuchni z krótkim „dzień dobry”, a wieczorami pytał mnie szeptem: „Kiedy ona stanie na nogi?”. Wszystko zmieniło się w drugi weekend. Musiałam wyjechać na konferencję do Krakowa. To był kluczowy klient, nie mogłam odmówić, choć czułam wyrzuty sumienia, zostawiając „zrujnowaną” przyjaciółkę samą w domu.

– Poradzimy sobie – powiedział Kamil, pakując moją walizkę do bagażnika. – Odpocznij, Wiki. Wyglądasz na zmęczoną.

Wróciłam w niedzielę wieczorem. Dom pachniał inaczej. Zamiast sterylnej czystości, którą zazwyczaj utrzymywaliśmy, w powietrzu unosił się zapach pieczonej kaczki z pomarańczami – dania, którego ja nigdy nie robiłam, bo uważałam je za zbyt skomplikowane. Weszłam do salonu.

Dogadywali się

Na stole stało wino. Dwa kieliszki. Ewelina siedziała na dywanie, a Kamil siedział na kanapie, trzymając w ręku pada do konsoli. Śmiali się. To nie był grzeczny śmiech. To był ten rodzaj rechotu, który sugeruje głębokie porozumienie, wspólny żart.

– O, już jesteś! – Kamil zerwał się, jakby przyłapano go na czymś złym, choć przecież tylko grał w grę.

– Cześć – powiedziałam. – Widzę, że humory dopisują.

– Ewelina uczyła mnie grać w Fifę. Wiedziałaś, że ona zna się na piłce lepiej ode mnie? – rzucił szybko.

Ewelina wstała z gracją, której brakowało jej tydzień temu. Miała na sobie moje dresy. Te ulubione, welurowe, w których ja rzadko chodziłam, bo szkoda. Na niej leżały idealnie, opinając jej szczupłe biodra.

– Zrobiłam kolację, żeby podziękować za gościnę – uśmiechnęła się. Ten uśmiech był inny. Już nie ofiary. Był… triumfalny?

Nic nie widziałam

Dwa tygodnie zamieniły się w miesiąc, potem w półtora. Ewelina rzekomo szukała mieszkania, ale zawsze coś było nie tak. Za drogo, za daleko, dziwny właściciel. A ja zaczęłam czuć się jak intruz we własnym domu. Zaczęło się od drobiazgów. Rzeczy w lodówce były poprzestawiane. Moje kosmetyki w łazience przesunięte na bok, by zrobić miejsce dla jej kremów. Ale najgorsze były zmiany w rytmie dnia.

Wracałam z pracy o 18, wykończona po walce z deadlinami, i zastawałam ich w kuchni. Gotowali. Razem. Kamil, który nigdy nie garnął się do garów, nagle kroił warzywa, śmiejąc się z anegdot Eweliny.

– Nie przeszkadzajcie sobie – rzucałam, idąc na górę, żeby się przebrać.

– Wiki, nie bądź dzika, chodź do nas! Ewelina robi risotto! – wołał Kamil.

Czułam się wykluczona. Oni rozmawiali o serialach, które oglądali, gdy ja siedziałam w gabinecie nad projektem. Rozmawiali o polityce, o winie. Nagle okazało się, że Ewelina jest ekspertem od wszystkiego, co interesowało mojego męża. Była jak kameleon – dostosowała swoje barwy do otoczenia, żeby przetrwać. A jej otoczeniem był teraz mój mąż.

Zbagatelizowałam to

Pewnego wieczoru Magda, moja druga przyjaciółka, wpadła na kawę. Obserwowała Ewelinę krzątającą się po kuchni.

– Wiki... – zaczęła Magda, gdy zostałyśmy same na tarasie. – Czy tobie to nie przeszkadza?

– Co?

– To, jak ona na niego patrzy. I jak on patrzy na nią.

– Przestań. Ona jest w traumie po rozwodzie. A Kamil po prostu próbuje być miły.

– Miły? – prychnęła Magda. – Mężczyźni nie są „mili” w ten sposób bez powodu. Ona chodzi przy nim w szlafroku, który ledwo zakrywa jej tyłek. Widziałaś to?

– To mój szlafrok – odparłam defensywnie. – Pożyczyła go.

– Właśnie. Nosi twoje ubrania, gotuje w twojej kuchni i zabawia twojego męża. Uważaj, bo niedługo wejdzie w twoje buty. Dosłownie i w przenośni.

Nazwałam Magdę paranoiczką. Ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Kryzys nadszedł w styczniu. Mieliśmy z Kamilem rocznicę ślubu. Siódmą. Zaplanowałam kolację w restauracji, tylko my dwoje. Chciałam odzyskać nasze życie, przypomnieć mu, że jesteśmy małżeństwem, a nie współlokatorami Eweliny.

Wszystko zniszczyła

Kamil wrócił z pracy spóźniony. Był dziwny, rozbiegany.

– Słuchaj, kochanie… Ewelina ma dzisiaj doła. Dostała pismo od prawnika Marka. Grozi jej, że zabierze jej samochód. Ona płacze od godziny. Nie możemy jej tak zostawić samej.

– Żartujesz? – poczułam, jak krew uderza mi do głowy. – To nasza rocznica.

– Wiem, ale to sytuacja awaryjna. Może zamówimy coś do domu? Zrobimy pizzę? We trójkę? Będzie jej raźniej.

Zamarłam. We trójkę. W naszą rocznicę.

– Nie – powiedziałam chłodno. – Ja wychodzę. Jeśli ty wolisz pocieszać moją „koleżankę” zamiast świętować ze swoją żoną, to proszę bardzo.

Wyszłam, trzaskając drzwiami. Spędziłam wieczór, jeżdżąc bez celu po Warszawie i płacząc w samochodzie. Kiedy wróciłam po północy, w domu było ciemno. Na dole, w salonie, tliło się tylko światło kominka.

Zobaczyłam ich. Nie całowali się. To, co robili, było w pewnym sensie gorsze. Siedzieli na podłodze, oparci o siebie. Ewelina trzymała głowę na jego ramieniu, a on gładził ją po włosach. Rozmawiali szeptem. Było w tym tyle czułości, tyle intymności, że poczułam się, jakbym podglądała coś świętego i zakazanego jednocześnie.

Musiałam mieć dowód

Wycofałam się po cichu na górę. Tej nocy nie zmrużyłam oka. Wiedziałam już, że straciłam męża. Nie fizycznie, ale emocjonalnie był już po drugiej stronie barykady. Od tamtej nocy zaczęłam zbierać dowody. Stałam się detektywem we własnym życiu. To upokarzające uczucie – sprawdzać historię przeglądarki, wąchać koszule męża, nasłuchiwać pod drzwiami.

Zauważyłam, że Kamil zaczął bardziej o siebie dbać. Nowe perfumy. Siłownia trzy razy w tygodniu. Ewelina z kolei rozkwitała. Kupowała nową bieliznę – koronkowe body, pończochy.

– To na poprawę humoru – mówiła, gdy zauważyłam metki w koszu na śmieci. – Muszę znów poczuć się kobietą.

Kulminacja nastąpiła w lutym. Wyjechałam na dwa dni do rodziców. Mama miała operację zaćmy, musiałam jej pomóc. Kamil został, bo miał „ważny projekt w firmie”. Wróciłam dzień wcześniej. To klasyk, prawda? Klisza z tanich filmów. Ale życie pisze najbardziej banalne scenariusze. Weszłam do domu cicho, nie dlatego, że chciałam ich przyłapać, ale dlatego, że byłam wykończona psychicznie.

Nakryłam ich

W przedpokoju stały buty Eweliny i buty Kamila. Kurtki rzucone niedbale na szafkę. Cisza. Weszłam do salonu. Pusto. Kuchnia – pusto. Wtedy usłyszałam dźwięki z góry. Z naszej sypialni.

Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Każdy stopień schodów wydawał się Mount Everestem. Drzwi do sypialni były uchylone.

Nie weszłam do środka. Nie musiałam. Przez szparę widziałam wystarczająco dużo. Zobaczyłam Ewelinę w mojej pościeli. Nagą. I mojego męża pochylonego nad nią. Nie krzyczałam. Nie zemdlałam. Poczułam paraliżujące zimno. To był koniec mojego świata. To, co mnie dobiło, to nie sam akt. To słowa, które usłyszałam, zanim się wycofałam.

– Ona jest zimna. Tylko kariera i te jej wieczne pretensje. Przy mnie możesz być sobą.

Mój mąż, człowiek, z którym planowałam starość, mruknął tylko coś potakująco i pocałował ją w szyję. Zdradzili mnie nie tylko cieleśnie. Obgadywali mnie. Zrobili ze mnie potwora w ich wspólnej narracji, żeby usprawiedliwić swoje łajdactwo.

Miarka się przebrała

Zeszłam na dół. Wzięłam kluczyki do samochodu Eweliny i wyszłam na zewnątrz. Otworzyłam bagażnik i zaczęłam wyrzucać jej rzeczy na podjazd. Walizki, płaszcze, koronkowe majtki. Wszystko lądowało w błocie. Potem wróciłam do środka i włączyłam alarm pożarowy. Wycie syreny wypełniło dom, rozdzierając tę chorą bańkę namiętności. Zbiegli na dół w popłochu, owinięci w prześcieradła. Kamil był blady jak ściana. Ewelina wyglądała na przerażoną, ale w jej oczach widziałam coś jeszcze – wyzwanie.

– Co ty robisz?! – wrzasnął Kamil, próbując wyłączyć alarm.

– Wynoście się – powiedziałam spokojnie. Mój głos był dziwnie niski, obcy. – Macie dziesięć minut.

– Wiki, czekaj, to nie tak… – zaczął Kamil, używając tego oklepanego tekstu wszystkich zdrajców.

– Nie tak? – zaśmiałam się histerycznie. – Nie tak, że śpisz z moją „przyjaciółką” w moim łóżku, podczas gdy moja matka leży w szpitalu?

– Kocham go – wtrąciła się nagle Ewelina. Stanęła przed nim, zasłaniając go własnym ciałem. – Kochamy się, zrozum to. To się po prostu stało. Nie planowaliśmy tego. A ty go zaniedbywałaś. Byłaś wiecznie zajęta. Ja mu dałam to, czego potrzebował.

Chciała być górą

Spojrzałam na kobietę, którą karmiłam, której dałam dach nad głową, którą pocieszałam, gdy płakała po nocach.

– Jesteś pasożytem – wycedziłam. – Żyjesz cudzym życiem, bo własne zniszczyłaś. Zniszczyłaś swoje małżeństwo, teraz zniszczyłaś moje. Myślisz, że on z tobą zostanie? Że zbudujecie szczęście na tym gruzowisku? Powodzenia.

Kamil próbował mnie dotknąć, przepraszać, tłumaczyć, że był zagubiony. Odepchnęłam go z taką siłą, że uderzył o framugę.

– Wybieraj – powiedziałam. – Albo wychodzisz z nią teraz i nigdy nie wracasz, albo ona wychodzi, a my spotkamy się tylko w obecności prawników. Chociaż wiesz co? Właściwie nie masz wyboru. Oboje wypad.

Wyszli. Ewelina zbierała swoje brudne ubrania z podjazdu, płacząc – tym razem chyba szczerze, bo zrozumiała, że znów nie ma dachu nad głową. Kamil wsiadł do samochodu i odjechał, nawet na nią nie czekając. Zostawił ją samą na deszczu z walizkami. To był jedyny moment satysfakcji tego wieczoru – zobaczyć, jak ich „wielka miłość” pęka w zderzeniu z rzeczywistością po pięciu minutach.

Dostali za swoje

Minęło pół roku. Rozwód jest w toku. Okazało się, że romans trwał znacznie dłużej niż myślałam. Zaczęli sypiać ze sobą w trzecim tygodniu jej pobytu. Te wszystkie wyjścia do sklepu, wspólne oglądanie filmów, kiedy ja spałam… Kamil próbował wrócić. Błagał, wysyłał kwiaty, twierdził, że Ewelina go omotała, że to była chwila słabości. Że manipulowała nim, grając ofiarę. Może to prawda. Ewelina była mistrzynią manipulacji. Ale on był moim mężem. To on składał mi przysięgę, nie ona.

Z tego co wiem, nie są już razem. Ewelina znalazła sobie nowego „opiekuna”, jakiegoś rozwodnika z korporacji. Kamil mieszka w kawalerce i ponoć pije. Ja zostałam w naszym – teraz już moim – dużym domu. Wymieniłam materac. Wymalowałam ściany na inny kolor, żeby zamazać wspomnienia. Ale wciąż, kiedy wchodzę do kuchni, mam wrażenie, że widzę ich cienie przy blacie, śmiejących się ze mnie.

Nauczyłam się jednej, brutalnej lekcji. Kiedy wpuszczasz kogoś pod swój dach, upewnij się, że nie wpuszczasz lisa do kurnika. I nigdy, przenigdy nie lekceważ intuicji. Jeśli czujesz, że jesteś piątym kołem u wozu we własnym małżeństwie – prawdopodobnie masz rację.

Wiktoria, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama